Podróż do Disneylandu z Google

Google właśnie sprawiło fajną niespodziankę wszystkim, którzy marzą o wizycie w Disneylandzie (Kalifornia, USA) i Disney World (Orlando, Floryda, USA). Dzięki Street View – usłudze panoramicznych widoków z poziomu ulicy, dostępnej w Google Maps i Google Earth – możemy odbyć podróż do tych wspaniałych miejsc, nie wychodząc z domu! Google daje nam teraz możliwość wirtualnego podróżowania do 11 parków Disneya:

We’re all about new fantastic points of view. Today Street View is going the distance, from California to Florida, to make Disney part of your world. Be our guest at 11 Disney Parks, and with Street View, anything your heart desires will come to you – castles, rides, attractions to infinity and beyond.

Parki Disneya, które można oglądać za pośrednictwem Street View:

Pandora the world of Avatar
Epcot
Epcot, Morocco
Magic Kingdom
Disney Springs
California Adventures
Guardians of the Galaxy
Mickey and Minnie’s houses
Disney Hollywood Studios
Disney’s Typhoon Lagoon water park

Disneyland to marzenie każdego dziecka. Tak? A może to już „nie te czasy”? Moje dzieciaki z pewnością byłyby w siódmym niebie. Ja również. Może kiedyś?

Narazie: Miłej podróży w Mapach Google 🙂

Jak założyć bloga bez budowania własnej strony w WordPressie

Każdy z nas ma jakieś hobby. Być może jest to coś dużego i skomplikowanego jak fotografia uliczna, kolekcjonowanie rzadkich znaczków ze świata czy pisanie wierszy (a może tylko dla mnie to skomplikowane zajęcia?), albo coś znacznie prostszego – kolekcjonowanie śmiesznych obrazków znalezionych w internecie czy zbieranie cytatów motywacyjnych. Nie ważne jakie jest Twoje hobby – z pewnością jest ono wspaniałym materiałem na Twojego własnego bloga. Aby go założyć potrzebujesz tylko jednej dodatkowej rzeczy: strony www która stanie się właśnie Twoim blogiem.

Możesz ją założyć na dwa sposoby.

Pierwszym jest zbudowanie własnej strony www, na przykład w systemie WordPressie. Wiąże się to z zakupem hostingu, domeny, certyfikatu SSL, wyborem i konfiguracją skórki, dobrania pluginów i tak dalej i tak dalej. Lista jest dość długa i nie każdy zdecyduje się na taki wysiłek właśnie ze względu na skomplikowany proces tworzenia własnej, potężnej strony www. Darren Rowse, z serwisu ProBlogger, w następujący sposób opisuje proces tworzenia własnego bloga na bazie systemu WordPress:

Here on ProBlogger, we’ve always recommended self-hosted WordPress (aka WordPress.org) as the very best platform for blogging.
And with good reason.
Many of the world’s largest blogs and websites run on self-hosted WordPress. Thousands of plugins and themes are available – many for free, although there are lots of premium options too.
And a self-hosted blog gives you full control and plenty of flexibility when you find the best blog hosting for you.

Jeżeli jednak jesteś osobą, która chce po prostu zacząć pisać i (przynajmniej na początku) nie zajmować się budowaniem potężnej strony www, wyborem usług hostingowych, certyfikatami, pluginami itd., możesz wybrać drugi sposób – jedną z przygotowanych specjalnie do blogowania usług.

You may just want a blog you can use as a personal diary or writing outlet. You may not have the budget for buying domain names and hosting. Even if you do, the thought of settin them up and installing WordPress may seem overwhelming.
Sound like you? Then you may want to look at other options.

Darren na swoim blogu opisuje 5 serwisów, dzięki którym szybko i bez większego wysiłku uruchomisz własnego bloga. Jeżeli chcesz pisać, ale nie masz czasu, chęci, ochoty i siły na budowanie całęgo serwisu internetowego – te usługi są właśnie dla Ciebie.

Chciałbym dodać do listy Darrena jeszcze jeden ważny serwis. Stworzony do budowania blogów – i szczerze mówiąc, dziwię się, że Darren nie wziął go pod uwagę. Powinien być na szczycie listy!

 

Tumblr

Powstał w 2007 roku, 6 lat później został kupiony przez Yahoo. Tumblr jest jednym z najlepszych i najłatwiejszych sposobów aby rozpocząć przygodę z własnym blogiem bez zajmowania się sprawami jak hosting czy pluginy. Wchodzisz, rejestrujesz się, podajesz nazwę nowego bloga i właściwie możesz publikować. Jeżeli zechcesz, możesz zmodyfikować domyślny wygląd i sposób działania swojej strony. Możliwości konfiguracyjne są całkiem spore – ale nie przytłoczą początkującego blogera.

Serwis dostępny jest również w języku polskim, znika więc – dla niektórych nadal ciężka do przeskoczenia – bariera językowa. Po uruchomieniu bloga, otrzymujesz adres w domenie tumblr.com, jeżeli jednak zechcesz, możesz w przyszłości podłączyć własną domenę.

Warto również wspomnieć, że Tumblr – w odróżnieniu od większości serwisów opisywanych przez Darrena – jest w pełni darmowy!

Dużym plusem prowadzenia bloga na Tumblrze jest to, że posiada on również pewne funkcje serwisu społecznościowego. Możesz śledzić inne blogi z Tumblra, a z poziomu kokpitu przeglądać dodane do nich wpisy. Ciekawe posty z obserwowanych blogów możesz polubić lub udostępniać na swoim blogu. W ramach serwisu możesz również wysyłać i otrzymywać wiadomości od innych użytkowników a w sekcji Odkrywaj, znajdziesz inne, polecane przez Tumblra, blogi – wybrane na podstawie Twoich dotychczas przeglądanych treści.

Oczywiście serwis ma swoje ograniczenia, ale dla osoby, która chce prowadzić bloga i nie ma ochoty bawić się w domeny, pluginy, hostingi itd. – Tumblr jest jednym z najłatwiejszych i najlepszych rozwiązań. Sam również korzystałem kiedyś z Tumblra i przez długi czas właśnie w ten sposób prowadziłem bloga.

 

Może znasz inne serwisy o których warto wspomnieć początkującym blogerom? Podziel się nimi – najlepiej w komentarzu do tego wpisu 🙂

Teen Bo$$! Czasopismo dla przedsiębiorczej 13-latki!

Dream Big & Learn Fast – to hasło wydawanego w USA od czerwca 2017 roku czasopisma dla wywodzących się z pokolenia Z (urodzonych po 2000 roku) przedsiębiorczych dzieciaków, zwanych już nawet „kidpreneurs” (od słowa „entrepreneur”, czyli przedsiębiorca). Czasopismo nazywa się Teen Boss! Nie, przepraszam – poprawna nazwa to Teen Bo$$!

Wow. W pierwszej chwili pomysł wydaje się lekko straszny – w końcu to jeszcze dzieci, tak? A okładki krzyczą tytułami „How to make money online right now!” i „25 ways to make $25 – it’s easier then you think” – czy tego chcemy je uczyć? Taka była moja pierwsza myśl, gdy zobaczyłem w Get Rich Slowly artykuł na temat Teen Bo$$!

Jednak po chwili zastanowienia, dochodzę do wniosku, że być może to dobry kierunek. Bardzo dobry – może nawet jedyny właściwy? Generacja Z to pokolenie dzisiejszych nastolatków. I to jest ich czas. Czas, kiedy decydują o swojej przyszłości. Podejmują decyzje, które będą miały wpływ na ich dalsze życie. Powoli wchodzą w dorosłe życie i mogą to zrobić lepiej albo gorzej. A Teen Bo$$! opowiada „How to build your brand beeing YOU!”, radzi „How to start a YouTube channel” i daje dobry przykład: „I used my babysitting money to launch a jewelry line”.

Może to właśnie jest odpowiednia forma? Taki nasz Michał Szafrański w wersji dla nastolatków, lekko przypudrowany złotem i dolarami (w ramach przynęty). Swoją drogą ciekawy jestem, jaki odsetek ludzi młodych, kilkunastoletnich, czyta popularne u nas blogi finansowe (choć ciężko je już takimi nazywać, ponieważ wykraczają mocno poza tematykę finansów) jak Michała „Jak oszczędzać pieniądze”, czy nawet Marcina Iwucia „Finanse bardzo osobiste”? Ilu nastolatków przeczyta książkę „Finansowy Ninja”? Strzelam, że u Michała ten odsetek może wyglądać trochę lepiej, jednak pewnie nie są to zbyt duże liczby – przeciwnie, pewnie jest udział jest minimalny. A szkoda. Wiem, że Teen Bo$$! to zupełnie inna kategoria niż blogi finansowe które wymieniłem, inny poziom. Ale może właśnie taka, bardziej zachęcająca dla nastolatków, forma ma większą szansę zdziałać coś dobrego w nabuzowanych głowach pokolenia Z?

[et_bloom_inline optin_id=”optin_9″]

Z drugiej jednak strony, gdy pomyślę sobie, że moje (całkiem niedługo) nastoletnie córki, zamiast Harrego Pottera przed snem będą czytały o:
• Exclusive interview with 12-year-old Nickelodeon star Ella Anderson about launching her all-natural beauty line.
• Exclusive interview with 13-year-old reality star JoJo Siwa discussing the launch of her bow collection at Claire’s.
– sam nie wiem…
Może tak musi być?

Jestem pewien, że sam pomysł na edukację nastolatków w zakresie przedsiębiorczości jest dobry. Ale granica pomiędzy „świetnym pomysłem” a „zdecydowanym przegięciem” jest bardzo cienka. Mam nadzieję, że wydawca, Bauer Media Group, jej nie przekroczy. Na stronie www widzę narazie 3 numery. Czy będzie to strzał w dziesiątkę? Pytanie też, czy dzieciaki z generacji Z będą chciały w ogóle czytać papierowe czasopismo…?

A Ty? Co myślisz na ten temat? Chciałbyś, aby Twoje dziecko czytało Teen Bo$$!?

Podcasty i Twój smartfon

Odkryłem je dość późno, raptem trzy lata temu. Jednak bardzo szybko zdobyły moje serducho. Z łatwością zastąpiły telewizję, radio, czasopisma i stały się dla mnie głównym źródłem wiedzy, inspiracji i rozrywki. Jeżeli miałbym wskazać rzecz, która w ciągu ostatnich lat miała największy wpływ na zmiany w moim życiu, to byłyby to właśnie podcasty. A każdy z nich to inna historia, inni ludzie, inne wartości. To pod wpływem Michała Szafrańskiego rozpocząłem swoją przygodę z blogiem. CGP Grey nauczył mnie jak być bardziej produktywnym. Marek Jankowski pokazał jak prowadzić firmę a od Mariusza Chrapko dowiedziałem się, że i ja chcę uruchomić swój własny podcast. Ariadna Wiczling pokazała, że wcale nie trzeba być idealnym aby być skutecznym a Marcin Iwuć przekonał, że warto kierować się pasją. Michał Śliwiński nauczył mnie konsekwencji, Dominik Juszczyk pewności siebie, a Tim Ferris… on sprawił, że zasnąłem w czasie pracy przy komputerze 🙂 Każdej z tych osób chciałbym bardzo serdecznie podziękować – za to, że kiedyś zdecydowały się na rozpoczęcie swojego podcastu. Pewnie żadna z wymienionych osób nie przeczyta nigdy mojego wpisu – ale chciałbym, abyście wiedzieli, że to między innymi dzięki Wam jestem tu gdzie jestem.

Ale po kolei. Czym właściwie są podcasty? Jeżeli zaliczasz się do (niestety jeszcze dość szerokiego) grona osób, które tego nie wiedzą – czas jak najszybciej nadrobić zaległości!

Termin „podcast” został pierwszy raz użyty przez amerykańskiego dziennikarza Bena Hammersleya w 2004 roku. Pochodzi od dwóch słów: „iPod” – czyli odtwarzacza plików mp3 od Apple – oraz „broadcast”, co oznacza transmisję.

Podcasty to nowoczesne audycje radiowe – tylko fajniejsze, bo dostępne na żądanie. Oznacza to, że w odróżnieniu od radia, to Ty decydujesz czego i kiedy słuchać. Podcasty publikowane są w postaci odcinków. Znajdziemy je jako pliki audio, dostępne do pobrania ze stron www.

Początkowo, aby słuchać podcastów, musieliśmy co jakiś czas zaglądać na stronę www jego autora, i w momencie publikacji nowego odcinka – pobrać plik na dysk komputera, aby następnie ręcznie wgrać go do naszego odtwarzacza mp3 (lub odtwarzać bezpośrednio z komputera, co jednak nie było zbyt wygodnym rozwiązaniem). Taka forma nie sprzyjała rozwojowi podcastingu. Ciężko było znaleźć nowe tytuły, a i samo pobieranie ich, a potem kopiowanie do odtwarzaczy – było dość kłopotliwe. Zaczęły więc powstawać katalogi podcastów, które – poprzez grupowanie, kategoryzację i tworzenie list najlepszych z nich – znacznie ułatwiły odkrywanie i wyszukiwanie. Najpopularniejszym z takich zbiorów jest, stworzony przez Apple, katalog podcastów iTunes – znajdziesz tam każdy liczący się podcast. Apple jest bezsprzecznym liderem w tej kategorii i nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała ulec zmianie. Apple przyłożyło też swoją rękę do tego, aby to smartfony stały się najczęściej wykorzystywanym do słuchania podcastów urządzeniem. Nie oznacza to jednak, że aby słuchać podcastów i odkrywać nowe audycje musisz mieć iPhone’a. Przeciwnie. Apple stworzył katalog, ale dostęp do niego mamy zarówno z komputera, jak i każdego smartfona – poprzez aplikacje do wyszukiwania i odtwarzania podcastów, które mają możliwość wyszukiwania w katalogu iTunes. Dzięki smartfonom podcastów możemy słuchać wszędzie – w drodze do pracy, podczas sprzątania, zmywania, podróży na wakacje, czy uprawiania sportu. Zakładamy słuchawki, uruchamiamy aplikację – i gotowe.

W sklepach App Store i Google Play Store dostępnych jest wiele aplikacji umożliwiających słuchanie podcastów. Kilka najpopularniejszych: Overcast (iOS), Castro 2 (iOS) czy Pocket Casts (iOS oraz Android). Ja używam tej ostatniej. Nie jest ona bezpłatna, ale według mnie zdecydowanie najlepsza. Jeżeli nie chcesz na początku wydawać pieniędzy, możesz skorzystać z jednej w wielu bezpłatnych opcji. Na przykład Apple udostępnia swoją, całkiem dobrą, bezpłatną aplikację – Podcasty. Jeżeli jesteś posiadaczem iPhone’a, możesz zacząć właśnie od niej. Jeżeli używasz smartfona z Androidem – wypróbuj bezpłatną aplikację Podcast Addict. Wspomniany na początku Overcast jest również w wersji bezpłatnej, ale za to z ograniczonymi funkcjami i reklamami.

Jeżeli znasz inne ciekawe aplikacje do zarządzania i odtwarzania podcastów – zostaw mi informację w komentarzu, z chęcią uzupełnię ten wpis o nowe, warte uwagi pozycje.

Gdy zaczynałem tworzyć niniejszy tekst, na mojej półce z podcastami było 37 tytułów. W tym momencie, gdy kończę – mam ich 46. Liczba ta dynamicznie się zmienia. Często szukam nowych tytułów, co jakiś czas rezygnuję też z tych, które już mnie interesują. Zdecydowana większość pozycji to audycje, z których mogę nauczyć się czegoś nowego. Są podcasty, których z uwagą przesłuchuję każdy odcinek, ale są też takie, z których na 10 odcinków wybieram co najwyżej jeden czy dwa.

Słowo „rozwój” najlepiej łączy wszystkie okładki na mojej liście. Jednak ten wpis miał skupiać się na słowie „relaks” i właśnie pod tym kątem wybrałem kilka godnych polecenia tytułów. Zachęcam Cię do przesłuchania każdego z nich – być może znajdziesz coś dla siebie.

Yes Was Podcast

Jestem fanem nowych technologii i słuchanie ciekawych rozmów na ten temat, wpisuje się u mnie idealnie w kategorię „rozrywka i relaks”. A pierwszym podcastem w tej kategorii jest Yes Was Podcast. Niech Was nie zmyli angielska nazwa – audycja jest po polsku 🙂 Zgodnie z opisem autorów, podcast ten należy do „technologiczno–publicystyczno–śmieszkowych” i po przesłuchaniu kilku odcinków – trudno się z tym nie zgodzić. Paweł Orzech i Wojtek Wiejak – którzy prowadzą Yes Was Podcast, „spotykają się” (wirtualnie) raz w tygodniu, aby porozmawiać o swoich przygodach z technologią – czasem pomarudzą, czasem coś podpowiedzą, ale zawsze rozśmieszą. Chłopaków odnalazłem mniej więcej rok temu. Początkowo „nie było szału” – luźna rozmowa na temat kilku nowinek technicznych, wydarzeń ze świata technologii oraz gier (o zgrozo, nie lubię…). Ale z czasem na tyle przyzwyczaiłem się do cotygodniowych spotkań z chłopakami, że Yes Was Podcast stał się jednym z moich ulubionych. Panowie czasem mijają się z prawdą, a dobór opisywanych wydarzeń nie zawsze jest taki, jak bym sobie wymarzył. Jednak wszystko opakowane jest w na tyle fajną i luźną formę, że nie mógłbym rozpocząć mojej listy polecanych podcastów od innego.

Każdy odcinek ukazuje się w nocy z wtorku na środę – chłopaki zazwyczaj są bardzo sumienni w tej kwestii i chwała im za to! Dzięki temu Yes Was Podcast co tydzień uprzyjemnia mi środowe śniadania.

Connected

Znowu będzie o nowych technologiach, tym razem jednak trochę bliżej świata Apple – czyli jakby nie patrzeć, tego, który mnie najbardziej interesuje.

Connected jest jednym z popularniejszych podcastów z grupy Relay.fm. Chyba mogę powiedzieć, że podcast ten jest angielskim odpowiednikiem Yes Was Podcastu (a może odwrotnie?). Connected prowadzą 3 osoby – Federico Viticci, Myke Hurley i Stephen Hackett, a tematem przewodnim są nowości ze świata Apple – choć Panowie starają się opisywać również wszystkie inne wydarzenia istotne na rynku urządzeń mobilnych i nowych technologii. Jest to swego rodzaju przegląd nowości. Istotną różnicą w stosunku do Yes Was Podcast jest to, że trio z Connected jest bardzo kompleksowe w zbieraniu tematów – chłopaki omawiają wszystko, co dzieje na rynku a ich opinie są przemyślane, merytoryczne i z reguły bardzo wyczerpujące – plus często ozdobione dawką specyficznego humoru 🙂 Nie bez znaczenia jest też dla mnie fakt, że zarówno Federico, jak i Myke są osobami, które na co dzień, zamiast na tradycyjnych komputerach, pracują na iPad’ach – ich historie są często dla mnie inspiracją do usprawniania mojego systemu pracy na iPadzie. Connected to nie tylko wspaniała rozrywka, ale i newsy ze świata urządzeń mobilnych. Jeżeli te tematy Cię interesują, to Connected szybko stanie się dla Ciebie cotygodniową „lekturą” obowiązkową. A wtedy warto zerknąć na pozostałe pozycje z „rodziny” Relay.fm.

This Is Your Life

Lubicie stare amerykańskie filmy? Ja się na nich wychowałem. A słuchanie podcastu This Is Your Life jest jak oglądanie starego, dobrego amerykańskiego filmu. Rambo i Terminator wsród podcastów 🙂

Audycja Michaela Hyatt’a była jedną z pierwszych, jakie trafiły na moją półkę. I szybko stała się pozycją, po którą sięgam, gdy szukam jednocześnie relaksu, nowych pomysłów i wiedzy. Bo takim właśnie połączeniem jest dla mnie This Is Your Life. Podcast od jakiegoś czasu nie jest już kontynuowany, Michael zastąpił go innym – Lead to Win, który ze względu na swoją formę – jest wspaniałym źródłem wiedzy, ale nie jest już tak dobrą rozrywką. Na szczęście baza kilkuset odcinków dostępnych w katalogu iTunes ciągle pozwala mi czerpać przyjemność z tego podcastu.

Michael ma bardzo specyficzny głos, pełen spokoju i ciepła, co – poza czerpaniem ogromnej ilości wiedzy – pozwala mi się również odprężyć. Tematyka jaką porusza – rozwój osobisty – jest mi szczególnie bliska. A podana w tak fajny, naturalny i praktyczny sposób, sprawia, że co chwila sięgam do katalogu po kolejny odcinek.

Jeżeli zdecydujesz się na This Is Your Life, warto abyś zaczął od pierwszych odcinków. Tych, w których Michael zaczynał. Opowiada w nich o swoich niepewnych początkach – i fajnie zestawia się to z odcinkami, które nagrywał kilka lat później. Bardzo inspirujący i odprężający podcast przez który przewija się wiele różnych tematów. Dostępny jest w języku angielskim, więc dodatkowym atutem jest fakt, że mogę szlifować język 🙂

5 AM Miracle

Podcast prowadzony przez Jeffa Sanders, który opowiada, „jak zdominować swój dzień przed śniadaniem”. 5 AM Miarcle należy u mnie do grupy tych, których słucham tylko wybrane odcinki – w zależności od tematu. Na przykład wywiady z udziałem Jeff’a – totalnie nie przypadły mi do gustu.

Porządkowanie swojego dnia o poranku jest mi bardzo bliskie – główna idea podcastu wspaniale więc wpisuje się w moje życie. I, pomimo faktu, że wstaję dużo wcześniej niż o 5 rano, bardzo lubię słuchać audycji 5 AM Miracle o poranku.

Lepiej Teraz

Lepiej Teraz podcast prowadzony przez Rafała Budnickiego. I tak naprawdę ciężko jest mi powiedzieć jedno zdanie, które dobrze opisze całą jego tematykę. Przytoczę za to słowa samego autora:

Zmień swoje życie na lepsze. Już teraz! Tak jak robią to goście Podcastu Lepiej Teraz.

Opis ten najlepiej pokazuje jak szeroką tematykę wziął na swoje barki Rafał. W podcaście znajdziemy tematy takie jak minimalizm, zarządzanie sobą, czasem, ale i media społecznościowe, marketing i rozwój biznesu.

Z tego względu, nie każdy odcinek trafia do mojej listy odtwarzania. Wybieram jedynie interesujące mnie tematy. Mimo wszystko lubię słuchać Rafała i traktuję jego podcast jako fajną rozrywkę i sposób na odprężenie. Kiedy mam groszy dzień, sięgam po kolejny odcinek, który ustawia mnie na odpowiednie tory.

Personal Best

Na koniec najmłodszy z podcastów na mojej półce – w dniu kończenia tego wpisu, dostępnych jest 6 odcinków a ja przesłuchałem dopiero z nich. Wydawana przez kanadyjską sieć CBC audycja Personal Best, jest jednocześnie najlepiej technicznie zrobionym podcastem jaki słucham. I z pewnością jest to jeden z powodów, dla których tak bardzo go lubię. Każdy odcinek to historia innej osoby, która – bez względu na ograniczenia – stara się być najlepszą wersją siebie. Tematyka rozwoju osobistego jest mi bardzo bliska – już o tym wspominałem – a jeżeli ubrania jest w tak przyjemną dla ucha formę… nie mogłem nie polubić 🙂

Wymieniam sześć tytułów z bazy kilkudziesięciu, które znajdują się na mojej półce. Nie znaczy to jednak, że właśnie te są moimi ulubionymi. Ale z pewnością pomagają mi zrelaksować się i odprężyć. Każdy z nich sprawia, że mogę wykorzystać iPhona do poprawy nastroju, pozbycia się stresu, czy zmiany negatywnego nastawiania. Jedne wywołują u mnie śmiech, inne zachwyt. Niektóre z nich tworzone są przez pojedyncze osoby, przy innych pracuje cały sztab ludzi. Każdy z pewnością warty jest czasu, który mu poświęcam. A przecież opowiedziałem tylko o tych podcastach, których słucham dla rozrywki – pozostałe z mojej półki mają zupełnie inny cel. Są dla mnie najlepszymi studiami, kursem i skarbnicą wiedzy – z każdej dziedziny życia. Uczą jak pracować, jak rano wstać, być zdrowszym, silniejszym, bardziej wysportowanym…

Gdy więc następnym razem usiądziesz na kanapie, weźmiesz do ręki pilota od telewizora – zastanów się, czy nie warto spróbować czegoś innego. Być może zakochasz się w podcastach tak jak ja.

Jeżeli chcesz do mojej listy wspaniałych, odprężających podcastów dołączyć inne tytuły – śmiało! Po to właśnie jest pole komentarzy pod tym wpisem. A może chcesz abym opowiedział o innych tytułach z mojej bazy podcastów?

W co inwestuje Robert Lewandowski poza boiskiem

Robert Lewandowski mądrze gra. Nie tylko w piłkę. Na portalu MamBiznes możemy przeczytać, że…

Kapitan polskiej reprezentacji odnosi sukcesy nie tylko na boisku, ale również w biznesie. Zarobione pieniądze na murawie inwestuje w przedsięwzięcia z różnych branż. Piłkarska gwiazda ma w swoim portfelu firmy działające na rynku nieruchomości, medycyny, gastronomii, mediów, ale także fundusz inwestujący w start-upy.

Bardzo fajna, godna naśladowania postawa. Wielu „kolegów” Roberta – o czym dość często słyszymy – co chwilę rozbija na drogach kolejne luksusowe auta, kupuje coraz to nowsze, większe, kilkudziesięcio-pokojowe pałace, zakładając na każde drzwi złotą klamkę – ale nie on. Robert krok po kroku buduje swoją sportową emeryturę, która, z racji wykonywanego zawodu, nie jest przecież wcale tak odległa. Szuka coraz nowszych pomysłów w które może zainwestować. To rozsądne dla kogoś kto jest na szczycie. Szczególnie, gdy każdego dnia, podczas każdego meczu, istnieje ryzyko kontuzji która w mgnieniu oka może zakończyć sportowa karierę.

Zwróciła jednak moją uwagę pewna rzecz – Robert inwestuje w przedsięwzięcia wymagające mocnych nerwów, które zazwyczaj obarczone są pewnym ryzykiem. Fundusz VC, inwestujący w startupy o podwyższonym ryzyku, agencja marketingowa, firma deweloperska, dom mediowy, klinika dla sportowców, restauracja.. szeroki wachlarz niezbyt spokojnych biznesów. Być może taka już ryzykowna natura Roberta, co jak wiemy sprawdza się na boisku 🙂 I oby poza nim było podobnie.

Trzymam kciuki i życzę powodzenia w każdym z przedsięwzięć!

Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o pozaboiskowych biznesach Roberta Lewandowskiego, odsyłam do artykułu MamBiznes

Ciekawy czytnik PocketBook Touch HD 2 – test eCzytelnik

Opowiadałem ostatnio, jak zamieniłem stary czytnik ebooków na Kindle’a (nareszcie!). Jestem bardzo zadowolony z tej decyzji, Amazon zrobił kawał dobrej roboty wokół swojego czytnika i z pewnością nie zamieniłbym go na żaden inny (chyba, że na lepszą wersję Kindle’a).

Widzę jednak, że i konkurencyjne rozwiązania stoją na bardzo wysokim poziomie, w niektórych kwestiach zostawiając Amazona w tyle. Trafiłem ostatnio na blogu eCzytelnik na dwuczęściową recenzję czytnika PocketBook Touch HD 2 i powiem szczerze, że byłem w szoku dowiadując się, ile rzeczy producent wpakował do tego urządzenia.

Wchodząc w menu główne czytnika, mamy do dyspozycji aż szesnaście różnych opcji do wyboru. Dotyczą one zarówno czytania, jak i zarządzania posiadanymi w pamięci plikami, ale nie zabrakło również funkcji odpowiedzialnych za zwiększenie możliwości relaksu użytkownika w przerwie od czytania.

Nie do końca przekonuje mnie stylistyka urządzenia i dobór funkcji. Już sam wygląd lekko odstrasza (choć muszę przyznać, że nie miałem okazji trzymać go w ręku – bazuję jedynie na zdjęciach). Zdecydowanie nie idzie on w parze z minimalistycznym podejściem za który tak cenię urządzenia Apple i Amazon. Myślę też, że w przypadku czytników nie ma sensu ścigać się z tabletami – a PocketBook HD2 momentami do tego aspiruje. Całkiem niepotrzebnie. Czytnik powinien być czytnikiem. Dodawanie gier, kalkulatora, galerii, integracji z Dropboxem – chyba za dużo rzeczy odciągających od czytania? A „możliwości relaksu użytkownika w przerwie od czytania” – czy to dobry pomysł? 🙂

Mimo wszystko PocketBook Touch HD 2 to bardzo ciekawe urządzenie i warto przeczytać recenzję Krzysztofa Zemczaka. Niech zachęci Was jej podsumowanie:

Śmiało mogę stwierdzić, że PocketBook Touch HD 2 to najprzyjemniejszy czytnik, który miałem okazję dotychczas trzymać w swoich rękach. Widać duży przeskok w jakości wykonania, w porównaniu z flagowym Touch Lux 3. Mówiąc o wygodzie czytania, funkcja SMARTlight jest niezastąpiona przy czytaniu w nocy, a wysoka rozdzielczość ekranu wyświetla tekst bardzo wyraźnie, co jest przyjemne również w przypadku przeglądania grafik. Funkcjonalności wszelkiej maści nie brakuje, choć nie mam odczucia jakiegoś przesadzania w tej kwestii. Każdy może znaleźć coś dla siebie, a większość z nich i tak związana jest z polepszeniem jakości naszego czytania. Zważywszy, że te funkcje występują również we wcześniejszych modelach producenta. Ode mnie solidna piąteczka.

Pierwsza część recenzji
Druga część recenzji

Co myślisz o PocketBook Touch HD 2?

Czytanie i Twój smartfon

Czytanie jest domeną ludzkości. Rozrywką i wiedzą. Przyjemnością. Zaniedbaną i niedocenianą?

Jak wynika z raportu Biblioteki Narodowej, stan czytelnictwa w Polsce z roku na rok, jest na coraz niższym, coraz bardziej żenującym poziomie. Na początku wieku, ponad połowa z nas czytała więcej niż jedną książkę rocznie, a prawie jedna czwarta – nie mniej niż siedem. Dzisiaj niewiele ponad 1/3 Polaków w ciągu całego roku sięga po jedną książkę, tylko co dziesiąty z nas przeczyta ich 7 lub więcej. (AKTUALIZACJA: na stronie Biblioteki Narodowej ukazała się zapowiedź raportu dotyczącego czytelnictwa w 2017 roku. Dane są bardzo podobne do tych z przed roku. Pełny raport dostępny będzie w maju 2108 roku.)

Z drugiej strony, pomimo słabych wyników czytelnictwa, rynek wydawniczy w Polsce rozwija się w całkiem nieźle. Jeszcze 15 lat temu, liczba wydawanych rocznie tytułów była na poziomie ok. 20 tys., dzisiaj jest to już prawie 35 tys. Gdzie więc leży problem?

Arnaud Nourry, CEO Hachette Live Group – jednego z największych wydawnictw we Francji – w wywiadzie dla portalu scroll.in stwierdził, że przyczyną słabego poziomu czytelnictwa oraz wszelkich problemów branży wydawniczej są ebooki. Według niego są one niezbyt udanym produktem ukazującym wręcz nieudolność wydawnictw, które nie potrafiły wykorzystać początków cyfrowej ery. Nourry uważa, że tanie ebooki są powodem problemów rynku wydawniczego i zabijają nie tylko infrastrukturę wydawniczą, ale także księgarnie, supermarkety oraz przychody autorów. Co więcej – Nourry twierdzi, że większość czytelników nie przekona się do elektronicznych książek.

Ebook to głupi produkt. To dokładnie to samo, co papier, tylko elektroniczny. Nie ma w nim nic kreatywnego, ulepszonego i brakuje mu rzeczywistego cyfrowego doświadczenia. Jako wydawcy, nie spisaliśmy się dobrze. Próbowaliśmy ulepszonych ebooków – nie zadziałało. Próbowaliśmy aplikacji, witryn z treścią – odnieśliśmy może ze dwa sukcesy, pośród setek porażek. Mówię o całej branży. Nie udało nam się. (…) Wydawcy i redaktorzy przyzwyczajeni są do tworzenia projektów na płaskiej stronie. Nie znają potencjału technologii 3D i formatów cyfrowych.

W opozycyjny sposób podchodzi do tematu Krzysztof Zemczak, z portalu eCzytelnik – jego komentarz jest z pewnością warty uwagi:

Wyczuwam tutaj małe kombinacje i próby ulepszenia czegoś, co działa dobrze, w sposób, który nie interesuje aktualnych eCzytelników – czy chodzi tutaj o przegapienie swojej szansy? (…) Książki elektroniczne mają więcej zalet, niż Nourry’emu się wydaje. I właśnie ebooki w takiej formie, z jaką obcujemy w dniu dzisiejszym, ludzi do nich przekonuje i dlatego możemy mówić o chociaż tych 20% rynku książki na zachodzie, a nie 2%. (…)

O eCzytelnictwie jest coraz głośniej, a rynek ebooków wciąż się rozwija. Ludzie coraz chętniej czytają w tej formie, zatem nie możemy mówić o stagnacji lub o spadku jej popularności.

Kto ma rację? W całym „sporze” to chyba właśnie Krzysztof jest bliżej prawdy, choć sprawa dotyczy chyba trochę szerszego podwórka, niż tylko ebooki.

Czas pędzi do przodu, pojawiają się nowe technologie a my nie przestajemy czytać. Zmieniają się jedynie narzędzia, które nam to umożliwiają. Dzisiaj książka ciągle jeszcze wielu kojarzy się z papierowym przedmiotem, który po przeczytaniu odkładamy na drewnianą półkę w domu. Inni mają już na myśli ebooki czytane na plastikowych czytnikach. Ja idę dalej. Czytamy przecież cały czas. Artykuły w przeglądarce internetowej, aplikacji na smartfonie, dokumenty na tablecie, czy ebooki na czytniku. Artykuły na stronach www potrafią sięgać wielu tysięcy znaków i słów. Czym taka treść różni się zatem od książki? Stylem? Poziomem? Oprawą…? A jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że każdy artykuł w internecie możemy przerobić we własnym zakresiena ebooka, którego bez problemu prześlemy na czytnik elektroniczny – to mamy już do czynienia z książką czy jeszcze nie? Czytając taki artykuł podwyższamy czy obniżamy poziom czytelnictwa w naszym kraju? A jeżeli autor ze swojego długiego artykułu sam wykona ebooka i udostępni go czytelnikom? Gdzie dzisiaj, w dobie internetu, leży granica pomiędzy książką a artykułem? Czy obszerne recenzje nowych wersji systemu IOS, które co roku przygotowuje Federico Viticci, nazwiemy artykułami czy już książkami? Artykuł ten (ponieważ jest publikowany w internecie, na stronie www – więc artykuł, tak?) ma okładkę, rozdziały, spis treści, jest dłuższy niż niejedna książka, dopracowany, wielokrotnie sprawdzony, poddany szczegółowej korekcie, na bardzo dobrym poziomie stylistycznym, mocno merytoryczny. Czy taką pozycję zaliczymy już do książek? Co odróżnia książkę od artykułu? Numer ISBN?

Moje myślenie na temat książek i czytania już dawno uległo zmianie. Od lat nie przeczytałem papierowej książki czy drukowanego artykułu np. w czasopiśmie – choć sam na co dzień zajmuję się projektowaniem książek i czasopism. Nie znaczy, że nie czytam, przeciwnie… Zmieniłem jednak nośnik tekstu.

Doskonale pamiętam pierwszą książkę, którą przeczytałem na telefonie komórkowym. Urządzenie to nie nazywało się jeszcze nawet smartphone’em – bo i niewiele miało z nim wspólnego. Książką był Folwark Zwierzęcy a urządzeniem – Siemens S55. Było to jeszcze długo przed erą elektronicznych czytników. Amazon dopiero kilka lat później zaprezentował pierwszego Kindle’a. W tamtym czasie Siemens S55 był szczytem techniki. Proste aplikacje napisane w języku Java, kolorowy wyświetlacz, pojemna na ówczesne czasy pamięć, oszałamiające dzwonki… byłem zachwycony. Szukałem dla niego coraz to nowszych zastosowań. Jednym z nich okazało się… właśnie czytanie książek.

Czytałem na tym niewielkim urządzeniu podczas codziennych podróży pociągiem. W tamtym czasie wydawało mi się to bardzo wygodne – zamiast papierowej, sporych rozmiarów książki, mogłem trzymać jedynie malutki telefon. Nie straszny był mi tłok, miejsce stojące, czy brak oświetlenia w pociągu. Nie przeszkadzało mi, że malutki ekran Siemensa, mieścił nie więcej niż jedno krótkie zdanie. Byłem tak podekscytowany faktem, że mogę wykorzystać telefon komórkowy do czytania książki, że nie widziałem żadnych minusów tego rozwiązania. Musisz wiedzieć, że były to czasy, gdy praktycznie nikt nie gapił się jeszcze całymi godzinami w telefon, jak ma to miejsce dzisiaj. Nie było powodu ani sensu. Internet w telefonie właściwie nie istniał, nie było jeszcze multimedialnych urządzeń, filmów online. Telefony nie miały nawet aparatów do robienia zdjęć. Wyobraź więc sobie miny ludzi którzy, nieprzyzwyczajeni do takiego widoku, obserwowali mnie i dziwili się po co przez godzinną podróż pociągiem wpatruję się z wypiekami na twarzy w mały ekran telefonu. A ja byłem akurat myślami na zebraniu, wśród buntujących się zwierząt lub uciekałem przed kolejną zjawą, jaką wymyślił mi Stephen King (jak ja uwielbiałem jego książki!).

Minęło wiele lat, a ja do dzisiaj nie mogę się nadziwić jak to się stało, że byłem w stanie przeczytać cokolwiek na tak mikroskopijnym ekranie. Mimo wszystko zapamiętałem, że było to doświadczenie bardzo pozytywne. Czasy się jednak zmieniły. Dzisiaj widok osoby czytającej książkę czy nawet przeglądające strony www z komórki jest całkiem normalny. Możemy się z tym nie zgadzać, sprzeciwiać się i walczyć. Albo sami wykorzystać fakt, że nosimy w kieszeni, właściwie nieograniczoną niczym, skarbnicę wiedzy.

Czytanie może nastawiać Cię pozytywnie każdego dnia, gdy jedziesz do pracy, pozwoli też obniżyć poziom stresu po całym dniu, gdy z niej wracasz. I możesz wykorzystać do tego smartfona. Zobacz jak ja to robię.

 

Kindle

Ten wpis powstaje w ciekawym dla mnie momencie – otóż dwa miesiące temu kupiłem swojego pierwszego Kindle’a i powoli wsiąkam w jego świat. Do tej pory używałem, kupionego przed laty w Empiku, czytnika Trekstor i w pełni zaspokajał on moje potrzeby. Poza wyświetlaniem tekstu nie miał zbyt wielu funkcji, spełniał jednak swoje podstawowe zadanie. Używałem go w połączeniu z Calibre, bardzo fajną aplikacją do zarządzania biblioteką ebooków dla Maca. Calibre ma jedną, wspaniałą funkcję, której bardzo często używałem – zerkała co kilka dni na moją wirtualną półkę z artykułami w Instapaper (więcej o tym a chwilę), pobierała z niej wszystkie nowe artykuły, konwertowała do formatu ebook i wrzucała na czytnik. WSPANIAŁE!

Pewnie nie zdecydowałbym się na zmianę, gdyby nie fakt, że Trestorek zaczął mnie niepokojąco często straszyć komunikatem „bateria rozładowana”. I gdy pewnego razu wyłączył mi się w środku bardzo ciekawego rozdziału książki, mocno wkurzony wygarnąłem mu co myślę o takim traktowaniu i musieliśmy się pożegnać. Wszedłem na Amazona i… nastała era Kindle’a.

Mój wpis dotyczy czytania na smartfonie, więc możesz zastanawiać się co ma z tym wspólnego fizyczny czytnik? Odpowiedź jest jedna: Kindle. I nie mam na myśli czytnika, ale całą usługę, którą wraz z nim udostępnia Amazon. Kindle to coś o wiele więcej niż tylko czytnik – to również aplikacje na komputery, tablety, smartfony, jak i chmura Amazon’a, która pozwala synchronizować i czytać te same treści na każdym z naszych urządzeń. Dodane do biblioteki książki synchronizują się pomiędzy urządzeniami. Mam więc zawsze przy sobie całą moją biblioteczkę.

Synchronizacji podlega również postęp w czytaniu, czyli kończąc książkę na danej stronie na czytniku, mogę chwycić iPhone’a, odpalić aplikację Kindle i czytać dalej. Bardzo wygodne rozwiązanie. Nie zawsze mam pod ręką plastikowego Kindle’a – a zdarza się, że muszę chwilę postać w kolejce w sklepie czy poczekać na mrozie na autobus. Mam nie więcej niż 10 minut – wyciągam smartfona i czytam. Gdy wieczorem chwycę Kindle’a, będę mógł kontynuować czytanie od miejsca, w którym skończyłem na iPhonie.

Kindle, pozornie prosta aplikacja do czytania, to potężny kombajn napakowany przeróżnymi funkcjami. Wystarczy wspomnieć, że zarówno czytniki, jak i smartfonowe aplikacje, zintegrowane są z Goodreads – siecią społecznościową dla czytających książki, którą Amazon kupił w 2013 roku – oraz z Audible – serwisem do zakupu i słuchania audiobooków oczywiście również od Amazon’a. Chmura Kindle synchronizuje notatki i wycinki tekstu pomiędzy zarejstrowałem urządzeniami – dzięki temu mogę w wygodny sposób na komputerze odczytać zapisane w smartfonie czy czytniku notatki i wycinki książek. Aplikacja oferuje możliwość tworzenia kolekcji, czyli wirtualnych półek do grupowania książek i dokumentów.

Kindle w wersji smartfonowej daje nam dostęp do wszystkich tych funkcji już od samego początku – ponieważ aby używać aplikacji, trzeba zalogować się do swojego konta Amazon. Aby jednak korzystać z tych samych dobrodziejstw na czytniku, musimy zarejestrować go w serwisie Amazon. Bez rejestracji, będzie on pełnił jedynie funkcję zwykłego czytnika – bez możliwości synchronizacji czy dodatkowych integracji. Po instrukcję rejestracji Kindle’a odsyłam do bloga eCzytelnik.

Za pośrednictwem fizycznego Kindle’a, możemy też kupić nowe książki w sklepie Amazona. Każda zakupiona książka (zarówno przez czytnik, jak i stronę Amazona), wyląduje od razu na wszystkich naszych urządzeniach.

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną, najciekawszą chyba funkcję, wisienkę na torcie. Amazon każdemu swojemu użytkownikowi udostępnia dedykowany adres e-mail w domenie @kindle.com. Przesyłając na niego dowolnego ebooka, dodamy go automatycznie do naszej biblioteki Kindle i umieścimy w ten sposób na wszystkich zarejestrowanych urządzeniach. Nie musimy więc podłączać czytnika do komputera – zakupionego w dowolnym sklepie ebooka, bez problemu wyślemy mailem zarówno na czytnik, jak i do smartfona. Ale to nie koniec! Poza typowym ebookiem, na ten dedykowany adres e-mail, możemy również wysłać inne dokumenty: PDF, DOC czy HTML. Zostaną one przekonwertowane przez serwery Amazona do odpowiedniego formatu i również dodane do biblioteki! Wspaniała funkcja, która daje szereg nowych możliwości wykorzystania czytników. Aby jej używać, w ustawieniach konta Amazon musimy podać wszystkie nasze adresy e-mail, z których chcemy przesyłać książki na urządzenia (dzięki temu nikt obcy nie zacznie nam wysyłać reklam do naszej półki z książkami ☺️ ).

Aplikacja Kindle dostępna jest na urządzenia z iOS oraz z Androidem.

 

Instapaper

Internet to kopalnia wiedzy. I największy na świecie bank treści. Lepszych i gorszych. Trafiamy na nie każdego dnia, przeglądamy setki stron a na każdej kolejnej spędzamy coraz mniej czasu. W pociągu, autobusie, w drodze do pracy czy przerwie na lunch. Ciągle w biegu. Nawet gdy trafimy na wartościowy artykuł – najczęściej nie mamy czasu, aby go w danym momencie przeczytać. Z pomocą przychodzi Instapaper, który – w największym skrócie – jest aplikacją pozwalającą na odkładanie do przeczytania na później znalezionych w internecie artykułów. O ile Kindle jest moim wyborem w przypadku książek, Instapaper to miejsce do którego trafia każdy warty mojej uwagi artykuł.

W momencie, gdy dodam do Instapaper link www, pobierana jest z niego treść artykułu strony i zapisywana w aplikacji. Znikają reklamy, paski menu, banery i różne inne rozpraszające elementy stron www. Instapaper wyciąga i podaje czystą esencję. Zamiast kolorowej strony www, dostaję ładnie ułożony tekst na odpowiednim tle (białym, lekko żółtawym, szarym lub czarnym – w zależności od wybranego motywu).

Wygląd tekstów można dostosować zmieniając rodzaj czcionki, jej wielkość, odstępy pomiędzy wierszami i szerokość tekstu. To tak, jakbyśmy projektowali własną, idealną książkę z artykułami.

Dodawanie treści do Instapaper jest niezwykle proste. Gdy natrafię w internecie na ciekawy artykuł, niezależnie od tego, czy będzie to na smartfonie, tablecie czy komputerze, klikam ikonę udostępnienia i wybieram Instapaper. To wszystko. Artykuł po chwili czeka w aplikacji, w wygodnej do czytania formie. Instapaper jest moim centrum i bazą treści. Trafia do niego wszystko, co wymaga dłuższego niż minutę czytania. Dodaję tam artykuły znalezione na stronach www, Twitterze, Facebooku czy dłuższe newslettery (takie, które mogę otworzyć w przeglądarce internetowej). Dodane treści można grupować w katalogi, oznaczać jako ulubione oraz udostępniać dalej – na przykład znajomym. Usługa zintegrowana jest również z usługą IFTTT i dzięki temu możliwe jest wykonywanie pewnych automatycznych zadań. Ja mam ma przykład ustawione, aby każdy dodany do Instapaper artykuł, pojawiał się automatycznie również w moim dzienniku Społecznościowym w Day One, a gdy oznaczę artykuł jako ulubiony, link do niego zostanie dodany do mojej listy zadań w Things – dzięki temu mogę oznaczać dla siebie treści, do których chcę później wrócić na komputerze.

Archiwum przeczytanych artykułów jest dodatkowym atutem. Jeżeli będę w przyszłości chciał odnaleźć konkretny artykuł, wiem gdzie szukać.

Wszystkie artykuły w Instapaper są oczywiście synchronizowane. Mogę więc czytać na iPhonie, iPadzie oraz na komputerze, za pośrednictwem strony www.

Instapaper jest aplikacją bezpłatną, dostępną zarówno na telefony z iOS, jak i z Androidem.

 

A Ty lubisz czytać na smartfonie?