The Sweet Setup: Trzy rodzaje planistów (którym jesteś?) 🔗

Shawn Blanc:

A blank canvas. Endless possibilities. A clean slate.
Sounds great, right?
It might make for a nice Hallmark card, but in my experience it’s actually one of the worst ways you can look at the new year.
(…)
If you want to make meaningful changes in your life, you can’t ignore the context in which those changes will take place.
Your life is not a blank canvas — but it’s also not a finished one, either.
You don’t have to throw everything out in order to start getting different results.
Small, incremental changes that align with your values is the name of the game.

Uwielbiam Shawna Blanca, filozofię życia, o której opowiada, uwielbiam treści, jakie publikuje w The Sweet Setup, jednak jeden z jego ostatnich wpisów w 2022 roku przypominał mi, że każdy z nas jest inny i nie powinienem ślepo kierować się tym, co przeczytam w Internecie – nawet, jeżeli publikuje to jeden z moich ulubionych twórców. Nikt nie jest Tobą, mną, i każdy z nas powinien dochodzić do odpowiedzi swoim własnym rozumem i robić to, co na niego działa.

Shawn w jednym z wpisów przekonuje, że nie powinniśmy traktować nowego roku jak pustego płótna, na którym możemy namalować, co tylko nam się podoba, ponieważ – niezależnie od rodzaju osoby, jaką jesteśmy – to doprowadzi nas do klęski. Na przykładzie trzech rodzajów osobowości, próbuje udowodnić, że podejście przekreślające to, co było wczoraj, nie może się sprawdzić. Ja jednak wiem, że czasem podejście do nowego okresu w życiu, właśnie jak do czystej kartki – potrafi ogromnie pomóc, są momenty, gdy dokładnie tego potrzebujemy. Danie sobie przestrzeni na zmiany w pewnych sytuacjach potrafi przynieść ogromną ulgę, przekreślenie przeszłości i dzięki temu zmiana przyszłości, może w niektórych sytuacjach być wielkim darem, na który czasem trzeba sobie pozwolić. Wrócę więc do tego, co napisałem na początku: każdy z nas jest inny, nie ma uniwersalnych schematów, pasujących do wszystkich, choć próba podążania za innymi (inspirowania się), może nas doprowadzić do właściwych odpowiedzi.

Niemniej jednak wpis Shawna jest bardzo ciekawy i jest w nim sporo cennych wartości, na które warto zwrócić uwagę planując nowy rok, kwartał, miesiąc, czy nawet najbliższy tydzień.

Przeczytaj cały artykuł na The Sweet Setup.

Ile kosztują papierosy?

Aspekt finansowy to słaby argument do rzucania palenia – a przynajmniej, jeżeli jest jedynym jaki masz. W przypadku większego przypływu gotówki, powód ten znika a my wracamy do papierosów. Jednak fakt, że gdy jednak zdecydujesz się rzucić, a co miesiąc w portfelu zostanie Ci pokaźna sumka pieniędzy, której nie puścisz z dymem, chyba nie będzie Cię smucił 🙂

Czytaj dalej

9 powodów aby w 2023 roku w końcu rzucić palenie!

Badania pokazują, że 21% Polaków to osoby nałogowo palące papierosy. Liczba ta z każdym kolejnym badaniem się zmniejsza (24% – 1019 r., 31% – 2011 r.), ale nadal jest ogromna. W końcu to prawie 8 milionów ludzi! A mówimy przecież tylko o naszym kraju. Do tego dochodzi ponad milion tak zwanych „okazjonalnych palaczy”. Oznacza to, że prawie co czwarta osoba w naszym kraju pali papierosy. Te dane są przerażające.

Czytaj dalej

Kolejny rok, kolejny temat – czas ruszyć w 2022!

Ale mi się zeszło z zamknięciem 2021 roku. Jest koniec stycznia, a ja dopiero rozliczam się z tym, co było i podejmuję decyzję o tym, co dalej. Późno. Miałem jednak swoje powody.

Proces

Nowy rok wielu kojarzy się głównie z postanowieniami – i to pewnie w dużej większości z takimi, które są trudne do zrealizowania. Postanawiamy rzucić palenie, schudnąć, ćwiczyć, biegać, pościć, zmienić pracę… Ta symboliczna wymiana cyferek w dacie daje nam powód do tego, aby zamarzyć o czymś innym, by choć przez kilka sekund poczuć się jak ktoś, kto coś robi, kto działa, aby było lepiej, jest to nasze alibi, pozwolenie na marzenia o lepszej przyszłości. Jednak niewiele osób wytrzymuje z tą nagłą, nieprzemyślaną zmianą dłużej niż tydzień, dzień, czasem już po pierwszej godzinie się poddajemy. Sama idea postanowienia zmiany jest świetna, ale… chyba nie ta noworoczna – bo do tej startujemy najczęściej całkowicie nieprzygotowani.

Z tych właśnie powodów, już dawno temu porzuciłem wszelkie postanowienia noworoczne. One po prostu nigdy nie wychodziły. Mam za to swój proces zamykania starego i otwierania nowego roku – długi, przemyślany, sprawdzony – wiąże się z wyznaczeniem tematu, w zgodzie z którym chcę działać przez kolejne 12 miesięcy.

Temat roku to nic innego, jak idea, kilka słów, pod których szyldem planuję działać. Na przykład rok 2020 stał u mnie pod znakiem odwagi – taki temat sobie wtedy wyznaczyłem dwa lata temu. Przez 12 miesięcy starałem się działać w zgodzie z tym hasłem, próbowałem być odważny – w codziennych decyzjach, planowaniu, relacjach, pracy. Dzięki temu był to dla mnie rok wielu wspaniałych i nowych rzeczy, zasmakowałem w podróżach, miałem swoją trudną i ekscytującą wyprawę przez Szwecję, zdobyłem kilka polskich szczytów, odwiedziłem wiele nowych miejsc, zacząłem nagrywać podcasty, jeden z nich był nawet przez długi czas moim codziennym podcastem – co również wymagało odwagi, nawet decyzja o uruchomieniu konta na Instagramie zapadła w duchu tematu, jaki wtedy wybrałem. To był trudny, ale bardzo udany rok. I chcę, aby taki też był każdy kolejny – dlatego procesowi wyboru tematu poświęcam bardzo dużo czasu i energii.

Rok ciężkiej pracy

Ostatnie 12 miesięcy było u mnie bardzo dziwne. W grudniu 2020 roku podjąłem decyzję, że zbliżający się rok – czyli ten, który, patrząc z dzisiejszej perspektywy, niedawno się skończył – będzie u mnie stał pod znakiem ciężkiej pracy. To był wspaniały temat. Pamiętam, że decydując się na niego, byłem mocno podekscytowany. Wybierając właśnie taki kierunek, dałem sobie znak, że chcę skupić się na rozwijaniu tego, co mam – bez kombinowania i zastanawiania się. Miało być pracowicie i bezmyślnie – choć zgodnie z wyznaczanym planem. U podstawy tej decyzji stała potrzeba ograniczania nowości i zmian oraz skupienie się na rozpoczętych już rzeczach, projektach, sprawach, aktywnościach. I pierwsze sześć miesięcy 2021 roku dokładnie takie były. Trzymałem się wytyczonej drogi, tego, co udało mi się do tej pory zbudować – dokładnie to było moim głównym celem – i starałem się jak mogłem, aby nie zboczyć z obranego kursu. Pracowałem – i nie chodzi mi oczywiście o pracę w rozumieniu zarabiania pieniędzy. Rok ciężkiej pracy dotyczył wszystkich obszarów mojego życia. I choć biorąc na siebie tak szerokie spektrum skupienia uwagi, nie mogłem iść bardzo mocno do przodu w jednym tylko obszarze – więc ani mój blog, ani podcasty, ani praca, czy nawet życie rodzinne nie zaliczyły mocnego skoku – to byłem zadowolony. Balansowałem na fajnym, stabilnym poziomie, ciężko pracowałem i cieszyłem się efektami tej pracy. Było spokojnie, było bezpiecznie.

Po sześciu miesiącach, w okolicach lipca, zrobiłem sobie przerwę – na podsumowanie i przegląd. Postanowiłem sprawdzić mapę mojej podróży, przebytą już drogę i zastanowić się, czy nie jest przypadkiem potrzebna jakaś korekta kursu, wcisnąłem przycisk „sprawdzam”.

Proces ten – przeglądu i wyciągania wniosków – trochę mi zajął i, co ważniejsze, doprowadził do kilku ważnych decyzji. Mega ważnych decyzji. Okazało się, że o ile w sporej większości, praca, którą wykonywałem rozwijając poszczególne obszary mojego życia, przynosiła pozytywne efekty – dała powolny, ale stabilny rozwój, zapewniła spokój i bezpieczeństwo – o tyle dostrzegłem, że chyba podążałem nie do końca właściwą drogą… Wiesz, jak to jest, gdy jesteś w trakcie robienia czegoś i nagle zaczynasz orientować się, że cała Twoja praca jest… trochę bez sensu? Że budujesz coś, co i tak, wcześniej czy później, musi się zawalić? Że Twój statek płynie prosto na górę lodową? Cel całej wycieczki jest poprawny, ale trasa już nie do końca – z małymi szansami na dopłynięcie. Poczułem się trochę jak kapitan Titanica, który odkrył, że prowadzi swój wielki, wspaniały statek prosto na górę lodową – a przecież wszyscy wiemy, jak skończyło się tamto spotkanie.

Doszedłem do wniosku, że rok ciężkiej pracy był moją wewnętrzną próbą dla wielu rzeczy, które robię w życiu. Pozwolił mi na jakiś czasu rzucić się w wir codzienności i nie myśleć o sensie drogi. Na sześć miesięcy stałem się tylko i wyłącznie pracownikiem firmy, która jest moim własnym życiem. Zorientowanym w sytuacji, wykwalifikowanym, ale jednak pracownikiem. A szef pojechał na urlop. Nie wiem, czy widzisz już, do czego zmierzam. Wybór „ciężkiej pracy” jako tematu roku sprawił, że zmieniłem perspektywę – mogłem stanąć trochę z boku mojego życia. Być właśnie tym pracownikiem, który nie wyznacza kierunku działania, a jedynie ciężko pracuje – co sprawiło, że zacząłem dostrzegać zupełnie inne rzeczy, niż szef. W końcu to właśnie pracownicy najlepiej widzą, co dolega firmie, jakie problemy trzeba rozwiązać, które rzeczy zmienić. Przychodzą z tą wiedzą do swojego szefa, który na bazie doświadczenia tego pracownika, może podjąć decyzję, czy coś zmienić. A przynajmniej tak to powinno działać. I w lipcu poprzedniego roku, zrobiłem takie właśnie spotkanie firmowe, na którym obydwaj (ja, szef i ja, pracownik) doszliśmy do wniosku, że coś jest nie tak.

Ach… wiem, mocno to zagmatwane. Ale dobrze odzwierciedla to, co działo się ze mną w połowie 2021 roku.

Potrzebna więc była korekta kursu – cholernie trudne zadanie. Bo jak zawrócić tak wielki statek? Jak wytłumaczyć to pasażerom? Czy wystarczy paliwa na inną trasę? Czy płynąc nowym szlakiem, nie trafię na jeszcze większą górą lodową? Tak wiele pytań, żadnych odpowiedzi – ale przecież wiem dokładnie, co się wydarzy, jeżeli nic nie zrobię… widziałem to, góra lodowa rozpruje mój okręt i nigdzie nie dopłynę. Musiałem zaryzykować, zaplanować zmianę kursu. Zostało mi niecałe pół roku na wykonanie jeszcze jednej, bardzo ciężkiej pracy. Ale podjąłem to wyzwanie.

Efekt jest taki, że sześć miesięcy później, jestem już na zupełnie innym ocenie, ale ponownie na trasie, i to do tego samego celu. Udało się zrobić duży zawrót, wręcz ogromny zwrot, opłynąłem przeszkody, skorygowałem kurs i wytyczyłem nową trasę. Przede mną wiele mniejszych gór lodowych, ale przez chmury widzę trasę, którą mogę dopłynąć do celu – muszę tylko płynąć w skupieniu, aby na żadną nie wpaść.

Wakacje 2021 roku okazały się jednymi z kilku przełomowych momentów w moich życiu. Zawdzięczam to planowi, jaki sobie na ten rok wytyczyłem. Kilka miesięcy ciężkiej pracy pozwoliły mi na pewnego rodzaju oderwanie się od planowania, myślenia o sytuacji, w jakiej się znajdowałem. Pracowałem nad tym, co wydawało mi się słuszne. Dzięki temu, podczas wakacyjnej przerwy, mogłem spojrzeć na wykonaną pracę i trochę „na sucho” przeanalizować punkt, w jakim się znajduję i trasę, jaką podążam. Tylko dzięki temu postrzegłem, że potrzebna jest korekta, mocna korekta.

Konsekwencje zmian, jakie wtedy wprowadziłem, będę odczuwał bardzo długo. Wiem jednak, że były potrzebne, wręcz niezbędne. Trochę trwało, zanim mogłem uznać, że jestem ponownie na trasie do właściwego celu. Dalej ciężko pracowałem, ale tym razem nad korektą trasy. I po kolejnych sześciu miesiącach – na przełomie 2021 i 2022 roku – nadszedł czas na kolejne podsumowanie.

Rok ciężkiej pracy uznaję za udany. Choć na samym jego początku nie sądziłem, że mógłbym się kiedykolwiek znaleźć w punkcie, w którym dzisiaj jestem, to wiem, że było to niezbędne i konieczne. Podążam dalej do celu, jakim jest… fajne życie.

2022 – rokiem…

Długo zastanawiałem się nad kierunkiem, jaki chcę obrać w tym roku. Po tak trudnych i burzliwych sześciu miesiącach, pomyślałem początkowo, aby skierować się w stronę spokoju – więc 2022 miał stać się rokiem stabilizacji. Idealny temat, dzięki któremu mógłbym trochę odpocząć, potrzebowałem tego, chciałem uspokoić pewne rzeczy, trzymać się wytyczonej trasy, żeglując spokojnie po oceanie życia. Idea wyciszenia, jakie miał mi przynieść rok stabilizacji, była bardzo kusząca. Cały grudzień (2021) chodziłem z myślą, że od stycznia zacznę w końcu odpoczywać, że zrzucę z siebie wszelką presję, zamknę się w moim świecie i uspokoję wszystko, z czym mam styczność.

Jednak… z każdym kolejnym dniem nabierałem sił i dochodziłem do wniosku, że chyba jednak nie powinienem tego robić, że nie mogę sobie na to pozwolić, nie teraz. Stabilizacja jest potrzebna, pragnę jej bardzo – ale nie mogę osiąść i odpoczywać, gdy za bardzo nie mam jeszcze na czym. Przecież przede mną cała masa małych gór lodowych, które muszę pokonać. Jeżeli zamknę oczy i pozwolę sobie na dryfowanie… efekty mogą być złe, bardzo złe, nawet gorsze, niż w przypadku zderzenia z tą jedną, wielką górą lodową, na którą kiedyś płynąłem. Czasem, nawet pomimo zmęczenia, nie można odpuszczać. Trzeba wiedzieć, kiedy jest czas na odpoczynek, a kiedy na działanie, a ja z tych dwóch rzeczy bardziej potrzebowałem jednak działania. Wiedziałem, że muszę być mocno skupiony. W końcu nie znam jeszcze nowej trasy, nie wiem jakie nowe przeszkody czekają na mnie na tym oceanie.

W mojej głowie bardzo powoli zaczęła pojawiać się myśl przewodnia na nowy rok. Zamiast stabilizacji, miał on być czasem DRUGIEGO KROKU. Tak, to piękny temat! W 2021 roku powiedziałem „A”, więc w 2022 roku czas powiedzieć „B”, iść za ciosem. „Drugi krok” zakładał, że będę rozwijał to, co już mam. Że przestanę rozglądać się za nowym, ale wejdę na wyższy poziom z tym, co już udało mi się osiągnąć. To taki rok ciężkiej pracy, ale już niebezmyślnej – rok, w którym jednocześnie będę planował to, co mam dalej robić, jak i będę to robił, rok pracy nad rozwojem. Tak, to był świetny pomysł, zamiast spokoju i stabilizacji, potrzebowałem działania i rok drugiego kroku właśnie mi to zapewniał.

Ale…

Zawsze pojawia się to „ale…”, prawda?

Coś nie do końca mi szło. Byłem zadowolony z obranego kierunku, ale jakoś nie mogłem sam ze sobą przybić piątki, aby przypieczętować to postanowienie, nie udawało mi się ciągle podpisać kontraktu z samym sobą i zdecydować się na tak mocne pójście do przodu. Siadałem przed czystą (wirtualną) kartą, na której miałem spisać założenia roku „drugiego kroku” i… nie mogłem. Serce i rozum walczyły ze sobą nieustannie. Z jednej strony marzyłem o stabilizacji, a z drugiej, o czymś totalnie odwrotnym – o wniesieniu każdego z obszarów mojego życia na TEN wyższy poziom. Kolejne dni przemyśleń i analiz sprawiły, że znowu coś zrozumiałem… Pierwszy kierunek, ta moja stabilizacja, schowanie głowy w piasek, odwrót z podkulonym ogonem – w mojej obecnej sytuacji nie doprowadzi mnie do niczego więcej jak jakaś forma depresji. Zły kierunek. Natomiast drugi temat, to równie prosta droga, ale do autodestrukcji – to było po prostu za dużo na wymęczone po zmianie kursu barki. Dwa, ekstremalne kierunki działania. Nie mogłem sobie pozwolić na żaden z nich. Rok drugiego kroku ma sens, ale w sytuacji, gdy rejs nie jest jeszcze stabilny, gdy fundamenty mojego życia jeszcze nie wyschły, gdy klocki całej mojej budowli jeszcze nie…….

Tak!

Klocki!

Był styczniowy poranek, gdy właśnie z taką myślą się obudziłem. Klocki. Lego.

Moje rozważania mogą wydać Ci się bezsensowne, wręcz zabawne. W końcu czy to ma jakiekolwiek znaczenie, co napiszę w tym wpisie? Czy będzie to rok taki, czy inny?

Otóż dla mnie ma. Bardzo duże. Jest to mój najważniejszy czas całego roku. Nie tylko siadam do podsumowań, myślę o wszystkim, co się działo, ale i podejmuję decyzję o tym, co będzie, biorę na siebie zobowiązanie, którego potem mocno się trzymam, zawieram przymierze – na temat przyszłości. Wyznaczam trasę, a następnie nią podążam. Ufam samemu sobie – w tym, że podjąłem dobrą decyzję. I przez kolejnych kilka miesięcy staram się jej nie kwestionować, ślepo realizuję wyznaczony plan. Dlatego tak ważny jest cały ten proces – konsekwencję podjętych decyzji będę przecież ponosił przez resztę mojego życia.

Wróćmy do klocków…

Dokładnie na tym etapie jesteś – powiedziałem po cichu sam do siebie, leżąc jeszcze w łóżku – klocków Lego. To jest to, idealnie pasuje do tego, jak się czuję, co chcę i – co najważniejsze – powinienem w tym roku zrobić. Uprzątnąłem mój pokój, siedzę na podłodze, a przede mną rozsypane całe pudełko klocków Lego. A ja buduję – jak Bob Budowniczy składam do kupy budowlę mojego życia, niczym Phileas Fogg planuję podróż dookoła świata. Tak, tak, TAK, to świetnie pasuje, dokładnie tak chcę, aby wyglądał rok 2022. W końcu to poczułem!

Kolejne kilka dni byłem bardzo zadowolony. Zanim ostatecznie przybiła piątkę z samym sobą, pochodziłem jeszcze kilka dni i dałem sobie czas na dalsze przemyślenia. W końcu, gdy opadną emocje, i ta jedna decyzja może wydać mi się nie do końca właściwa. Tym razem jednak tak się nie stało. Nadal bardzo dobrze czułem się z moją klockową ideą.

Przyszedł więc czas na szczegóły planu. Co dokładnie oznacza dla mnie wybór takiego tematu? Przede wszystkim skupienie się na strategii, ale i samo budowanie – myślenie i działanie. Klocki mają tak wiele płaszczyzn, znaczeń. Tworzę moją budowlę – będzie dość duża, wysoka, ale i stabilna – tego chcę. Każdego dnia wybieram elementy, jakie do niej dokładam, a tu każdy ma znaczenie. Wyjście z domu w kurtce przeciwdeszczowej, zakup marchewki na targu, nagranie kolejnego odcinka podcastu, stworzenie wpisu na bloga, uporządkowanie szuflady, szklanka wody o poranku, odcinek serialu na Netflixie, godzina treningu, poranne pompki – wszystko ma znaczenie, każdy klocek jest tak samo ważny. Nie ma przypadków, nie ma przymykania oka. Muszę pamiętać o każdym kolejnym wyborze, jakiego dokonuję. Ma być stabilnie, ale i pięknie – taką budowlę chcę zobaczyć na koniec tego roku. Nie chcę łączyć przypadkowych kolorów ani rozmiarów klocków. Jeżeli dokonam niewłaściwego wyboru, cofam się, zdejmuję kilka elementów, i koryguję moją budowlę. 2022, za sprawą obranego tematu, będzie rokiem strategicznego, ale i kreatywnego działania. Będzie czymś pomiędzy rokiem ciężkiej pracy, stabilizacji, spokoju i drugiego kroku. Jest lżejszą wersją każdego z tych wariantów, a jednocześnie jednym z ważniejszych momentów mojego życia. Kolejnym.

Wybór tematu na 2022 rok był jednym z trudniejszych, jakie musiałem dokonać. Z poprzednimi było o wiele łatwiej. Tym razem aż dwa razy bylem bardzo blisko podjęcia niewłaściwej decyzji – teraz widzę to bardzo dobrze. Dałem sobie jednak czas na przemyślenia, dlatego też moje podsumowanie 2021 i rozpoczęcie 2022 roku, powstaje tak późno – na przełomie stycznia i lutego. Jednak jestem bardzo zadowolony z całego tego procesu. Z jednej strony zaufałem intuicji – gdy nie zdecydowałem się na obranie złego kierunku na te 12 miesięcy – z drugiej, zorganizowałem sobie przestrzeń na przemyślenia i dokonanie innego, (mam nadzieję) właściwego wyboru. Czy tak będzie? No cóż… przeczytasz za rok, tu na blogu 🙂.

Jak to się stało, że przeszedłem na wegetarianizm

A gdyby tak…

Tak dobrze znam to uczucie. Towarzyszyło mi, gdy rzucałem palenie, było ze mną, gdy tworzyłem bloga, jest tu i teraz – gdy mijam tę specjalną półkę w sklepie. Nigdy nie przyglądałem się jej za specjalnie, raczej mijałem bez zastanowienia, a dzisiaj coś sprawiło, że zatrzymałem się i analizuję…

Od miesięcy o tym czytam, ale do tej pory jakoś nie miałem siły, odwagi, może też chęci, by spróbować, by wystartować. A tu nagle, w biały dzień, bez żadnego ostrzeżenia, jak grom z jasnego nieba, spada na mnie ta myśl: aby jednak to zrobić. Właśnie dziś, tu i teraz. By po raz kolejny zmienić, poprawić, jakiś mały kawałek życia. W moich myślach pojawiają się ogromne litery, które stopniowo zaczynają układać się w to kuszące hasło: A gdyby tak…

W ten właśnie sposób zaczynam kolejną przygodę – tym razem z wegetarianizmem.

Ustalmy coś na początku: zmiana diety to dziecinnie prosta sprawa. Zmieniamy ją – i już. Kwestia decyzji. Podejmujemy ich setki każdego dnia. Jednak wytrzymać dłuższej niż jeden posiłek, przetrwać z nowym planem więcej niż tydzień, dać radę cały miesiąc – to już jest wyzwanie. Dlatego ten wpis nie będzie skupiał się tylko i wyłącznie na samym jedzeniu. Chcę, aby objął wiele elementów, które miały wpływ na moją decyzję oraz zahaczał o każdy czynnik, który pomógł mi w utrzymaniu postanowienia.

Dieta? Nie, styl życia.

A więc właśnie – przestałem jeść mięso. Choć myślałem o tym od dawna, nie łatwo było podjąć tę decyzję. Nie bez znaczenia był fakt, że robiąc ten krok, przyświecała mi myśl, iż być może jest to ruch ostateczny. Oznacza to, że wegetarianizm – pod warunkiem, że przypadnie mi do gustu – może zostać ze mną na dłużej, być może nawet na całe życie. Nie lubię bowiem koncepcji diety tymczasowej, nie bardzo rozumiem, jaki jest sens zmiany sposobu żywienia na tydzień, dwa, czy nawet pół roku (zakładając oczywiście, że nie występują ku temu jakieś dodatkowe powody, np. medyczne). Wychodzę z założenia, że jeżeli zaczynam biegać i po kilku tygodniach przestaję – traktuję to jako pewnego rodzaju porażkę, niezrealizowane zadanie. I podobnie jest w tym przypadku – ze sposobem żywienia. Jeżeli wybieram zdrowszy styl życia, potencjalnie chciałbym go zatrzymać już na zawsze – w końcu jest on… no właśnie: „zdrowszy” i „lepszy”. Oczywiście zakładam, że może mi się nie udać, że mój organizm może potrzebować czegoś więcej, niż jestem sobie w stanie dostarczyć przez wybrany rodzaj jedzenia, ale plan jest taki, aby była to zmiana permanentna.

Ideologia, ekologia i zdrowie

Czuję, że już na samym początku tego wpisu, muszę poruszyć istotną kwestię. Są dwa główne powody, dla których ktoś może chcieć zmienić dietę na bezmięsną: ideologiczny (w którym zawieram również etyczny i ekologiczny) oraz zdrowotny.

I choć kwestie etyczne są częstszym powodem, dla którego ludzie wybierają weganizm albo wegetarianizm, ja kieruję się w tym przypadku tylko i wyłącznie zdrowiem. Choć zdaję sobie sprawę, że wegetarianizm sam w sobie jest dobry dla naszej planety, a globalne ograniczenie spożycia mięsa mogłoby znacząco pomóc np. w zwalczaniu głodu na świecie, to wiem również, że nie byłbym gotowy na taki krok, jeżeli mój organizm bardzo by na tym nie skorzystał. Samolubne? Być może, ale z drugiej strony, jeżeli cel uświęca środki, to najważniejsze jest to, że mimo wszystko poszedłem w stronę „vege”. I zamierzam trochę Ci o tym opowiedzieć. Ważne jednak jest, abyś wiedział, że kierują mną powody zdrowotne – jest to dość istotne, chociażby w kontekście pojedynczych momentów, gdy jednak po mięso sięgam, o czym przeczytasz w dalszej części tego wpisu.

Idzie Grześ przez wieś, pusty brzuszek niesie

No właśnie. W tym miejscu pojawia się pierwszy „problem” z moją zmianą: przez pierwsze kilka tygodni od przejścia na wegetarianizm, miałem wrażenie, że już dawno nie zjadłem nic „konkretnego”. Po prostu chodziłem lekko głodny. Znasz to uczucie? Masz czasem ochotę zjeść coś, co sprawi, że poczujesz się pełna/y? Pomimo faktu, że jem o wiele częściej niż wcześniej, to w mojej diecie jest teraz mniej ciężkich rzeczy. Poza wyeliminowaniem mięsa, mocno ograniczyłem też pieczywo – a konkretnie zamieniłem chleb i ukochane bułeczki na ich lekkie i chrupkie odmiany, zrezygnowałem też z ziemniaków – których jedzenie już od dawna (sam nie wiem dlaczego) wywoływało u mnie jakieś dziwne wyrzuty sumienia. Z cięższych rzeczy, jakie teraz jem, zostały napewno sery. Reszta to owoce, warzywa, rybka. Och, rybka – bez niej bym nie dał rady. I choć od czasu do czasu próbuję różnych potraw sojowych, to lądują one w mojej kuchni raczej okazjonalnie – nie przypadły mi zbytnio do gustu (szczerze mówiąc, nie cierpię ich!). To wszystko sprawia, że wydaje mi się, jakbym nie zjadł nic „porządnego” (czytaj: sycącego) od bardzo dawna. I trochę tak jest – nie zapycham się już jedzeniem, raczej dostarczam mojemu organizmowi potrzebne składniki (choć nadal tworzę sobie przeróżne, zazwyczaj bardzo smaczne, potrawy). Dziwne uczucie – lecz szybko je pokochałem 😁. Nie do końca jednak jeszcze wiem, czy fakt, że ma ono mi już towarzyszyć do końca życia, bardziej mnie przeraża, czy ekscytuje.

Wegetarianizm, weganizm i cały ten bełkot

Ludzie uwielbiają nadawać wszystkiemu nazwy, co wiele ułatwia, ale i często komplikuje. Nigdy nie mogłem zapamiętać, czym dokładnie różni się wegetarianizm od weganizmu. W gruncie rzeczy nie interesowało mnie to, ponieważ i tak obydwa tematy były mi dość odległe. Sytuacja się jednak zmieniła, więc warto chyba poznać ten bezmięsny alfabet – chociażby po to, aby wiedzieć, czy to, o czym do Ciebie piszę, jest zgodne z (ogólnie przyjętą) „prawdą”.

Wegetarianizm

I już na wstępie widzę, że w moim wpisie pojawia się pewna nieścisłość. Otóż wegetarianizm, oznacza wykluczenie z diety nie tylko mięsa, ale również ryb i owoców morza. Ja z tych dwóch ostatnich z pewnością nie zrezygnuję. Moja dieta została bardzo dokładnie przemyślana i wiem, że porzucenie ryb i owoców morza, byłoby dla mnie zbyt dużym obciążeniem – zarówno psychicznym, jak i fizycznym. To właśnie te dwa elementy są w stanie całkowicie zastąpić mi mięso. Bez nich, szybko stałbym się nieszczęśliwy, a i pozbawiłbym się wielu ważnych składników odżywczych. Nie chciałem, a wręcz i nie mogłem, z nich zrezygnować. Nie mniej jednak, tak naprawdę wegetarianizm, to termin, który opisuje dietę pozbawioną mięsa ryb oraz owoców morza.

Innym określeniem wegetarianina jest jarosz. Choć czasem te dwa terminy uważane są za zupełnie różne, to w gruncie rzeczy oznaczają dokładnie to samo – osobę niejedzącą mięsa (oraz ryb i owoców morza).

Weganizm

Drugi w kolejce. Weganizm to odmiana wegetarianizmu, w której rezygnuje się nie tylko z mięsa, ryb i owoców morza, ale i wszelkich pokarmów pochodzenia zwierzęcego, takich jak mleko, sery i jaja, a skrajne przypadki to nawet rezygnacja z miodu. Jednak weganizm – który częściej niż wegetarianizm – jest ugruntowany w przekonaniach religijnych i ekologicznych, to często także omijanie skórzanych ubrań, obuwia, czy kosmetyków testowanych na zwierzętach. Będąc z Tobą całkowicie szczerym, ciężko jest mi sobie wyobrazić, jak będąc weganinem, można być zadowolonym z tego, co się je – choć domyślam się, że nie jestem tu do końca sprawiedliwy. W tym rodzaju diety nie zostało już chyba zbyt wiele miejsca na tworzenie wykwintnych potraw, urozmaicenia, żonglowanie smakami. A może się mylę?

Witarianizm

Kolejnym, często powtarzanym „w środowisku” słowem jest witarianizm, który zakłada całkowite odrzucenie pokarmów poddanych obróbce termicznej. Witarianie dopuszczają podgrzewanie jedzenia tylko do 40 stopni Celsjusza i zakładają rezygnację z produktów wysoko przetworzonych, dzięki czemu, nie niszczą enzymów i składników mineralnych w spożywanych przez nich warzywach i owocach. Oczywiście podstawą tej diety jest również rezygnacja z produktów mięsnych (dla odmiany wegańskiej) i produktów pochodzenia zwierzęcego (dla odmiany wegetariańskiej).

Od kiedy nie jem mięsa, nie gotuję też zbyt często zup (kiedyś były one jednym z głównych składników mojej diety), ale raz na jakiś czas nachodzi mnie jednak ochota na warzywną zupkę, uwielbiam też przyrządzać sobie pyszną, gorącą pizzę serową, czy jej odmianę pieczarkami i cebulką. Zresztą duża część z moich ulubionych dań, nadal podawana jest na ciepło, lub po uprzednim ugotowaniu czy usmażeniu – witarianin nie zjadły przecież nawet jajecznicy na śniadanie. Raczej nie wyobrażam sobie tej diety w moim wykonaniu, choć może kiedyś najdzie mnie ochota, aby spróbować żyć i w ten sposób?

Pescowegetarianizm (ichtiwegetarianizm)

W tym miejscu kończą się proste i łatwe do zapamiętania nazwy, a zaczyna się cała masa lakto-, pesco-, fruto-, liquido- odmian -wegetarianizmu. W gąszczu tych dziwacznych nazw, znalazłem też swoją – pescowegetarianizm, która oznacza osobę, niejedzącą mięsa, poza rybim. A więc jest to dokładnie moja półka. Okazuje się, że wielu wegetarian buntuje się przeciwko podciąganiu takiego rodzaju diety pod wegetarianizm, jednak termin pescowegetarianizmu jest i funkcjonuje. I opisuje właśnie rodzaj diety, który najbardziej mi odpowiada.

Semiwegetarianizm (fleksitarianizm)

Ten termin również wydał mi się bardzo ciekawy, ponieważ opisuje osobę, która spożywa niewielkie ilości białych mięs. Jest to taka trochę light’owa wersja wegetarianizmu (moja znajoma opisuje to bardzo ładnym terminem fleksi-wegetarianizm), która zakłada znaczące ograniczenie jedzenia mięsa, ale nie wyklucza go całkowicie. Nie ukrywam, że były momenty, w których zastanawiałem się, czy zamiast całkowicie rezygnować z mięs, nie lepiej będzie w znacznym stopniu je ograniczyć, jednak doszedłem do wniosku, że dzięki takiej diecie nie osiągnę ani rezultatów zdrowotnych jakie oczekuję, a i psychicznie chyba nie łatwo byłoby mi utrzymać się w tych ramach – to trochę jak picie co piątej kawy z mlekiem i cukrem, a wszystkich pozostałych bez. Z czasem ciężko byłoby mi taką dietę utrzymać, a i wytłumaczyć sobie, że przez większość czasu mięsa nie jem, ponieważ uznaję, że nie wpływa pozytywnie na moje zdrowie, ale od czasu do czasu jednak nie jest to takie złe. Wolę być pescowegetarianinem, który czasem złamie swoje zasady i poniesie w związku z tym jakiegoś rodzaju porażkę (o czym później), niż kimś, kto takie naruszenie legalizuje.

Inne

Opisywane wyżej podstawowe i najciekawsze rodzaje diet należą do zdecydowanie najpopularniejszych form, w ramach których ludzie rezygnują lub ograniczają jedzenie mięsa. Jednak idąc dalej w las, mamy kolejne odmiany, z których każda kolejna jest bardziej restrykcyjna. I jest na przykład frutarianizm, który przenosi ideę weganizmu na rośliny. W ramach tej diety rezygnuje się nie tylko z mięsa i wszelkich produktów pochodzenia zwierzęcego, ale również owoców i warzyw, których zerwanie uśmierciło roślinę, co wyklucza wykopywanie, wyrywanie z korzeniami, ścinanie i inne działania rolnicze. Frutarianie odrzucają też gotowanie i inne formy obróbki termicznej, jedzą wyłącznie surowe owoce, orzechy i nasiona. Nie ukrywam, że w mojej głowie pali się już bardzo mocnym światłem żarówka z napisem „czy to nadal zdrowe??”.

Mamy też laktowegetarianizm, który polega na rezygnacji ze spożywania mięs i jajek, ale dopuszcza w diecie mleko i jego przetwory. Jest też owocowegetarianizm, który z produktów pochodzenia zwierzęcego, pozwala jedynie na spożywanie jajek, liquidarianizm – działa według podobnych co witarianizmu zasad, ale zakłada trochę inny sposób przyrządzania posiłków – w formie koktajli, czy też sprautarianizm, w ramach którego można żywić się głównie kiełkami.

Ludzie stosują rozmaite rodzaje diet – niektóre z nich są aż ciężkie do wyobrażenia. Dla mnie jedzenie jest przyjemnością – nawet (a może i „przede wszystkim”) teraz, gdy wyrzuciłem z niego mięso. Czy jedząc wyłącznie kiełki, można nadal mówić o przyjemności czerpanej ze spożywanych pokarmów i różnorodności smaków? Nie znam nikogo, kto żywi się w ten sposób, ale mam ogromną ochotę poznać i o to zapytać.

Na razie jednak skupiam się mocno na mojej własnej odmianie wegetarianizmu – która dostarcza mi zarówno radość z jedzenia, jak i niezbędne do życia składniki odżywcze.

Woda, owoce, pot i (od)waga

Pierwsze tygodnie bez mięsa były prawdziwym rollercoasterem. Tak się złożyło, że zmiana diety zbiegła się w czasie z kilkoma innymi zmianami i rzeczami w moim życiu – co w większości zadziałało na plus. Zauważyłem, że jeżeli nowości czy zmiany kumulują się, to potrafią napędzać się i wzajemnie wspomagać, dzięki czemu łatwiejsze staje się przejście przez nie i poradzenie sobie z tymi trudniejszymi. I tak, nowy styl jedzenia, nałożył się na środek dość upalnego lata (i wysokie temperatury) – a co za tym idzie, o wiele większe spożycie wody (przynajmniej w moim przypadku). Zresztą, niezależnie od pogody, i tak postanowiłem już dawno temu wypijać jej jak największe ilości. Woda – w co głęboko wierzę – jest jedną z najlepszych rzeczy dla mojego organizmu, a przy okazji pomaga zwalczyć uczucie głodu i pustki, przy ograniczaniu spożycia jedzenia. Z wodą od dawna bardzo się lubimy, ale przy rezygnacji z mięsa, okazała się ona być moim najlepszym przyjacielem – czego powiem szczerze, nie spodziewałem się na początku.

Czas przejścia na wegetarianizm zbiegł się jednocześnie w czasie z chwilą, w której w moim życiu nagle pojawiło się o wiele więcej ruchu. Choć dzisiaj uwielbiam sport, to do niedawna nie miałem go za wiele wokół siebie. I choć od kilku ostatnich lat zmieniam to bardzo skutecznie, to właśnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy zanotowałem największy postęp w codziennym ruchu. Wyjście na bieganie co kilka dni, godzina rolek raz w tygodniu, spontaniczne rezygnacje z samochodu na rzecz własnych nóg – tak było na początku i to wszystko było fajne, ale wiedziałem, że nie jest to nadal ten poziom aktywności, jaki mnie zadowala. Dziś nie wyobrażam sobie dnia bez przynajmniej 90-ciu minut intensywnego ruchu. I tu zabieram Cię w krótką podróż po świecie sportu, który ostatnio namnożył się w moim życiu – mam nadzieję, że szybko dostrzeżesz związek pomiędzy tymi aktywnościami a zmianą diety.

Po pierwsze – rolki. Chwilowo jestem w miejscu, w którym mogę powiedzieć: mógłbym jeździć na rolkach zawodowo. Tak bardzo pokochałem tę aktywność, że byłoby wspaniale, gdybym mógł jeździć każdego dnia na rolkach, a ktoś by mi za to płacił. Ale to chyba opowieść na inny wpis – który mam nadzieję powstanie, zanim ochota ta mi minie🙂. W tym przypadku ważne jest, że początek wegetarianizmu w moim życiu zbiegł się w czasie z wakacyjnymi, miesięcznymi warsztatami z jazdy na rolkach, na które się zapisałem. Każdego dnia przez 4 tygodnie miałem intensywny, półtoragodzinny trening z doskonalenia techniki jazdy. Niewiarygodny wysiłek, boski czas.

Po drugie siłownia. W wakacje zdecydowałem się w końcu na moją pierwszą „wizytę” – taką z przebraniem się i ćwiczeniami, a nie tylko zwiedzaniem! Choć tak całkiem szczerze, to nie do końca sam się zdecydowałem. Od dawna umawiałem się (albo raczej próbowałem się umówić) na wspólne ćwiczenia na siłowni ze znajomą – jednak zawsze znajdowałem sobie fajny argument, aby nie pójść ten pierwszy raz. Najlepszym z nich była oczywiście praca, która świetnie nadawała się na wymówkę i pozwalała mi bez wyrzutów sumienia schować głowę w piasek i posiedzieć spokojnie w domu. W takich sytuacjach dobrze mieć wokół siebie kogoś, kto nie odpuszcza i będzie dopytywał: „a może jednak tym razem?”. Więc pewnego razu, naładowany endorfinami i pozytywną energią po treningu rolkowym, odpisałem: „tak, idę!” (choć w myślach moja wypowiedź była znacznie dłuższa: „tak, oczywiście, że idę, jestem na haju po treningu, chcę, aby ten stan pozostał ze mną na zawsze, chcę się ruszać jeszcze więcej, a najlepiej niech sport będzie jedyną rzeczą, jaką będę robił w życiu.”). Więc poszedłem.

Ta pierwsza wizyta (podobnie jak ❤️ do rolek) to świetny materiał na osobny wpis na blogu – i pewnie i taki się tu pojawi – ale na szybko mogę Ci powiedzieć, że pomimo średnich początków, teraz na siłowni jestem w miarę regularnym bywalcem. Nie podnoszę może ciężarów, nie wykorzystuję większości sprzętu, jaki tam jest, nie sprawdzam po każdym treningu czy biceps, triceps czy inny mięsień urósł mi o kolejny milimetr, ale znalazłem swoje ulubione przyrządy i aktywności, określiłem fajne cele i za każdym razem świetnie się bawię – co uważam za spory sukces.

Być może zastanawiasz się, dlaczego we wpisie o wegetarianizmie opowiadam Ci tyle o aktywności, sporcie i zmianach z nimi związanych? Otóż myślę, że to wszystko miało bardzo istotny wpływ na zmianę sposobu żywienia, jaki sobie zafundowałem. Mam nadzieję, że ostatecznie i Ty dostrzeżesz te wszystkie zależności – myślę, że rezygnacja z nawet jednego opisanego elementu, mogłaby sprawić, że dzisiaj nie byłbym pescowegetarianinem.

Ok, idę dalej.

Trzecia rzecz związana z większą aktywnością jest samochód – a właściwie to jakieś lekkie obrzydzenie do każdej chwili, w której muszę do niego wsiąść. Sam nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale odrzuca mnie za każdym razem, gdy muszę gdzieś jechać samochodem. Postrzegam to, jako tak ogromną stratę czasu i marnowanie energii życiowej, że coraz częściej wybieram własne nogi (albo przynajmniej komunikację miejską), zamiast jazdy samochodem. Tak, aby pokazać Ci realnie, ile ostatnio chodzę, podam Ci średnią liczbę kilometrów, jaką „robię” na własnych nogach: 10-15 (dane dostarcza mi Apple Watch). Biorąc pod uwagę, że średnia prędkość chodu to 6 km/h, wychodzi mi, że spędzałem prawie każdego dnia nie mniej niż dwie godziny na chodzeniu. A nie miałem żadnych szczególnych, pieszych wypraw w ostatnich tygodniach – raczej ogarniałem moje „normalne”, życiowe, codzienne sprawy. Te liczby chyba dobrze pokazują, że w ostatnim czasie częściej wybieram własne nogi, jako ten fajniejszy środek transportu. I muszę przyznać: bardzo, bardzo to lubię.

Ostatnią sportową rzeczą, która coraz częściej pojawia się w moim kalendarzu codziennych aktywności, jest ping-pong – ten wyciska ze mnie chyba największe poty. I w tym przypadku nie będę już więcej testował Twojej cierpliwości do tego wpisu, więc bez zbytniego rozpisywania się – intensywne treningi tej przecudownej dyscypliny, poza aspektem sportowym, zaspokajają również moje cotygodniowe potrzeby związane z rywalizacją (choć biorąc pod uwagę, iż osoba, z którą na co dzień gram, daje mi niezły wycisk – tak samo dobrze uczą mnie pokory). Tyle.

Ale płyńmy do brzegu1 – wracam do tego, o czym od samego początku chciałem opowiedzieć Ci w tym rozdziale. Gdy wszystkie elementy równania – dieta bogata w owoce i warzywa, litry wypisanej wody i dużo, dużo więcej ruchu – nałożyły się na siebie, wyszły mi dwie rzeczy: pot podczas treningów i radość na wadze. Strzelam, że możesz znowu zastanawiać się, jaki to ma związek z wegetarianizmem? 🙂 Idę więc dalej.

Chyba już pisałem tu (na blogu) kilka razy, że po rzuceniu palenia, momentalnie przestałem się intensywnie pocić. Nie jest to zbyt szeroko komentowany plus pozbycia się tak wstrętnego nałogu, jakim jest palenie papierosów, ale w moim przypadku był on jednym z najlepszych (całkiem blisko po tym, że pożyję trochę dłużej 🙂). Gdy paliłem, pot (i łzy) towarzyszyły mi w wielu sytuacjach. Lato było koszmarem, ruch był koszmarem, wyjście na wesele czy inną imprezę było koszmarem. Po rzuceniu papierosów – wszystko to zniknęło, jak ręką odjął. Nie dość, że zacząłem sobie o wiele lepiej radzić z wysokimi, letnimi temperaturami, to podbiegnięcie do autobusu, kilka przetańczonych piosenek na weselu, czy nawet wyjście do sklepu, przestało mi się już kojarzyć z przepoconą, śmierdzącą koszulką. A teraz problem trochę powrócił, choć w zupełnie innej formie, nie jest już tak uciążliwy i patrzę na niego w totalnie inny sposób. Hmm… niełatwy to temat, ale jednak chcę go tutaj przemycić. Dieta bogata w owoce, litry wypisanej wody i sporo więcej ruchu sprawiły, że zacząłem się więcej, czasem dość intensywnie, pocić. I choć dzieje się to na siłowni (po 15 minutach mocnego kardio), na rolkach (na co też potrzeba ze 20-30 minut), czy w trakcie ping-ponga (tu potrafię być „mokry” już po 5 minutach), to stało się to na tyle zauważalną dla mnie nowością, że postanowiłem o tym wspomnieć i podłączyć jako jeden z efektów nowej diety – choć, jak już napisałem, wpływa też na to wiele innych czynników.

Nie wiem jak bardzo jest to widoczne, ale opisując to „nowe” pocenie się, staram się jak mogę unikać słów, takich jak: problem. Bo problemem tak naprawę już to nie jest, a przynajmniej już tak tego nie odbieram. Gdy paliłem, wiedziałem, że w danej chwili pot wcale nie jest właściwą reakcją mojego organizmu na to, co się we mnie i wokół mnie dzieje. Wręcz czułem, że może to być efekt krzywdy, jaką robię mojemu organizmowi, że razem z potem, wychodzi wtedy ze mnie cały ten tytoniowy smród, co stało się moją obrzydliwą codziennością. Tym razem jest t-o-t-a-l-n-i-e inaczej. Piję wodę, jem owoce i warzywa, więc pocę się bardziej przy intensywnym treningu – tyle. Zachodzi całkiem naturalny, wręcz pożądany, proces wentylacji w organizmie. Nie śmierdzę jak kiedyś, nie pocę się przy każdej okazji – dzieje się to tylko wtedy, gdy tego potrzebuję. I tym razem nie oczekuję, że zniknie.
No cóż, temat pocenia się nie jest łatwy, dotyczy obszarów życia, o których na co dzień nie rozmawiamy. Był jednak na tyle ważnym dla mnie elementem i na tyle nową rzeczą, że musiałem go – choć delikatnie – poruszyć.

Tata gruby brzuszek

Ok, czas na małe wyznanie.

Muszę w tym miejscu dodać jednak jeszcze jedną rzecz, która – gdy tylko się wydarzyła – sprawiła, że aż zapiszczałem z radości. Nie wiem dokładnie jak to jest (i bardzo wiedzieć nie chcę!), ale gdy paliłem, ważyłem zawsze tyle samo – mało. Przez lata wchodziłem na wagę i powtarzałem jedno zdanie: „78 kg”. I może nie była to idealna dla mnie liczba, ale była stała, niezależnie od tego, co jadłem i ile się ruszałem (a tego pierwszego zawsze było o wiele więcej, niż drugiego). Gdy rzuciłem palenie, przez pierwsze pół roku nie było wielkiej zmiany w tym temacie. Wbrew temu, co prawie wszyscy mówili, nie przybyło mi kilogramów (pamiętam miliony pytań: „O, rzuciłeś palenie! Brawo, a ile przytyłeś?”). Dopiero później „brzuszek zaczął rosnąć”. Pomimo stopniowo zwiększanej aktywności, liczba na wadze zaczęła się dość dynamicznie powiększać. Aż strach pomyśleć, jak bardzo by wzrosła, gdybym kilka lat temu nie polubił się z bieganiem, jogą, czy ping-pongiem. W każdym razie, ostatecznie cyfry w moich 78-iu kilogramach, zamieniły się miejscami i wyszło z tego 87 kg. Tragedii nie było, ale wzrost wagi był dla mnie zauważalny, a jednocześnie stał się moją małą porażką. Niezależnie od tego co robiłem, nie udawało mi się zejść poniżej 74-75 kg. I trwało to dobrych kilka lat. Najlepszym podsumowaniem tej sytuacji, niech będzie humorystyczny rysunek, jaki dostałem od moich córek.

https://www.instagram.com/p/CPNTjBQHv91/?utm_source=ig_web_button_share_sheet

Brutalne, nie? Wiedziały, gdzie uderzyć 🙂.

Choć te dodatkowe kilogramy nie były jakąś wielką tragedią, to jednak bardzo chciałem przynajmniej wrócić do poprzedniej wagi. I wiesz co? A, z resztą, sam zobacz.

Taki oto widok ucieszył mnie już kilka TYGODNI po zmianie diety. Pierwszy raz od lat! W tak krótkim czasie! Wow, chodziłem po tym zadowolony przez cały tydzień.

Zdaję sobie sprawę, że jest to połączenie wielu elementów, nie tylko spożywanych posiłków, ale i większej ilości ruchu (siłownia, rolki, ping-pong, rezygnacja z samochodu), jednak tak czy siak – moja radość z pokonania tej magicznej bariery 80 kg była spora. A co ważniejsze, minęło kolejnych kilka tygodni, a ja nie wracam już do wersji „tata gruby brzuszek” 🙂. Różnica jest już mocno zauważalna.

Gdy pojawiają się przeszkody…

No dobra, wszystko fajnie, pięknie, ale życie – jak wszyscy dobrze wiemy – wcale nie jest takie proste, i często pod nogami pojawiają nam się niespodziewane przeszkody i problemy. Zmiana przyzwyczajeń, w tym na przykład żywieniowych, w krótkiej perspektywie jest bardzo prosta – „cyk” i postanawiamy się zmienić. Tak samo jak rzucenie palenia, alkoholu czy pozbycie się jakiegokolwiek innego nałogu. Podejmujesz decyzję i gotowe. Problem jednak pojawia się, gdy chcesz wytrwać w takim postanowieniu dłużej niż godzinę, dzień czy miesiąc… Tak często przecież postanawiamy zmienić nasze życie (prawda?), ale tak rzadko przy tej zmianie pozostajemy. Najlepszym przykładem są chyba postanowienia noworoczne, których tak wiele co roku wypowiadamy, a które najczęściej wypalają się szybciej, niż zimne ognie w sylwestrową noc. Przeszkodą stają się drobne rzeczy, wydarzenia, ludzie, a chyba najczęściej my sami. I z tym ostatnim myślałem, że dam sobie łatwo radę – przecież długo przygotowywałem się do nowego stylu jedzenia, poziom determinacji miałem całkiem wysoki. Jednak w połączeniu z „wydarzeniami” i „ludźmi” wokół mnie, mogło już wcale nie być tak łatwo. Nie bałem się, że będę tęsknił za smakiem mięsa, za konkretnymi daniami – jestem na tyle kreatywny w kuchni, że potrafię organizować sobie wspaniałe dania niezawierające mięsa. Jednak presja – którą najczęściej sami na siebie wywieramy – podczas zetknięcia się z innymi ludźmi, podczas spotkań i wydarzeń, potrafi skutecznie osłabić silną wolę.

Nauczyłem się już, że gdy chcę zmienić jakiś kawałek mojego życia, to najlepiej, gdy przez pierwsze kilka dni tej zmiany, posiedzę sobie w domu – tu, w kontrolowanym środowisku, napotykam mniej przeszkód. Przychodzi jednak moment, w którym trzeba wyjść na zewnątrz i stanąć twarzą w twarz z całą resztą życia – tego wśród ludzi.

A konkretnie? Na przykład wydarzenia rodzinne, spotkania ze znajomymi, lunche z klientami, spontaniczne, weekendowe filmy z dzieciakami połączone z „drobnymi” przekąskami… te wszystkie sytuacje wymagają przede wszystkim jednej rzeczy – strategii. Choć wiem, że nie jestem w stanie przewidzieć każdej sytuacji, w jakiej się znajdę, to opracowanie głównego planu działania w kontekście nowej diety, może bardzo pomóc w różnych niespodziewanych chwilach.

Miałem w tym miejscu opisać Ci kilka konkretnych sytuacji, w jakich znalazłem się wraz z moją dietą, opowiedzieć Ci o próbach, jakim sam siebie poddałem, ale w gruncie rzeczy – tu zupełnie nie o to chodzi. Rozstrzyganie, czy imieniny u cioci są warte jednorazowej rezygnacji z diety, a może spotkanie po latach ze znajomym czy wieczorny film z dzieciakami? Za każdym razem chodzi o jedno – o wyznaczone zasady. I wracam w ten sposób do samego początku mojego wpisu – do powodów, jakie kierowały mną, gdy zmieniałem dietę. Jak już pisałem, nie były to powody ideologiczne, a zdrowotne. I jest to pierwszy, bardzo istotny punkt mojego wewnętrznego regulaminu – dzięki temu wiem, że złamanie diety wegetariańskiej, nie będzie miało (nie powinno mieć) dla mnie dużych konsekwencji psychicznych, co najwyżej lekkie fizyczne. Rozumiesz, co mam na myśli? Gdyby na przykład to religia była podstawą mojej decyzji o zmianie diety, każdorazowe zjedzenie mięsa mogłoby być dla mnie poważnym naruszeniem zasad moralnych. Gdybym wierzył, że zjedzenie mięsa wyrządza określone i znaczące szkody dla świata, wtedy być może nawet przebywanie w jednym pomieszczeniu z osobami, które mięso jedzą byłoby dla mnie problemem. Jednak ja kieruję się zdrowiem – czyli wybrałem sobie powód z jednej strony chyba najważniejszy, ale z drugiej – taki, który… najłatwiej ominąć.

Dlatego też bardzo rzadko, ale jednak zdarza mi się zjeść kawałek mięsa. Są to jednak głównie sytuacje, gdy znajdę się w towarzystwie osób, które nie są świadome mojej diety (a ja nie bardzo chce je uświadamiać?). Fajnym przykładem jest tu lunch-niespodzianka, na który zostałem zaproszony podczas spotkania ze współpracownikami – po kilkugodzinnym spotkaniu zespołu, z którym od dawna pracuję nad dużym projektem, okazało się, że czeka na nas przygotowany dla wszystkich obiad, składający się właściwie wyłącznie z mięs – co w tamtym momencie było dla mnie mocno ironiczne, ponieważ nie miałem nawet najmniejszej szansy, aby zjeść tylko i wyłącznie symboliczną „sałatkę”. Był to moment, w którym z radością odstąpiłem od mojej diety i przemilczałem fakt, że na co dzień nie spożywam podobnych posiłków. W ostatnich miesiącach podobnych sytuacji było jeszcze trochę, a prawie wszystkie dotyczyły relacji z innymi ludźmi – spotkanie z dawno niewidzianym znajomym, rodzinne przyjęcie imieninowe, podczas którego próbowałem po kawałku każdej z podanych potraw, wieczór filmowy z moimi dzieciakami, i nawet kilka prywatnych chwila słabości, gdy samotnie skusiłem się na mięsne, fastfoodowe danie. W gruncie rzeczy, przez ostatnie pół roku, momenty, w których rezygnuję z bycia pescowegetarianinem, nie wychodzą poza jeden-dwa razy na dwa tygodnie. I taka matematyka chyba mi odpowiada.

Wartym zaznaczenia jest z pewnością fakt, że po każdorazowym zjedzeniu mięsa, odczułem to mocno następnego dnia – ten dawno zapomniany efekt mega-ciężkości szybko przypomina mi, dlaczego powrót do mięsnej diety nie jest już dla mnie opcją na stałe.

Życie bez mięsa jest takie nudne…

To opinia, z którą często się spotykam: gdy zrezygnujesz z jedzenia mięsa, Twoja dieta szybko stanie się bardzo monotonna – i nawet pozostawienie w menu ryb nie sprawi, że po kilku tygodniach będziesz nadal z radością patrzeć na każdy kolejny posiłek.

TOTALNA NIEPRAWDA!

Znam kilka osób, które – choć lubią gotować – po przejściu na wegetarianizm, straciły totalnie zapał do tworzenia fajnych potraw, a co za tym idzie – zaczęły unieszczęśliwiać same siebie. U mnie jest wręcz odwrotnie. Ograniczenie składników, z jakich „produkuję” moje codzienne dania spowodowało, że uruchomiły się we mnie całkiem nowe pokłady kreatywności w kuchni. Już na samym początku zacząłem testować wszystkie sojowe zamienniki regularnych potraw (od wędlin sojowych, po parówki, kotlety i pasztety z soji), jednak szybko doszedłem do wniosku, że NIENAWIDZĘ DAŃ Z SOJI! Momentalnie zrezygnowałem z tego wariantu wegetarianizmu. Nie oznacza to jednak, że jem cały czas te same i nudne dania – przeciwnie. Prawie każdego dnia jem coś innego, a i każde moje danie sprawia, że nie mogę przestać jeść. Są dni, gdy mam ochotę na burgera z łososia z frytkami, albo warzywnego cheesburgera w bułce sezamowej z ostrym ketchupem i cebulką (no dobra, takich dań jednak staram się za często nie robić), ale uwielbiam i risotto grzybowe, zupę rybną, czy przepyszny kawał pieczonej makreli. Śniadanie to czasem jajecznica, parówki z łososia, Kanapka Stefana (mój autorski pomysł na przepyszną kanapkę, która staje się powoli kultowym daniem wśród moich znajomych! Może kiedyś podzielę się przepisem), czy talerz różnego rodzaju serów. Z pewnością nie mogę powiedzieć, że w mojej kuchni wieje nudą – dieta wegetariańska (pescowegetariańska) wcale nie musi być nudna, trzeba się tylko trochę postarać i polubić gotowanie. Ważne jest jedynie, aby mieć pod ręką odpowiednie składniki – bez tego nigdy nie wyjdzie nam żądne danie.

Skąd pomysł?

Pomyślałem jeszcze, że podam Ci kilka źródeł, które zainspirowały mnie do tego, aby w ogóle zainteresować się tematem zmiany diety. Jak już pisałem wcześniej, od dłuższego czasu przygotowywałem się do tego. I, jeżeli już mnie znasz, to wiesz, że potrzebowałem kogoś, kto popchnie mnie do tego, aby przestać jeść mięso. Było kilka takich osób – choć większość z nich nigdy się nie dowie, że pomogło mi w podjęciu tak ważnej decyzji.

Radek Budnicki

Radek jest podcasterem, od którego uczę się wielu rzeczy. Pokazuje jak na co dzień korzystać z filozofii stoickiej, uczy jak nagrywać podcasty, jak pokochać historię oraz… właśnie, jak nie jeść mięsa. Ogromną zaletą Radka jest to, że jest sobą i nie udaje nikogo innego. Lubię go za styl jego podcastów i podejście do życia. To właśnie Radek jako pierwszy zaszczepił we mnie myśl „A gdyby tak…” – gdy w 152. odcinku podcastu opowiedział o diecie wegańskiej. Choć powody, jakimi się kierował, zmieniając kiedyś dietę, są nieco inne niż moje, to właśnie jego słowa sprawiły, że zacząłem myśleć… Warto posłuchać Radka i również uruchomić przemyślenia…

Jeff Sanders

W czołówce osób, które zainspirowały mnie do zmiany diety, pojawia się jeszcze jeden podcaster – Jeff, który prowadzi audycję o produktywności: 5 AM Miracle. I to właśnie on, już w 2014 roku, opublikował odcinek, który na długo zapadł mi w pamięć, choć totalnie nie spodziewałem się, że wiele lat później, pomoże mi w podjęciu decyzji o zmianie diety. A chodzi o 30. odcinek podcastu Jeffa, w którym opowiada o tym, dlaczego… banany są zdrowe 🙂. Sam nie wiem, dlaczego właśnie ta audycja wywarła na mnie tak duże wrażenie. Pamiętam ją jednak do dzisiaj i dzięki Jeff’owi, od kilku lat banany właściwie zawsze znajdują się w mojej kuchni – mają nawet swoje własne naczynie, w którym spokojnie sobie leżą i czekają na zjedzenie.

Netflix

Okazuje się, że czasem i na Netflixie można znaleźć się coś wartościowego. Mi w ręce wpadła seria „Wyjaśniamy” – całkiem ciekawy i dobrze przygotowany amerykański serial społeczno-kulturalno-dokumentalny, w którym każdy odcinek poświęcony jest innemu tematowi. Jest jeden o muzyce, o wiecznej młodości, cukrze, trawce (pod publiczkę! Och Netflix…), sporcie, inteligencji zwierząt… i jest jeden o przyszłości mięsa. Choć tematem przewodnim odcinka jest sztuczne, wytwarzane w laboratorium mięsko – które to totalnie mnie nie interesuje – to połowa odcina dotyka problemu „produkcji” zwykłego, normalnego mięsa, jaka ma dziś miejsce. To, o czym opowiadają autorzy, jak również zdjęcia pokazane w odcinku, robi wrażenie i na długo zostają w pamięci. Myślę, że warto obejrzeć ten jeden odcinek serialu „Wyjaśniamy”, niezależnie od tego, czy planujesz przejść na wegetarianizm, czy nie. Warto wiedzieć, czym żywi się ogromna większość społeczeństwa.

Pani Dorota

Tu nie podrzucę Ci żadnego adresu www – ponieważ Pani Dorota go nie posiada. Nie jest ani blogerem, ani podcasterem, nie publikuje niczego w mediach społecznościowych. Pani Dorota jest moją znajomą, wegetarianką, z którą przeprowadziłem wiele rozmów na temat jej diety. Reprezentuje ona w tym wypadku każdego z Twoich znajomych, który zmienił dietę na bezmięsną. Jeżeli i Ty zastanawiasz nad podobnym krokiem, porozmawiaj z kimś, kogo znasz, a kto zdecydował się już kiedyś na coś podobnego. Dowiesz się z najlepszego źródła, co wiąże się z taką decyzją, dostaniesz garść porad jak uniknąć nudy i przetrwać trudne dni. Taka rozmowa może okazać się tym, co będzie miało największy wpływ na Twoją decyzję. Mnie bardzo pomogła, a fakt, że do dzisiaj mam z kim wymieniać doświadczenia związane z wegetarianizmem (pescowegetarianizmem), czasem pomarudzić a czasem się pochwalić – jest dla mnie bezcenny. Polecam Ci odszukanie kogoś takiego, nawet jeżeli nie będzie to osoba z najbliższego grona Twoich znajomych. Jeżeli nie masz nikogo takiego wokół siebie – możesz zawsze napisać do mnie, po to właśnie jest pole komentarzy pod wpisami, abyśmy mogli porozmawiać 🙂.

Na koniec

Wpis, który teraz czytasz, powstawał niezwykle długo, wiele miesięcy. Choć od samego początku, wraz z pierwszym dniem mojego pescowegetarianizmu, wiedziałem, że będę chciał Ci opowiedzieć o tej przygodzie, długo nie wiedziałem, jaki będzie jej finał. Choć udało mi się szybko schudnąć, nie wiedziałem, czy nie jest to efekt chwilowy, były też przypadki, gdy sięgałem po mięsko. Bywały trudne chwile, a i ostatecznie nie wiedziałem, czy będę opowiadał Ci o sukcesie, czy porażce. Dziś już wiem – zostaję z pescowegetarianizmem na dłużej – ale wiem też, że raz jakiś czas skuszę się pewnie na pojedynczy powrót do starych, mięsnych dań. Nie wiem na jak długo, być może na kilka lat, może już na zawsze, ale wiem, że dzisiaj jestem bardzo zadowolony z tego, jak jem. A jeszcze bardziej z tego co jem. Dlatego też Ciebie również zachęcam do spróbowania – chociażby po to, aby wiedzieć, czy taki rodzaj diety Ci pasuje.

Z przyjemnością poczytam, o Twoich doświadczeniach z różnymi dietami – i tu ponownie przypominam o polu komentarzy – być może to Ty zainspirujesz mnie do jakiejś kolejnej zmiany? A może chcesz o coś zapytać? Coś doradzić? Porozmawiajmy 🙂.

Cześć!

  1. Płyńmy do brzegu – to określenie podłapałem od Piotra, z którym wspólnie nagrywamy 🐽 PiG Podcast. Sam do końca nie wiem, dlaczego tak bardzo je lubię, ale za każdym razem uśmiecham się, gdy podczas nagrania, trochę zboczymy z kursu, odejdziemy od naszego głównego tematu i Piotr w ten sposób chce przywrócić nas na właściwe tory.

Wiosenne porządki

Nareszcie! W końcu do nas przyszła! Doczekaliśmy się! Pani Wiosna…

Nie wiem jak Ty, ale dla mnie pierwsze dni wiosny są dość ważnym symbolem – ta trudniejsza część roku jest w końcu zamknięta, i na stole czeka już deser, na który z utęsknieniem zerkaliśmy w chłodne styczniowe poranki. Zima się skończyła i zapanowała wiosna. I choć pogoda za oknem jeszcze nie zawsze za tym podąża, to w mojej głowie panuje już iście świąteczna atmosfera.

Pierwszy dzień wiosny to idealny moment, aby przygotować się na tę fajniejszą część roku. To sygnał, że czas obudzić się, niczym niedźwiedź z zimowego snu, przeprowadzić przedsezonowe odgracanie i zacząć działać o wiele intensywniej niż działo się to w ostatnich miesiącach. Dlatego też, chciałbym zachęcić Cię dzisiaj do przeprowadzenia drobnych, wiosennych porządków – ja sam się na takie zdecydowałem.

Nie, nie! Nie będziemy biegać po domu ze zmiotką i mopem, nie wyczyścimy łazienki, nie zajmiemy się też oknami w domu. Chcę Cię namówić na wysprzątanie i przygotowanie do wiosny Ciebie. Twojej głowy, duszy i ciała. Wchodzisz w to?

Startujemy od głowy

I znowu muszę Cię rozczarować – jeżeli myślisz, że punktem pierwszym będzie wyprawa do fryzjera – mocno się mylisz 😉 Włosami zajmij się we własnym zakresie, ze mną możesz natomiast pobudzić swój głowę do działania – zadbać o umysł. I przynoszę Ci trzy propozycje, które nam to umożliwą.

Chwyć nową książkę

Buu… książki, nuda, nie? Niestety, tak właśnie uważają średnio dwie na trzy osoby w naszym kraju, które to nie sięgają nawet po jedną książkę w ciągu całego roku. A szkoda! Bo książki to wspaniałe narzędzie do rozwoju naszych małych główek (mniej książek = mniejsza głowa! #truefact). Wygląda na to, że wolimy siedzieć po nocach i oglądać Netflixa, co raczej nie przynosi nic dobrego naszym umysłom. Dlatego w ramach wiosennego przebudzenia zachęcam Cię do odstawienia telewizora (wynieś go na balkon czy do ogrodu, niech tam gnije!!!) i chwycenia za książkę. Na mojej półce z książkami, większość tytułów dotyczy rozwoju osobistego – uwielbiam tą tematykę, co chyba nie będzie dla Ciebie wielką niespodzianką. Z tytułów, które mogę Ci polecić z pewnością na uwagę zasługuje Magia Sprzątania Marię Kondo (napisałem jakiś czas temu jej recenzję na blogu) – książkę o japońskiej kulturze, minimalizmie (choć w tej opinii nie każdy się ze mną zgadza) i… papierze toaletowym 🙃. Idealna pozycja na wiosenne odgracanie. Jeżeli masz konto na Goodreads, możesz mnie tam znaleźć, dodać do znajomych i śledzić co aktualnie czytam. A dzięki temu i ja zobaczę, co Ty polecasz do czytania. Jeżeli nie masz jeszcze konta w Goodreads – na co czekasz? Zakładaj! I czytaj, czytaj, czytaj… 🙂. Ja aktualnie przerabiam…. z resztą, sam/a możesz sprawdzić.

Może audiobook?

Tak, tak, wiem, rozumiem, słyszę. Nie masz czasu na siedzenie i czytanie książek (choć w gruncie rzeczy wiadomo, że raczej nie chcesz go znaleźć 😉). Może więc sięgniesz po audiobooka? Na nie nie znajdziesz już tak łatwo wymówki. Audiobooki są przecież idealne podczas biegania, spacerów, jazdy samochodem, czy… zmywania naczyń. Szczególnie dobrze sprawdzają się przy tej ostatniej aktywności, która przecież wielu kojarzy się raczej z nudą i smutnym, domowym obowiązkiem.

W prawdzie zamiast zastępować normalne książki, ich wersje do słuchania powinny być dla nich co najwyżej uzupełnieniem, to i tak lepiej posłuchać audiobooka, niż całkowicie zrezygnować z czytania. W tej kategorii chciałbym polecić Ci wspaniałą pozycję Petera Wohhlebena, „Sekretne życie drzew”, w której autor, leśnik, opowiada o języku, w jakim rozmawia las, o internecie roślin, o tęsknocie, strachu, wojnach… o tym, co naprawdę dzieje się w lesie. Gwarantuję, że po przejściu przez tą książkę, nigdy już nie spojrzysz na żadne drzewo tak jak do tej pory! Daje do myślenia, oj daje.

Na deser szczypta medytacji

Medytacja pojawiała się już na moim blogu tak wiele razy (zachęcam Cię do przeczytania wpisu o mojej drodze do medytacji). Dziś chciałbym Cię do niej zachęcić słowami słowami Dana Harrisa:

Badania naukowe wykazały, że medytacja zmienia połączenia w mózgu. (…) Naukowcy odkryli, że u osób, które regularnie medytują, hormon stresu o nazwie kortyzol uwalnia się w dużo mniejszych dawkach. Innymi słowy, praktykowanie współczucia pomagało ich organizmom lepiej radzić sobie ze stresem. Jest to doniosłe odkrycie, ponieważ częste albo trwałe uwalnianie kortyzolu może wywołać choroby serca, nowotwory, cukrzycę, demencję czy depresję.

Tak, dokładnie tak – medytacja to nauka, nie religia – a wiele osób nadal myli te dwa tematy. Odstawiając jednak wszystkich naukowców i ich opinie na bok, chcę Ci zdradzić kilka drobnych sekretów mojego życia: to medytacja sprawia, że w trudnych momentach dnia potrafię się skupić, że w chwilach złości daję radę uspokoić się, że udaje mi się przejść z radością przez każdy kolejny dzień. Tyle.

Jeżeli więc Twoja przygoda z uważnością jeszcze się nie rozpoczęła, zachęcam Cię do spróbowania. Jeżeli język angielski nie sprawia Ci problemu, polecam – jako pomoc w medytacji – wypróbowanie aplikacji Balance – gdzie znajdziesz proste instrukcje jak zacząć. Szczególnie, że w momencie, w którym publikuję ten artykuł, z Balance możesz korzystać całkowicie za darmo. Jeżeli jednak szukasz wsparcia w medytacji w języku polskim, sięgnij po polską aplikację Intu (wersja na telefon z Androidem, i wersja na iPhone’y). I pamiętaj – najtrudniej zrobić ten pierwszy krok, ale gdy Ci się to uda, będzie już tylko fajniej 🙂. Sprawdziłem to i wiem, co mówię.

Zadbaj o duszę

Drugi etap naszych przygotowań, to sprzątnie duszy. Brzmi poważnie, prawda? Czy raczej śmiesznie? Ciekawy jestem, jakie emocje zarysowały się na Twojej twarzy, po rozpoczęciu czytania tego akapitu. Ja przez długi czas bagatelizowałem wszystko co związane z filozofią, poszukiwaniem sensu życia. Ale z czasem odkryłem, że bez uporządkowania tych tematów w głowie, ciężko jest przeskoczyć pewną granicę związaną ze świadomym rozwojem. I Ciebie również chciałbym do tego zachęcić. Do szukania swojego „dlaczego?” i „po co?”. Ja poszukuję odpowiedzi na te trudne pytania na dwa sposoby – i o nich Ci opowiem. Choć tematy te nie są proste, warto się w nie zagłębić – i znaleźć swój własny sens życia.

Stoicyzm odpowie na trudne pytania

Gdy kilka lat temu zakładałem bloga, totalnie nie wiedziałem czym jest stoicyzm. Było to jedynie dziwne słowo, którego czasem używali prelegenci podczas mądrych konferencji, a które kojarzyło mi się trochę ze spokojem, trochę z opanowaniem – i tyle. Skojarzenia te były oczywiście właście, ale za stoicyzmem stoi tak wiele więcej… Pamiętam, jak szeroko otwierały mi się oczy, gdy powoli przechodziłem przez pierwszą książkę związaną z tym tematem. Pamiętam pytania jakie pojawiały się z każdą kolejną, przeczytaną linijką, odpowiedzi, jakie z czasem zaczęły same przychodzić… Bo tym właśnie jest filozofia stoicka – szukaniem odpowiedzi na trudne pytania. I w ramach wiosennego sprzątania duszy, zachęcam Cię do sięgnięcia po dwie pozycje poruszające temat stoicyzmu: pierwszą z nich jest książka „Stoicyzm na każdy dzień roku” – wspaniały przewodnik po stoicyzmie, napisany przez Stephena Hanselmana i Ryana Holidaya, w którym zdanie po zdaniu przetłumaczono na język dzisiejszy to, co 2000 lat temu głosili pierwsi stoicy. Książka jest przepięknym podręcznikiem do codziennego studiowania filozofii stoickiej (yyy… wiem, brzmi dość poważnie, ale bardzo warto zwrócić uwagę na tą pozycję!). Druga rzecz, do sięgnięcia po którą Cię zachęcam, jest aplikacja na Twojego smartfona – Stoic (tu wersja dla Androida, tu dla iPhone’a), o której pisałem całkiem niedawno w liście. Przepięknie zaprojektowana, wypakowana zarówno pytaniami, jak i odpowiedziami, a do tego całkowicie po polsku. Jednak Stoic to o wiele więcej niż tylko źródło wiedzy o stoicyzmie, ja prowadzę z nią dziennik, planuję każdy kolejny dzień, spaceruję, a nawet medytuję. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia i od tamtego momentu towarzyszy mi każdego dnia. Na wiosnę postanowiłem jeszcze mocniej z niej korzystać – wierzę, że i Tobie szybko przypadnie do gustu.

Myślę, że te dwie pozycje, powinny rozbudzić Twoją ciekawość na temat stoicyzmu na tyle, że tak jak ja, zapragniesz odgrywać go dalej, więcej, szybciej…

Poszukiwanie wizji życia

Gdy sięgnąłem po pierwszą książkę związaną ze stoicyzmem, nie myślałem jeszcze o budowaniu wizji życia, kierowałem się raczej ciekawością. Mało tego, na początku nie czułem nawet potrzeby szukania czegoś takiego jak wizja. Jednak z czasem, gdy coraz bardziej zagłębiłem się w tematy związane z rozwojem osobistym, zapragnąłem ustalenia z samym sobą tego, jak bym chciał, aby wyglądało moje życie – dzisiaj i jutro. I tu właśnie pojawia się temat budowania wizji życia. Choć nie należy on do najprostszych, a cały proces wymaga czasu, to warto przez niego przejść. Efektem końcowym będzie wytyczenie ścieżki Twojego życia, w ramach której stworzysz (po pierwsze) misję, (po drugie) wartości i (po trzecie) wizję. Będzie to pewnego rodzaju Twój własny regulamin życia, zasady poruszania się po codzienności, Twoja prywatna konstytucja, na podstawie której będziesz mógł podejmować wszystkie decyzje. I w ramach tego etapu wiosennego sprzątania, znowu polecę Ci książkę… a może nawet i dwie. Jedna to Cała naprzód, Michael’a Hyatt’a i Daniela Harkavy’a, z której dowiesz się wiele o budowaniu świata po swojemu, a druga to 12 tygodniowy rok, Briana Morana i Michaela Lenningtona – praktyczny przewodnik, który pozwoli Ci zrealizować wszystko, co tylko sobie wymarzysz. Obydwie książki pomogą Ci zbudować wizję Twojego własnego życia i zaplanować wszystko tak, aby żyć w zgodzie z nią.

Przygotuj ciało

No dobra! Czas już zostawić bzdury związane z umysłem i duszą (wiesz, że żartuję, prawda? 🙃) i wziąć się ostro do ciężkiej pracy nad ciałem! Tak jest! Będzie pot, łzy i mnóstwo pracy. Swoją drogą, to takie banalne – przyszła wiosna, za pasem lato, więc trzeba przygotować się do plażowania. Ja wcale tak nie myślę i nigdy nie myślałem, ale prawda jest taka, że jeżeli choć taki powód sprawi, że trochę bardziej o siebie zadbasz – to ja go popieram całym sercem! Ruszać się powinniśmy przez cały rok, ale zimą, gdy do wyboru mamy bieganie w śniegu i mrozie albo kubek gorącej herbaty wieczorem przy kolejnym odcinku ulubionego serialu na Netflixie – zdecydowanie łatwiej wybrać to co wygodne, niż to co właściwe. Pogoda jednak się zmienia, świat się budzi do życia, czas więc wstać z fotela i ruszyć tyłek na poszukiwania często zaniedbanych przez zimę: zdrowia i dobrej formy! Może zainspiruje Cię kilka z moich pomysłów na aktywną wiosnę?

Wiosenne bieganie

Biegałem trochę zimą, będę biegał i wiosną! Ale tym razem regularnie – bo niestety muszę przyznać, że w chłodne, styczniowe dni, dość często sobie odpuszczałem. Znalazłem jednak sposób na to, aby na wiosnę być konsekwentnym w codziennym bieganiu – mam partnera do biegania! I Tobie również polecam znalezienie kogoś, z kim zaczniesz biegać. Ten prosty trick – partner do sportu – sprawi, że w chwilach słabości, będzie łatwiej, bo będzie

jeszcze ktoś, kto przypomni co zdrowe, a nie tylko co wygodne. A więc idziemy biegać!

Joga o poranku

Całkiem niedawno odnowiłem, wygasłą już sporo ponad rok temu, subskrypcję aplikacji Daily Yoga. Bardzo dobrze wspominam okres, w którym codziennie sięgałem po moją niebieską matę i bladym świtem próbowałem wykonać (często bardzo, bardzo wymagające) ćwiczenia jogi. Te codzienne sesje zawsze wprawiały mnie w dobry humor i w tym roku również chcę taki mieć. A Daily Yoga jest zdecydowanie najlepszą z aplikacji, jakie miałem okazję wypróbować. Z przyjemnością więc do niej wróciłem – a i Ciebie zachęcam do porannych ćwiczeń jogi. Pamiętaj jednak, że nie musisz sięgać po aplikację – dla mnie jest to wygodne rozwiązanie, ale mnóstwo praktycznych wskazówek do ćwiczenia jogi znajdziesz też w internecie, na przykład na YouTube’ie.

Na stojąco po zdrowie

Tak samo jak do jogi, wracam też do biurka stojącego. Sam nie wiem, dlaczego z niego zrezygnowałem. Przez ostatnie lata pracowałem na stojąco i bardzo sobie chwaliłem taki tryb pracy. Na prawo i lewo opowiadałem jak bardzo pozytywny wpływ miało to na moje zdrowie. A jednak, kilka miesięcy temu, zdecydowałem się rozmontować moje (wykonane domowymi sposobami) biurko stojące i posadzić tyłek w fotelu i na kanapie… To był ogromny błąd! Artykuł ten kończę już na stojąco i… z wielkim uśmiechem na ustach 🙂 A, jeżeli pracujesz na co dzień przy komputerze, i Tobie polecam wypróbowanie stania zamiast siedzenia w pracy. Szybko poczujesz różnicę 😉.

Jedzenie na godziny

Ostatnią z aktywności, do jakich chciałbym Cię dzisiaj zachęcić, będzie post przerywany. Choć tak właściwie będzie to polegało na… powstrzymaniu się od pewnej aktywności 🙂 – a chodzi oczywiście o jedzenie. O poście pisałem już do Ciebie w newsletterze, i dzisiaj powracam do tematu. Mógłbym rozpisać się o zdrowotnych aspektach ograniczenia liczby posiłków w ciągu dnia, ale zamiast tego poopowiadam Ci trochę o praktycznej stronie postu przerywanego. Na wstępie w dwóch słowach o co w ogóle chodzi – post przerwany w wersji, którą ja stosuję (tak zwana 14:10) polega na tym, aby w ciągu każdej doby jeść jedynie przez 10 godzin (w moim przypadku od 6:00 do 16:00), a przez pozostałe 14 godzin – powstrzymać się od jedzenia. I tyle, prosta sprawa 😉. A efekty? Lepsze samopoczucie z rana, o wiele lepszy sen, mnóstwo energii podczas wieczornego i porannego biegania (jakiś paradoks, prawda?), lepsze cyferki na wadze, większa koncentracja w okresie gdy poszczę – to tylko kilka z rzeczy, które u siebie zauważyłem. Nie zawsze łatwo jest powstrzymać się od jedzenia – szczególnie, gdy wstanę trochę wcześniej niż zwykle i czuję mniejszą energię – związaną z niewyspaniem – ale na ogół daję radę. I Tobie też polecam spróbować. Jako narzędzie wspomagające Twoją silną wolę, polecam skorzystanie z Kalendarza Celu, który przygotowałem dla stałych czytelników mojego bloga. Pomoże Ci on w zaznaczaniu dni, w których dajesz radę! Pobierzesz go tutaj.

To co? Spróbujesz razem ze mną posprzątać to i owo na wiosnę? Jeżeli nie czujesz się na siłach, aby od razu brać się za wszystkie obszary o których napisałem – weź na warsztat przynajmniej jeden z nich, resztę zostaw na przykład na lato 🙂. Achhhh… i koniecznie daj znać w komentarzu jak idzie!

Jestem głodny.

Wpis ten jest newsletterem, który wysyłam do czytelników bloga Fajne.life. Jeżeli chcesz otrzymywać ode mnie podobne treści do swojej skrzynki, zostaw swój adres e-mail.

Byliście kiedyś na diecie? Ja tam ich nie cierpię. Założenie, że przez tydzień, dwa czy pięć tygodni, nie możemy jeść pewnych rzeczy, a potem wracamy do wcześniejszych nawyków, jest dla mnie mocno słabe. Jedzenie, szczególnie kompulsywne, jest nałogiem. Gdy dołożymy do tego rodzaj jedzenia, jaki często w siebie pakujemy – to spożywanie pokarmów bardzo łatwo można myślę porównać na przykład do palenia papierosów. A tych przecież nie odstawiamy czasowo, aby odtruć nasz organizm, i potem wrócić do pysznego, trującego dymu. Papierosy, jak już rzucamy, to na zawsze! Przynajmniej taki zawsze jest plan. Dlaczego więc w kontekście jedzenia przechodzimy na dietę, którą – już z założenia – odstawiamy na półkę po jakimś czasie? Nigdy tego nie pojmowałem, choć pewnie jest cała masa medycznych, sportowych, filozoficznych, naukowych, ideologicznych, kulturowych i innych ważnych powodów, dla których tego rodzaju chwilowe zmiany sposobu żywienia są właściwe. Ja tego po prostu nie kupuję – zamiast diety, wolę stałą zmianę sposobu żywienia. Wychodzę z założenia, że jeżeli coś jest dla nas dobre, należy pracować nad tym, aby było permanentne, a nie chwilowe. Mylę się?

No właśnie… I z takim moim restrykcyjnym podejściem szukam sobie od lat jakiegoś fajnego sposobu na życie, na codzienność, na jedzenie, na posiłki, na zakupy. Choć i tak poczyniłem już ogromne postępy, zmieniając kilka lat temu nawyki zakupowe. Przestałem wtedy kupować jedzenie w marketach. Mam swojego jednego Carrefour’a (choć równie dobrze mogłem wybrać Tesco czy Aldiego), w którym kupuję chemię do prania, płyny do mycia naczyń i podłóg, czy pastę do zębów – i to raczej wszystko. Z jedzenia w moim markecie mogę co najwyżej sięgnąć po ulubiony ketchup, majonez czy ciasto do pizzy. Choć nawet z tych produktów 95% rzeczy w na półkach nie nadaje się do spożycia. Serio! Nie mogę uwierzyć, że ludzkość tak bardzo przestraszyła się koronawirusa, a pakuje w siebie tony jedzenia, któremu z punktu widzenia składu bliżej chyba do torebki foliowej, niż czegoś, co można nazwać zdrowym produktem. Zapakowana w folię, chemiczna szynka z takiego marketu nie powinna być nawet nazywana jedzeniem. Choć oczywiście, również w markecie można sięgać po zdrowe rzeczy – niestety jest to chyba wielokrotnie trudniejsze, niż na bazarku czy targu. W ogóle to świat pod tym kątem jest taki dziwny – miasta pełne są Mc’Donaldów, KFC, Pizzy Hut i innych fast food’ów, których głównym zadaniem wcale nie jest nas zdrowo nakarmić, ale zarobić (na nas) jak najwięcej, wydając na produkcję tego „jedzenia” jak najmniej, ale pakując to jednocześnie składnikami, które będą w stanie oszukać nasze zmysły – które będą w stanie nam wmówić, że to, co jest nam serwowane, jest smaczne. Ma być tanio, smacznie i zapełnić nam brzuchy. Myślę, że gdyby tylko pozwalało na to prawo, a ludzie nie zauważyliby różnicy, w najtańszym cheeseburgerze z pewnością mielibyśmy dodatkową warstwę wypełniacza w postaci styropianu czy waty.

No dobra, nakręciłem się strasznie – wybacz – ale tak już mam, gdy myślę sobie o tym, jakiego rodzaju jedzenie często w siebie pakujemy. Szczególnie że i mnie zdarza się od czasu do czasu wpaść do „Maca” czy „na skrzydełko”. Mam wtedy ogromne wyrzuty sumienia i żywy dowód na to, jak silnym nałogiem jest jedzenie. Czasem ulegam. Na co dzień kupuję jedzenie od sprawdzonych ludzi na targu, ale co jakiś (na szczęście dłuższy) czas, sięgam w Carrefourze po dwie wielkie paki chipsów i wieczorem siadam z dzieciakami do oglądania śmiesznego filmu. Moja droga do zdrowego jedzenia rozpoczęła się już kilka lat temu, ale do celu jeszcze bardzo daleko.

No i zobacz, miałem Ci dzisiaj opowiedzieć o tym, że chodzę ostatnio mocno głodny – szczególnie w określonych porach dnia (i nocy). Zamiast tego rozpisałem się o zakupach, fast food’ach i niezdrowym jedzeniu. Historię związaną z jedzeniem i moim nowym sposobem żywienia dokończę więc za tydzień, dzisiaj napiszę Ci tylko, że udało mi się znaleźć bardzo fajny sposób na ograniczenie i kontrolę tego, co i kiedy jem. Do tego sposób ten jest mega prosty. Stosuję go od kilku tygodni i jestem więcej niż zadowolony! Widzę już efekty na wadze, lepsze wyniki podczas biegania i mocny trening silnej woli. Choć tej ostatniej podobno lepiej nie trenować, a oszczędzać… Ale to historia na jeszcze inną wiadomość 🙂

Jak co tydzień, mam też do CIebie pytanie: czy jesteś zadowolona/zadowolony z tego co jesz? Twoja odpowiedź na to pytanie przyda mi się do kolejnej wiadomości – tej, którą napiszę za tydzień. Kliknij więc „odpowiedz” i daj znać 🙂 Możesz po prostu napisać „tak” albo „nie”, choć z przyjemnością poznam też Twoją szerszą opinię na ten temat. Jestem mega ciekawy, jaki jest Twój stosunek do zakupów i jedzenia.

Rok ciężkiej pracy

Ostatnie dwanaście miesięcy minęły zupełnie inaczej, niż większość z nas sobie zaplanowała. Nikt chyba nie mógł przewidzieć skali pandemii, z jaką mieliśmy – i niestety nadal mamy – do czynienia. Dla wielu nie był to dobry rok, pewnie nie jeden/jedna z Was opisze go jako najgorszy w ich życiu. Mój taki nie był. Dla mnie był to bardzo udany okres – wszystko przez zobowiązanie, jakie wziąłem na siebie rok temu.

Rok odwagi

W styczniu 2019 roku, jak co roku, wybrałem sobie temat, w zgodzie z którym chciałbym działać przez następne 12 miesięcy. Podjąłem wtedy decyzję, że będzie to rok odwagi.

Słowo odwaga dla każdego oznacza coś innego. Wybierając sobie je jako temat roku, chciałem dokonać pewnych transformacji w życiu. Nie do końca jednak wiedziałem jakich. Potrzebowałem więc pozwolenia na poszukiwania, pozwolenia na kwestionowanie tego co mam, na próby, na zmiany. Wiązało się to z nastawianiem na nowe rzeczy, na śmiałe działania, na szerokie otwarcie oczu na zmianę, na poszukiwania nowego, odwaga miała być słowem-kluczem, które towarzyszyć mi miało przez cały rok. Czy mi się to udało?

Bardzo, bardzo „tak”.

Rok odwagi uważam za wielki sukces – mój prywatny sukces. Dzisiaj przyszła pora podsumować to, co się działo i oficjalnie zakończyć ten wspaniały okres.

Wybranie tematu, w zgodzie z którym będzie się działało przez następne dwanaście miesięcy, nie należy do zadań prostych. Jest to bardzo poważne zobowiązanie i ostatecznie ma wpływ na większość podejmowanych potem decyzji. Każdego dnia dokonujemy przecież wielu wyborów, a narzucenie sobie tematu, sprawia, że mocno ograniczamy sobie pole manewru. Rok odwagi oznaczał dla mnie zmiany, poszukiwania i wybór mniej oczywistych rozwiązań. Miałem próbować nowego, nie bać się, nie unikać nieznanego. Już od samego początku wziąłem się ostro do roboty, zaczynając od poszukiwań nowego systemu produktywności – wystartowałem w lutym burząc kompletnie wszystko i kwestionując każdy element dotychczasowego schematu, w jakim działałem. Moje poszukiwania trwały kilka miesięcy (pisałem o tym w cyklu „Bunt maszyn” na blogu), ale w końcu doszedłem do ładu i teraz jestem ogromnie zadowolony ze zmian w moim systemie produktywności. Inną ważną, odważną decyzją była podróż przez Szwecję, którą odbyłem na samym początku roku. Cieszę się, że mi się to udało, zanim koronawirus na dobre rozgościł się w Europie. W ciągu kilku następnych miesięcy odbyłem też kilka innych, mniejszych wycieczek – po Polsce. Rok odwagi spowodował, że podejmowałem przy tym decyzje, których wcześniej unikałem, a które sporo mnie nauczyły. Dowiedziałem się, że mogę wyjechać na kilka dni, pracować i spać w samochodzie – odkryłem też, że bardzo mi to odpowiada. Okazało się, że kocham podróże. Okazało się, że mogę je odbywać, kiedy tylko zechcę.

Te dwanaście miesięcy to dla mnie również sporo zmian w biznesie – choć nie będę wchodził głęboko w szczegóły, to mogę powiedzieć, że kierując się właśnie odwagą, dokonałem kilku znaczących zmian i na tej płaszczyźnie – z każdej jestem bardzo zadowolony. Odnalazłem nowe osoby do współpracy – uwielbiam z nimi pracować i przebywać, odkryłem nowe płaszczyzny do pracy, nie bałem się podejmowania decyzji w obszarach dla mnie trudnych. No dobra, może i momentami się bałem, ale za każdym razem tłumaczyłem sobie, że jest to mój rok odwagi – mam więc pozwolenie na podjęcie ryzyka. A to przecież decyzje zawsze wiążą się z ryzykiem, że coś się nie uda. Jednak rok odwagi oznaczał przecież dla mnie również to, że podjętych decyzji nie będę żałował. I to się bardzo dobrze sprawdziło.

To w końcu odwaga popchnęła mnie do tego, aby zaprosić Piotra do nagrywania wspólnego podcastu o produktywności (zapraszam do 🐽 PiG Podcastu!) – co nie tylko okazało się wspaniałą przygodą, ale i dużym sukcesem. W ramach tego projektu nie bałem się mierzyć z trudnymi tematami, zapraszać wspaniałych gości czy eksperymentować z moim mobilnym, samochodowym studiem do nagrywania.

Odwaga panowała we wszystkich obszarach mojego życia, od pracy, po dom, małżeństwo, wychowanie dzieci, ścieżkę, jaką podążam w ramach rozwoju osobistego. 2020 rok to dla mnie przecież rozpoczęcie pięknej przygody z bieganiem, przerywanym postem (o którym już niedługo Ci opowiem) i tak szerokim otwarciem się na stoicyzm.

To również dzięki odwadze zdecydowałem się zapisać do klubu rolkowego, choć muszę przyznać, że to ona też spowodowała kontuzję, jakiej się nabawiłem.

Zmian było dużo, zyskał też mój blog, który nie tylko dostał nowy wygląd, ale i nazwę (z Fajne Życie zmieniłem na fajne.life) – a tego przecież raczej się nie robi.

Odwaga towarzyszyła mi ona właściwie na każdym kroku i w ciągu roku nie było dnia, w którym nie pamiętałbym o decyzji, jaką podjąłem. Rok odwagi pozwolił mi marzyć, odkrywać siebie na nowo, próbować nowego – dzięki temu odkryłem, jak wiele rzeczy jeszcze na mnie w życiu czeka. Wróciłem do regularnego pisania na blogu, nagrywam podcasty, w moim domu zagościła też ostatnio gitara – na której zacząłem się uczyć grać. Bo czemu nie? Graliście kiedyś na jakimś instrumencie? Ja nigdy. Aż do 2020 roku 🙂.

Czas jednak zamknąć ten wspaniały okres mojego życia, zakończyć eksperymenty, włożyć do szuflady wszystko co nowe i skupić się na utrwalaniu tego, co udało mi się wypracować w tym czasie. Czas na…

Rok ciężkiej pracy

Długo myślałem, jaki temat wybrać na 2021 rok. Po dwunastu miesiącach odważnych działań, potrzebowałem stabilizacji, uspokojenia, być może nawet nudy. Potrzebowałem zacząć wykorzystywać to, czego nauczyłem się o sobie i świecie w poprzednich dwunastu miesiącach. I muszę przyznać, że w pewnym momencie decyzja sama na mnie spadła, wręcz mnie olśniło. Po okresie odwagi potrzebny jest czas ciężkiej pracy. Tylko w ten sposób mogę użyć wszystkich mocy, jakie w sobie odkryłem. Tak więc się stało, rok 2021 ogłaszam dla mnie rokiem ciężkiej pracy.

Oznacza to koniec z eksperymentami, z szukaniem nowego, zmianami, marudzeniem, byciem wygodnym i wybrednym. Czas wykorzystać to, co wypracowałem. W poprzednim roku zacząłem poszukiwania nowego systemu produktywności, przeszedłem przez wszystkie programy do organizacji zadań, do organizacji notatek – w tym roku muszę się trzymać wyboru, jaki został dokonany. W ramach mojej firmy, byłem do tej pory otwarty na nowe współprace, czas teraz zadbać o te, które już mam. Pora zamknąć drzwi niepewności, ukrócić poszukiwania i skupić na tym, co tu i teraz. Czas dopracować wszystko co już zacząłem. W 2021 roku nie rozpocznę nowych projektów blogowych, nie sięgnę po nowy sport, nie zacznę kolejnej diety. Zamiast tego, chcę się skupić na maksymalnym wykorzystaniu wszystkiego, na co zdecydowałem się podczas roku odwagi. Będę doskonalił moją jazdę na rolkach, będę ciężko pracował z gitarą (rozpoczęcie nauki gry na gitarze było jedną z ostatnich decyzji roku odwagi – jak się cieszę, że ją podjąłem! Dzisiaj już raczej bym musiał sobie odpuścić), skupię się na byciu lepszym rodzicem, lepszym mężem, lepszym synem, lepszym blogerem, podcasterem, podróżnikiem, minimalistą. Będę się rozwijał z dobytkiem, jaki zebrałem. Publikując ten wpis, zamykam sobie oficjalnie drogę do zmiany aplikacji, w której prowadzę dziennik (w 2021 roku przeszedłem przez 5 różnych), przestaję się zastanawiać czy mój notatnik jest najlepszym, jaki mogę mieć, ograniczam zakupy, kwestionowanie rzeczy, które mam, rozglądanie się za ulepszeniami. Ma to być rok nudy, potu i harówki.

Nie będzie to proste – eksperymentowanie jest tak bardzo fajniejsze, łatwiejsze, ciekawsze. Jednak decyzja o ciężkiej pracy jest mi potrzebna – jest naturalnym następstwem decyzji sprzed roku, ucięciem szaleństw, na jakie mogłem sobie pozwalać do tej pory. Cieszę się na to, choć nie ukrywam, że trochę się boję. Nie jestem pewien, czy moje wariactwa i eksperymenty z ostatnich dwunastu miesięcy doprowadziły mnie do rzeczy, z którymi jestem w stanie przetrwać najbliższy rok. Jednak mimo tej niepewności, podejmuję tę decyzję. Czy za kolejne dwanaście miesięcy będę o niej mówił z takim samym optymizmem, z jakim podsumowałem rok odwagi? Nie wiem. Czuję chyba jeszcze większą niepewność niż rok temu. Choć z drugiej strony, już teraz cieszę się z rzeczy, które uda mi się zrealizować. Rok odwagi był rokiem niepewności. Ciężka praca – to z kolei pewność, gwarancja sukcesu, efekty. Jeżeli więc uda mi się działać w zgodzie z tym tematem – czeka mnie wspaniała nagroda. Wiem, że będę o wiele dalej, niż jestem dzisiaj. W każdym obszarze mojego życia.

Rok ciężkiej pracy uważam więc za rozpoczęty. Dla Ciebie oznacza to więcej wpisów, nagrań, prezentów – tu na blogu. I więcej historii związanych z moimi postępami. A więc do roboty! 🙂

Kalendarz Celu na 2021 rok

Kilka lat temu, gdy zaczynałem moją przygodę ze zdrowymi nawykami, szukałem różnych rozwiązań, narzędzi, pomocy, które mogłyby umożliwić mi stworzenie i utrzymanie tych nawyków. Okazywało się jednak wielokrotnie, że nie jest to takie proste, ba – najczęściej była to droga przez mękę, o czym pewnie i Ty wiesz, jeżeli próbowałaś/eś kiedyś zbudować i utrzymać jakiś nawyk. Z czasem odkryłem jednak kilka rzeczy, które skurczenie pozwoliły mi zbudować nawyki, na których mi zależało. Wymyśliłem też jedno proste narzędzie, które znacząco mi w tym pomogło – i chciałbym Ci dzisiaj narzędzie to podarować. Ale po kolei, budowanie nawyków to maraton, nie sprint – więc i ten wpis rozpocznę krótką rozgrzewką na temat problemów, z jakimi się stykałem.

Problem 1 – narzędzia są fajne, ale trzeba ich używać

Pierwszym, najbadziej oczywistym dla mnie rozwiązaniem przy próbie budowania nawyku, było znalezienie aplikacji do śledzenia nawyków – i tak też robiłem. Już samo jej używanie było pewnego rodzaju deklaracją, że chcę dany nawy budować. Rozwiązanie to miało jednak kilka całkiem sporych minusów, a jednym z nim był fakt, że zanim każdego dnia użyję takiej aplikacji w smartfonie, muszę najpierw ją uruchomić. Ta, z pozoru prosta czynność, często jest nie do przeskoczenia w zaspane środowe poranki, leniwe soboty, czy zapracowane poniedziałki. Również w przypadku plannerów i kalendarzy papierowych, w których można śledzić swoje nawyki, często pojawia się ta same przeszkoda – zanim użyjemy takiego notesu, trzeba po niego sięgnąć, otworzyć, znaleźć odpowiednie miejsce do zapisu postępów…

Problem 2 – narzędzia są fajne, ale można ich nie używać

Drugi problem, z jakim musiałem się mierzyć, jest podobny do pierwszego, a jest to pokusa… aby zwyczajnie nie zerkać na planner czy aplikację do śledzenia nawyków 🙂 Nawyki, które staram się zbudować, często są bardzo ambitne. Kiedyś wymyśliłem sobie, że rzucę palenie, innym razem, że będę biegać, a był też nawyk związany ze zdrową dietą. Żaden z nich nie był prosty do rozpoczęcia, wręcz muszę powiedzieć, że one wszystkie były bardzo trudne. I często zdarzały mi się dni, w których celowo nie uruchamiałem aplikacji pomagających śledzić postępy w budowaniu danego nawyku, aby nie zobaczyć brakującego zaznaczenia dnia, aby zrobić sobie wolne. Jak się domyślasz, takie podejście nie sprzyjało utrzymaniu nawyku, który starałem się zbudować, a i powoli prowadziło to do całkowitego porzucenia narzędzia, które przecież miało pomóc w budowaniu danego nawyku.

Problem 3 – narzędzia są fajne, jak są tam, gdzie trzeba

Nawet gdy pokonałem dwie wcześniejsze przeszkody, nauczyłem się uruchamiać aplikację do śledzenia nawyków, oduczyłem się jej niewłączania w leniwe dni, to pozostawał jeszcze jeden problem: telefon mam często przy sobie, ale jednak nie zawsze. Zresztą staram się na co dzień oduczyć noszenia go wszędzie. Do tego telefonu używam przecież również w innym celu, nie tylko do śledzenia nawyków. Sprawiało to, że czasem w momencie, gdy powinienem odznaczyć wykonanie czynności związanej z budowaniem danego nawyku, używałem telefonu do czegoś zupełnie innego i nie za bardzo chciałem przełączać się do związanej z tym aplikacji. Z drugiej strony, czasem zdarzało mi się zostawić telefon w jakimś miejscu, i szukać go, gdy zechciałem oznaczyć moje nawykowe zadanie jako wykonane…

Problem 4 – narzędzia są fajne, jak są odpowiednio przywiązane

Kolejna sprawa: przywiązanie nawyku do czasu, a nie miejsca – było błędem. Gdy lata temu paliłem, będąc w domu, wychodziłem zazwyczaj do ogrodu; gdy budowałem nawyk związany ze zdrową dietą, miejscem, w którym musiałem się najbardziej pilnować, była kuchnia, a konkretniej okolice lodówki; ranne wstawanie – łazienka; ważenie się – to miejsce, gdzie stoi waga itd. Mój telefon, a razem z nim aplikacja do śledzenia nawyków, nigdy nie wiedział, czy stoję akurat przy lodówce, czy przy wadze. Mógł przypominać mi o nawykach w określonych porach dnia, ale nie mógł wiedzieć jak przemieszczam się po domu, nie mógł mnie ostrzec, gdy sięgałem do lodówki, gdy wkładałem buty, aby wyjść zapalić… Bazował tylko na czasie. I to mogło się sprawdzić tylko, gdy wykonywałem te same czynności w tych samych godzinach w ciągu dnia – a to jak się pewnie domyślasz, to raczej nie często się wydarza.

Problem 5 – narzędzia są fajne, jak potrafią pochwalić

Jeszcze jeden problem, z jakim się spotkałem to duma i motywacja. Właściwie te dwie rzeczy nie są problemem same w sobie, ale ich brak – już jak najbardziej jest. Aplikacja do śledzenia nawyków, jak również papierowy planner, który najczęściej leży sobie zamknięty na biurku, są dość mocno ukryte przed Tobą i światem. Nie krzyczą na prawo i lewo jak idzie Ci z realizacją Twoich celów, nie pochwalą Cię w trudnych chwilach, nie zmotywują do dalszego działania, gdy przyjdzie moment słabości. Sięgamy po nie, gdy chcemy odznaczyć nawyk jako wykonany – w innych porach dnia siedzą sobie cichutko i czekają na swój moment. A powinny krzyczeć do nas co chwilę i gratulować efektów, jakie udało nam się do tej pory osiągnąć! Powinny przypominać o celach, o które walczymy – jednak nie tylko nam, ale wszystkim osobom, z którymi mieszkamy. Powinny być naszą laurką i dumnie stać przy lodówce, wadze, butach do biegania czy szafce ze słodyczami – jeżeli to cukier jest wrogiem, z którym przyszło nam walczyć. Aplikacja w smartfonie czy stojący na półce planner, nie będą w stanie tego zrobić…

Nie zrozum mnie źle, problemy, które opisałem, nie powodują, że nie warto używać aplikacji do śledzenia nawyków czy papierowych plannerów – przeciwnie, bardzo warto korzystać z tych narzędzi. Myślę jednak, że w przypadku wielu nawyków, celów, postanowień, narzędzia te nie będą wystarczające i rozsądnie jest poszukać czegoś, co będzie nas lepiej wspomagało w tej, często przecież tak trudnej i nierównej walce z naszymi słabościami.

Dlatego też wymyśliłem kiedyś coś, co stało się świetnym pomocnikiem w budowaniu nawyków. Coś, co sprawdziło się już w tak wielki domach, co pomogło zbudować nie jeden zdrowy nawyk. Proste, praktyczne narzędzie do kontroli, motywacji i chwalenia. A jego nazwa to:

Kalendarz Celu

To już czwarty rok, w którym przygotowuję dla Was Kalendarz Celu – skuteczne narzędzie wspomagające walkę o nawyki. Jest to specjalny, miesięczny kalendarz, który możesz przyczepić na lodówce, postawić w szatni, przymocować koło wagi – kalendarz, który będzie może być wszędzie tam, gdzie budujesz swoje nawyki.

Zasada działania Kalendarza Celu jest bardzo prosta: na samym środku jest specjalne pole, w którym wpisujesz swój cel. Może to być zarówno rzucanie palenia, postanowienie jedzenia wspólnych śniadań z rodziną, jak i ograniczenie słodyczy.

Wypełniony Kalendarz Celu wieszasz w miejscu związanym z budowaniem lub ograniczaniem danego nawyku i… to tyle. Później musisz już tylko zaznaczać każdego dnia postępy.

To proste narzędzie może znacząco podnieść Twoje szanse na osiągnięcie wymarzonego celu. A do tego, otrzymujesz je domenie całkowicie bezpłatnie.

Więcej informacji i link do pobrania Kalendarza Celu na 2021 rok, znajdziesz na specjalnej stronie poświęconej Kalendarzowi ⬇️

8 rzeczy, których pozbycie się poprawi Twoje życie

Kto z nas nie chciałby mieć fajnego życia? Każdy szuka swojego lepszego jutra. Choć nie jest to proste – szczególnie w tym, ogarniętym pandemią, roku – to robiąc małe kroczki, można osiągnąć szczęście. Kluczem do tego nie jest jednak dodawanie rzeczy do naszego świata, a eliminacja. Przez pozbycie się kilku drobiazgów z życia, możemy znacząco poprawić jego jakość! Oto moje podpowiedzi, co warto wyrzucić ze swojej codzienności.

Zemstę

Ile razy dziennie chcemy się na kimś odegrać? Jak często w Twojej głowie pojawia się myśl: „ja mu dam!”, „ja jej pokażę!”. Wpadamy na ten „genialny” pomysł za każdym razem, gdy ktoś zajedzie nam drogę na ulicy, wepchnie się przed nami do kolejki, czy przechodząc obok w pracy, zaleje nas kawą… Wtedy najpierw pojawia się złość, a chwilę potem chęć dokonania zemsty!

Ale tak naprawdę myśląc w ten sposób, największą krzywdę robimy sobie. Pragnienie zemsty ciągnie nas w dół, sprawia, że nie potrafimy skupić się na własnym szczęściu. Lepiej odpuścić i uwolnić się od chęci zemsty.

Winę

Nie łatwo pogodzić się ze swoją przeszłością, prawda? Zapomnieć o błędach, przyjąć konsekwencję własnych czynów, pogodzić się z porażkami. Ale właśnie ta trudna droga, jest jednocześnie najlepszą do spokojnego umysłu i prawdziwego szczęścia. Zbyt długie poczucie winy wpycha nas często do klatki nieszczęścia i depresji. Powoduje, że nie jesteśmy w stanie naprawić naszych błędów. Nie pozwól, abyś był więźniem własnych wyobrażeń – uwolnij się z klatki winy, daj sobie kolejną szansę.

Toksycznych znajomych

Masz takich w swoim otoczeniu? Ludzi, którzy ciągną Cię w dół? Którzy potrafią jedynie krytykować, narzekać i się złościć? Twoi znajomi powinni być dla Ciebie wsparciem, inspirować Cię do działania, pomagać, powinieneś móc na nich liczyć. Jeżeli nie możesz powiedzieć tego o ludziach, którzy Cię otaczają – pozbądź się ich, raz na zawsze. Zobaczysz, ile spokoju wprowadzi to w Twoje życie.

Bałagan

Bałagan w łazience, bałagan na biurku, bałagan w kuchni – nie ważne, z którym z nich masz największy problem, pozbądź się każdego. Uporządkujesz swoje życie, zaczynając od porządku w Twoim otoczeniu. Zadbaj o ład w domu i w pracy. Przedmioty z naszego otoczenia potrafią w łatwy sposób zabierać życiową energię i obniżać poziom skupienia. Nie pozwól na to! Większość z tych rzeczy i tak jest przecież bezużyteczna…

Czekanie

Fajne rzeczy nie przytrafiają się tym, którzy na nie czekają, fajne rzeczy przychodzą do tych, którzy wyciągają do nich ręce. Przestań w końcu czekać, aż Twoje szczęście samo przyjdzie do Ciebie, weź sprawy w swoje ręce i zacznij coś robić, aby samemu na nie zapracować.

Oceny

Jesteśmy mistrzami w przyznawaniu ocen, a najbardziej lubimy oceniać innych, prawda? Nie mamy wpływu na to, czy inni będą nas oceniać, czy nie – mało tego, im bardziej będziemy się starać, aby tego nie robili, tym częściej będziemy oceniani. I tym mocniej to odczujemy. Jedyne co więc możemy zrobić, to przestać się przejmować ocenami, jakie dostajemy i przestać je też przyznawać innym.

Zmartwienia

W geny człowieka wpisanie jest martwienie się. O pieniądze, pracę, zdrowie, rodzinę… martwimy się, o co tylko możemy. Najśmieszniejsze jest to, że właściwie w każdym przypadku – totalnie bezpodstawnie. Nasze zamartwianie się nic nie pomaga, do niczego nie prowadzi, nie rozwiązuje żadnych problemów – co najwyżej potrafi przyprawić nas o siwe włosy.

Skoro zamartwianie się w żadnym stopniu nie zmieni Twojej sytuacji – zmień swoje nastawienie i przestań się w końcu martwić.

Wysokie oczekiwania

Najczęściej doprowadzają nas do wyrzutów sumienia, rozczarowania i frustracji. Zamiast stawiać przed sobą (i innymi) zbyt wysokie oczekiwania, lepiej czasem wziąć na siebie plan minimum i w razie czego pozytywnie się na końcu zaskoczyć. Przy planowaniu wyzwań, lepiej być realistą, niż niepoprawnym optymistą – dzięki temu łatwiej o spokojny sen w nocy i uśmiech w ciągu dnia.

Zastosuj te kilka wskazówek, a Twoje życie z pewnością stanie się fajniejsze. Daj znać w komentarzach, która z moich porad będzie najtrudniejsza do wprowadzenia – ja mam swój typ, ciekawe, czy myślimy podobnie 😉.

A Ty masz swoje fajne życie?
Zostaw mi swój adres, abym czasem mógł do Ciebie napisać – poszukajmy wspólnie fajnego życia 🙂

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.