Zasady

Zapamiętać należy jednak, że niezależnie od tego, co się stało i jak rozczarowany jesteś swoim zachowaniem, zasady pozostają niezmienne. W dowolnym momencie możesz wrócić do nich i ponownie zacząć się do nich stosować. To, co zdarzyło się wczoraj, a nawet pięć minut temu, jest przeszłością. W każdej chwili możesz zacząć od nowa.

Holiday Ryan, Hanselman Stephen

Czytaj dalej

Możesz zacząć od nowa.

„Twych zasad nic nie może unicestwić, chyba że wygasisz karmiące je myśli; stałe rozniecanie nowych jest twoim zadaniem […] Możesz zacząć żyć od nowa! Spójrz na sprawy w nowy sposób, tak jak już kiedyś uczyniłeś. Na tym polega odrodzenie życia!”

Marek Aureliusz, Rozmyślania, 7.2

W tych, z pozoru prostych, kilku zdaniach Marka, kryje się tak wiele wskazówek, które mogą doprowadzić do fajnego życia. „Zasady”, „myśli”, „rozniecanie”, „życie”, „sprawy”, „od nowa”, „odrodzenie” – na te słowa-klucze warto zwrócić uwagę. I żadnego nie pominąć w swoich rozmyślaniach.

Halo! Dzisiaj Światowy Dzień Wody

To wręcz nieprawdopodobne, że w XXI wielu, ponad dwa miliardy ludzi na całym świecie cierpi z powodu braku dostępu do czystej wody. A każdego dnia (DNIA!), z powodu złej jakości wody umiera 6 tysięcy ludzi, głównie dzieci. Oznacza to, że co 15 sekund, z tego jednego, dla nas tak głupiego powodu, umiera jedna mała istota… Wyobrażasz sobie? A szacuje się, że do 2025 roku aż jedna trzecia ludzkości nie będzie miała dostępu do wystarczającej ilości wody pitnej

Od roku walczymy z pandemią koronawirusa, ale nasze życie wróci w końcu do normy, każdy z nas będzie mógł zająć się znowu sobą. Swoim fajnym życiem. Dla niektórych walka o życie trwa jednak cały czas i zaczyna się od nowa każdego dnia. Przez coś, co dla nas jest tak oczywiste – przez wodę, a właściwie jej brak. Jesteśmy zbudowani z wody i już brak jej jednego procenta w ciele powoduje u nas ogromne pragnienie. Jej dziesięcio-procentowy ubytek oznacza dla nas chorobę nerek. Dwadzieścia procent to już śmierć. A są miejsca na ziemi, gdzie wyprawa po wodę nadal wiąże się z wielogodzinną wędrówką do studni.

Dlatego dzień 22 marca ustanowiony został przez zgromadzenie Ogólne ONZ Światowym Dniem Wody. Już dwudziesty dziewiąty raz mamy sobie przypomnieć o tych, którzy cierpią z powodu braku dostępu do tak podstawowej rzeczy, jaką jest woda.

W 2019 roku hasłem tego dnia było „Nie pominąć nikogo” –  a obchody koncentrowały się na przypominaniu o dostępie do wody dla grup zmarginalizowanych takich jak dzieci, uchodźcy, czy osoby niepełnosprawne. Rok później, tematem przewodnim była „zmiana klimatu” i jej wpływ na ilość dostępnych zasobów wodnych. Według danych ONZ wody zaczyna brakować już nawet w miejscach, w których dotychczas było jej pod dostatkiem, więc w 2021 roku skupiać się będziemy na „docenianiu wody”.

Ale czy w obliczu naszych obecnych problemów, jesteśmy jeszcze w stanie pomyśleć i o tym? Wierzę, że tak.

Być może zastanawiasz się, co Ty jedna, mała, niewiele znacząca istotka możesz zrobić, aby pomóc całemu światu w oszczędzaniu wody? Okazuje się, że możesz bardzo dużo, a ja mam dla Ciebie trzy propozycje.

1

Nie marnuj wody!

Co roku w wielkich miastach marnuje się nawet 500 mln m³ wody – taka ilość wystarczyłaby na cały rok dla 15 mln ludzi. A my, Polacy, marnujemy niezwykle dużo wody. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju, zużywa w ciągu doby o 50l więcej wody, niż wynosi średnia dla Europy. A spośród wszystkich europejskich krajów, w Polsce mamy najniższe zasoby wody przypadające na 1 mieszkańca: tylko 1,6 mln litrów/rok. Możemy jednak sprawić, by te statystyki się odwróciły, możemy być przykładem dla Europy! Wystarczy jedynie… zakręcać wodę. A wszystko zaczyna się w Twojej kuchni i łazience.
Zacznij więc od tego – od zaprzestania marnowania wody. Napraw ten kapiący kran w kuchni, zakręcaj go, gdy myjesz zęby, a pralkę i zmywarkę uruchamiaj dopiero gdy są pełne.
2

Odstaw butelki!

Po drugie – woda butelkowana. Unikaj jej, zamień na tą z kranu – a jeżeli masz obawy o jakość, zaopatrz się w filtr do wody. Dlaczego to takie ważne? Sam zobacz:
3

Możesz więcej!

Po trzecie: klimat. Jego zmiany oznaczają jeszcze większe problemy z dostępem do wody pitnej dla krajów, które jej najbardziej potrzebują. Zadbaj więc i o to, a sposobów masz przecież milion! Od używania energooszczędnych żarówek, wyłączania nieużywanych sprzętów domowych, segregowania śmieci, czy… obniżenia temperatury w Twoim domu o 1 stopień Celsjusza – co pozwoli na ograniczenie emisji CO2 nawet o 300 kg rocznie.

To co? Spróbujemy?

Bunt maszyn cz. V. Nowy przyjaciel

Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I”, “Bunt maszyn cz. II”, Bunt maszyn cz. III”, Bunt maszyn cz. IV.

Gdy porzuciłem cały mój dotychczasowy system, byłem trochę jak taka zbłąkana dusza, która nie bardzo wiedziała co ze sobą począć. Cieszyłem się wolnością, jaką sobie zafundowałem, ale wiedziałem, że na dłuższą metę to się nie może udać. Zbyt dużo ważnych spraw miałem na głowie, aby pozwolić sobie na brak systemu do zarządzania nimi. Potrzebowałem rozwiązań. Nie był to pierwszy raz, gdy tak dużo się działo w moim obszarze produktywności. Już kiedyś się zbuntowałem. Raz. Pamiętam, że znalazłem sobie wtedy nieoczekiwanego przyjaciela. Kogoś, kto szybko i podstępnie zagospodarował moją złość i zaproponował nowy porządek. Skusił mnie tym, że posiadał wszystkie odpowiedzi, miał zaplanowany każdy kolejny krok. Nazywał się Microsoft.

Jako użytkownik iPhone’a, iPada, Maca i wielu innych produktów Apple, niezbyt często mam do czynienia z przedmiotami czy programami firm spoza ekosystemu tej firmy – w szczególności tych od Microsoftu. Co najwyżej zdarzy mi się od czasu do czasu otworzyć Worda, gdy otrzymam od klienta dokument tego programu. W przeszłości, gdy używałem jeszcze PC’ów, bardzo lubiłem Windowsa, chwaliłem też sobie cały pakiet Office. Nie było wtedy na rynku aż tylu produktów Microsoftu co dzisiaj, ale też nie przypominam sobie, abym jak inni marudził na te już dostępne. Gdy jednak kupiłem pierwszego Maca – wszystko się zmieniło. Wszedłem w świat Apple i nie oglądałem się za siebie. Pokochałem ten minimalistyczny, dopracowany styl produktów i usług, jakie wychodziły z Cupertino. Uwielbiałem je za płynność działania, prostotę i dopracowanie szczegółów. Jednak nadal wychodziłem z założenia, że Microsoft ma swój – całkiem dobrze działający, i tak samo kompletny – ekosystem. A teraz, gdy zakwestionowałem większość rzeczy z mojego dotychczasowego systemu produktywności, oferta konkurenta Apple wydała mi się całkiem interesująca. Po pierwsze, Microsoft nie był już firmą, która wymagała używania PC’ta. Wszystkie znaczące aplikacje dostępne były już również na używane przeze mnie urządzenia Apple. Po drugie, oferta Microsoftu w dużej części była już oparta o usługi internetowe. Używany rodzaj komputera, czy systemu operacyjnego, miał dzięki temu jeszcze mniejsze znaczenie. Komputer z Windowsem tak samo dobrze pasował, co ten z MacOS. Po trzecie: rozwiązania Microsoftu wydawały się tak bardzo kompletne. Gigant z Redmond pomyślał o wszystkim. Oferował zaawansowane narzędzia, urządzenia i usługi, które wspaniale łączyły się ze sobą i zaspokajały każdy aspekt pracy z komputerem. Było to dla mnie, w tamtym momencie, jak znalezienie oazy idąc spragniony przez pustynię. Jestem wręcz zdania, że Apple i Microsoft to jedyne dwie firmy na rynku, których ekosystemy są tak kompletne – a ten drugi wachlarzem swych usług nawet wyprzeda firmę z jabłuszkiem. Zwróciłem więc swoją uwagę w tę stronę.

Na świecie dużo się działo z powodu koronawirusa, ja jednak miałem trochę czasu, w końcu wszystkie biznesy w Polsce – poza tymi z branży medycznej – stanęły. Mogłem szukać, eksperymentować, popełniać błędy. I wtedy sięgnąłem po pierwszy produkt mojego nowego przyjaciela: Office 365 (który zmieniał w tamtym momencie nazwę na dużo bardziej pasującą – Microsoft 365).

Pomijając aspekt zmiany systemu produktywności – który aktualnie bardzo mnie interesował – okazało się, że mogłem zaoszczędzić całkiem sporo pieniędzy! Przede wszystkim i tak od dawna co miesiąc płaciłem za Office’e 365, który dawał mi dostęp do Worda, Excela, ale i chmury, w której mogłem przechowywać pliki – spokojnie mogłem więc zrezygnować z Dropboxa, na którego przeznaczałem całkiem niemało pieniędzy. Miałem też dostęp do jednej z najlepszych aplikacji do notatek na rynku – OneNote, dzięki czemu mogłem zrezygnować z płacenia za Evernote’a. Był kalendarz, zadania, poczta Outlook, do której jak się okazało, mogę również podpiąć swoją domenę – co, nawiasem mówiąc, nie jest możliwe w Gmailu dla zwykłych użytkowników, czy poczcie iCloud od Apple. Ładnie to wszystko wyglądało. Po wykonaniu szybkich wyliczeń wyszło mi, że jedną usługą Microsoftu, za którą i tak płacę i będę dalej płacił (subskrypcją dzielę się z Ewą i moją starszą córką, które potrzebują jej w pracy i w szkole), mogłem zastąpić pięć innych, za które to płaciłem do tej pory osobno i sporo więcej niż wychodziło za sam Office. „Świetnie!” – pomyślałem. Na tym etapie byłem już zdecydowany na przejście, należało tylko wytyczyć ścieżkę zmian.

Każdego dnia coraz bardziej zagłębiałem się w zakamarki usługi Office 365, cieszyłem się przy tym jak dziecko – w końcu tak lubię eksplorować nowe narzędzia. Zmiany w systemie produktywności, jakie sobie zaserwowałem, zainspirowały mnie również do kilku innych ruchów, na które miałem ochotę już od dłuższego czasu, na przykład zmian nazw: mojego bloga i firmy. Byłem na fali upraszczania wszystkiego co mnie otacza, więc fajnie byłoby to wszystko odpowiednio nazywać. Przez krótką chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie zmienić nazwy firmy na dokładnie tą samą, która widnieje w nagłówku mojego bloga. Ta myśl na szczęście szybko upadła – wyobraziłem sobie, jak tłumaczę kolejnemu klientowi, dlaczego moja firma nazywa się „Fajne Życie” a na firmowej stronie www mam artykuły zupełnie niezwiązane z tym, czym co dla niego wykonuję. Postanowiłem więc, że firma i blog będą miały oddzielne strony, osobne nazwy, ale jednocześnie musi je coś łączyć. Wtedy w mojej głowie pojawiła się całkiem Fajna myśl…

Ten artykuł jest piątym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Kolejna część ukaże się już niebawem!

Bunt maszyn cz. IV. Wolność

Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I”, “Bunt maszyn cz. II”, Bunt maszyn cz. III”.

Śledzenie czasu zakończyłem w ciągu paru chwil. Po prostu skasowałem tą cholerną aplikację, a razem z nią inne: do mierzenia ile wody wypijałem w ciągu dnia, tą do śledzenia wydatków, spożytych kalorii, aplikację dziennika, listy zakupów, śledzenia nawyków… normalnie zrobiłem czystkę w telefonie usuwając wszystko co nawinęło mi się pod kasujący palec. Zniknęły też moje skróty, które krok po kroku podpowiadały mi każdego wieczora i co rano jak działać, aby jak najlepiej przejść przez daną porę dnia, porzuciłem plan mojego ukochanego Miracle Morning! Na fali złości wywalałem co tylko mogłem – czułem przy tym, jak rozpada się mój cały, wypracowany przez wiele miesięcy, system. Od teraz wszystko miało być spontaniczne.

Nastrój zmian był tak duży, że zacząłem z obrzydzeniem patrzeć na nawet Evernote’a – którego używałem do tworzenia i przechowywania notatek oraz Things’y – ukochaną do tej pory aplikację do pilnowania wszelkiego rodzaju zadań. Zaczęła też wkurzać mnie okrutnie czarna, mocno produktywna i jeszcze bardziej nudna – tapeta w telefonie. Na dokładkę, okazało się, że za kilka tygodni kończy działalność moja ulubiona aplikacja do obsługi maili – Newton, której akurat nie chciałem się pozbywać – ale tu los zdecydował za mnie. Firma, która jakiś czas wcześniej kupiła Newtona, zwyczajnie przestawała istnieć… pięknie to pasowało do mojej sytuacji i zachęcało do kolejnych zmian.

Tym sposobem, zostałem właściwie z niczym. Zakwestionowałem i usunąłem prawie każdy element mojego systemu produktywności. Pozbyłem się większości aplikacji, dzięki którym śledziłem moją codzienność i tym, które pomagały mi organizować życie. I byłem z tego powodu bardzo zadowolony.

Nagle poczułem się taki wolny… idąc na zakupy nie musiałem zapisywać ile wydałem pieniędzy, nie musiałem sprawdzać co kupić. Chodząc po targowisku właściwie nie wyciągałem telefonu. Wow, to było bardzo dziwne uczucie… I bardzo mi się podobała taka wolność. Byłem psychicznie wyzwolony, jak więzień, który po latach odsiadki opuścił więzienie. A do tego okazało się, że wiele miesięcy śledzenia wydatków i kupowania rzeczy zgodnie z zaplanowaną listą zakupów, wykształciły we mnie bardzo fajne i trwałe nawyki, dzięki którym nie kupowałem już bzdur i nie wydawałem więcej niż potrzeba. A nawet gdybym się zapomniał, to na targu i tak płacę wyłącznie gotówką – a tej zabierałem na zakupy dokładnie tyle samo co wcześniej, czyli tyle, ile potrzeba za zrobienie właściwych zakupów. Pięknie, poczułem się nauczony! A jednocześnie wdzięczny sobie za to, że przez tyle miesięcy się tego wszystkiego uczyłem. Podobnie było w innych obszarach mojego życia: na przykład z wodą. Kiedyś postanowiłem, że będę śledził dzienne spożycie wody – oczywiście po to, aby nauczyć się jej pić więcej w ciągu dnia. Wiele miesięcy zapisywania każdej wypitej szklanki, jak i przypomnienia w aplikacji o tym aby sięgnąć po kolejną, sprawiły, że wyrobiłem w sobie nawyk ciągłego picia. Nie potrzebowałem już przypominajki! Wstawałem rano i sięgałem po butelkę z wodą, siadałem do śniadania i woda już stała, wychodziłem z domu – brałem wodę. I tak dalej. Kolejny dowód na to, że dalsze śledzenie i zapisywanie postępów, nie były mi już potrzebne. I tak w każdym obszarze mojego życia. Życia, które do tej pory tak skrupulatnie śledziłem. Nie potrzebowałem już samokontroli. Byłem wolny!

Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. V“.