Bunt maszyn cz. V. Nowy przyjaciel

Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I”, “Bunt maszyn cz. II”, Bunt maszyn cz. III”, Bunt maszyn cz. IV.

Gdy porzuciłem cały mój dotychczasowy system, byłem trochę jak taka zbłąkana dusza, która nie bardzo wiedziała co ze sobą począć. Cieszyłem się wolnością, jaką sobie zafundowałem, ale wiedziałem, że na dłuższą metę to się nie może udać. Zbyt dużo ważnych spraw miałem na głowie, aby pozwolić sobie na brak systemu do zarządzania nimi. Potrzebowałem rozwiązań. Nie był to pierwszy raz, gdy tak dużo się działo w moim obszarze produktywności. Już kiedyś się zbuntowałem. Raz. Pamiętam, że znalazłem sobie wtedy nieoczekiwanego przyjaciela. Kogoś, kto szybko i podstępnie zagospodarował moją złość i zaproponował nowy porządek. Skusił mnie tym, że posiadał wszystkie odpowiedzi, miał zaplanowany każdy kolejny krok. Nazywał się Microsoft.

Jako użytkownik iPhone’a, iPada, Maca i wielu innych produktów Apple, niezbyt często mam do czynienia z przedmiotami czy programami firm spoza ekosystemu tej firmy – w szczególności tych od Microsoftu. Co najwyżej zdarzy mi się od czasu do czasu otworzyć Worda, gdy otrzymam od klienta dokument tego programu. W przeszłości, gdy używałem jeszcze PC’ów, bardzo lubiłem Windowsa, chwaliłem też sobie cały pakiet Office. Nie było wtedy na rynku aż tylu produktów Microsoftu co dzisiaj, ale też nie przypominam sobie, abym jak inni marudził na te już dostępne. Gdy jednak kupiłem pierwszego Maca – wszystko się zmieniło. Wszedłem w świat Apple i nie oglądałem się za siebie. Pokochałem ten minimalistyczny, dopracowany styl produktów i usług, jakie wychodziły z Cupertino. Uwielbiałem je za płynność działania, prostotę i dopracowanie szczegółów. Jednak nadal wychodziłem z założenia, że Microsoft ma swój – całkiem dobrze działający, i tak samo kompletny – ekosystem. A teraz, gdy zakwestionowałem większość rzeczy z mojego dotychczasowego systemu produktywności, oferta konkurenta Apple wydała mi się całkiem interesująca. Po pierwsze, Microsoft nie był już firmą, która wymagała używania PC’ta. Wszystkie znaczące aplikacje dostępne były już również na używane przeze mnie urządzenia Apple. Po drugie, oferta Microsoftu w dużej części była już oparta o usługi internetowe. Używany rodzaj komputera, czy systemu operacyjnego, miał dzięki temu jeszcze mniejsze znaczenie. Komputer z Windowsem tak samo dobrze pasował, co ten z MacOS. Po trzecie: rozwiązania Microsoftu wydawały się tak bardzo kompletne. Gigant z Redmond pomyślał o wszystkim. Oferował zaawansowane narzędzia, urządzenia i usługi, które wspaniale łączyły się ze sobą i zaspokajały każdy aspekt pracy z komputerem. Było to dla mnie, w tamtym momencie, jak znalezienie oazy idąc spragniony przez pustynię. Jestem wręcz zdania, że Apple i Microsoft to jedyne dwie firmy na rynku, których ekosystemy są tak kompletne – a ten drugi wachlarzem swych usług nawet wyprzeda firmę z jabłuszkiem. Zwróciłem więc swoją uwagę w tę stronę.

Na świecie dużo się działo z powodu koronawirusa, ja jednak miałem trochę czasu, w końcu wszystkie biznesy w Polsce – poza tymi z branży medycznej – stanęły. Mogłem szukać, eksperymentować, popełniać błędy. I wtedy sięgnąłem po pierwszy produkt mojego nowego przyjaciela: Office 365 (który zmieniał w tamtym momencie nazwę na dużo bardziej pasującą – Microsoft 365).

Pomijając aspekt zmiany systemu produktywności – który aktualnie bardzo mnie interesował – okazało się, że mogłem zaoszczędzić całkiem sporo pieniędzy! Przede wszystkim i tak od dawna co miesiąc płaciłem za Office’e 365, który dawał mi dostęp do Worda, Excela, ale i chmury, w której mogłem przechowywać pliki – spokojnie mogłem więc zrezygnować z Dropboxa, na którego przeznaczałem całkiem niemało pieniędzy. Miałem też dostęp do jednej z najlepszych aplikacji do notatek na rynku – OneNote, dzięki czemu mogłem zrezygnować z płacenia za Evernote’a. Był kalendarz, zadania, poczta Outlook, do której jak się okazało, mogę również podpiąć swoją domenę – co, nawiasem mówiąc, nie jest możliwe w Gmailu dla zwykłych użytkowników, czy poczcie iCloud od Apple. Ładnie to wszystko wyglądało. Po wykonaniu szybkich wyliczeń wyszło mi, że jedną usługą Microsoftu, za którą i tak płacę i będę dalej płacił (subskrypcją dzielę się z Ewą i moją starszą córką, które potrzebują jej w pracy i w szkole), mogłem zastąpić pięć innych, za które to płaciłem do tej pory osobno i sporo więcej niż wychodziło za sam Office. „Świetnie!” – pomyślałem. Na tym etapie byłem już zdecydowany na przejście, należało tylko wytyczyć ścieżkę zmian.

Każdego dnia coraz bardziej zagłębiałem się w zakamarki usługi Office 365, cieszyłem się przy tym jak dziecko – w końcu tak lubię eksplorować nowe narzędzia. Zmiany w systemie produktywności, jakie sobie zaserwowałem, zainspirowały mnie również do kilku innych ruchów, na które miałem ochotę już od dłuższego czasu, na przykład zmian nazw: mojego bloga i firmy. Byłem na fali upraszczania wszystkiego co mnie otacza, więc fajnie byłoby to wszystko odpowiednio nazywać. Przez krótką chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie zmienić nazwy firmy na dokładnie tą samą, która widnieje w nagłówku mojego bloga. Ta myśl na szczęście szybko upadła – wyobraziłem sobie, jak tłumaczę kolejnemu klientowi, dlaczego moja firma nazywa się „Fajne Życie” a na firmowej stronie www mam artykuły zupełnie niezwiązane z tym, czym co dla niego wykonuję. Postanowiłem więc, że firma i blog będą miały oddzielne strony, osobne nazwy, ale jednocześnie musi je coś łączyć. Wtedy w mojej głowie pojawiła się całkiem Fajna myśl…

Ten artykuł jest piątym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Kolejna część ukaże się już niebawem!

Bunt maszyn cz. IV. Wolność

Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I”, “Bunt maszyn cz. II”, Bunt maszyn cz. III”.

Śledzenie czasu zakończyłem w ciągu paru chwil. Po prostu skasowałem tą cholerną aplikację, a razem z nią inne: do mierzenia ile wody wypijałem w ciągu dnia, tą do śledzenia wydatków, spożytych kalorii, aplikację dziennika, listy zakupów, śledzenia nawyków… normalnie zrobiłem czystkę w telefonie usuwając wszystko co nawinęło mi się pod kasujący palec. Zniknęły też moje skróty, które krok po kroku podpowiadały mi każdego wieczora i co rano jak działać, aby jak najlepiej przejść przez daną porę dnia, porzuciłem plan mojego ukochanego Miracle Morning! Na fali złości wywalałem co tylko mogłem – czułem przy tym, jak rozpada się mój cały, wypracowany przez wiele miesięcy, system. Od teraz wszystko miało być spontaniczne.

Nastrój zmian był tak duży, że zacząłem z obrzydzeniem patrzeć na nawet Evernote’a – którego używałem do tworzenia i przechowywania notatek oraz Things’y – ukochaną do tej pory aplikację do pilnowania wszelkiego rodzaju zadań. Zaczęła też wkurzać mnie okrutnie czarna, mocno produktywna i jeszcze bardziej nudna – tapeta w telefonie. Na dokładkę, okazało się, że za kilka tygodni kończy działalność moja ulubiona aplikacja do obsługi maili – Newton, której akurat nie chciałem się pozbywać – ale tu los zdecydował za mnie. Firma, która jakiś czas wcześniej kupiła Newtona, zwyczajnie przestawała istnieć… pięknie to pasowało do mojej sytuacji i zachęcało do kolejnych zmian.

Tym sposobem, zostałem właściwie z niczym. Zakwestionowałem i usunąłem prawie każdy element mojego systemu produktywności. Pozbyłem się większości aplikacji, dzięki którym śledziłem moją codzienność i tym, które pomagały mi organizować życie. I byłem z tego powodu bardzo zadowolony.

Nagle poczułem się taki wolny… idąc na zakupy nie musiałem zapisywać ile wydałem pieniędzy, nie musiałem sprawdzać co kupić. Chodząc po targowisku właściwie nie wyciągałem telefonu. Wow, to było bardzo dziwne uczucie… I bardzo mi się podobała taka wolność. Byłem psychicznie wyzwolony, jak więzień, który po latach odsiadki opuścił więzienie. A do tego okazało się, że wiele miesięcy śledzenia wydatków i kupowania rzeczy zgodnie z zaplanowaną listą zakupów, wykształciły we mnie bardzo fajne i trwałe nawyki, dzięki którym nie kupowałem już bzdur i nie wydawałem więcej niż potrzeba. A nawet gdybym się zapomniał, to na targu i tak płacę wyłącznie gotówką – a tej zabierałem na zakupy dokładnie tyle samo co wcześniej, czyli tyle, ile potrzeba za zrobienie właściwych zakupów. Pięknie, poczułem się nauczony! A jednocześnie wdzięczny sobie za to, że przez tyle miesięcy się tego wszystkiego uczyłem. Podobnie było w innych obszarach mojego życia: na przykład z wodą. Kiedyś postanowiłem, że będę śledził dzienne spożycie wody – oczywiście po to, aby nauczyć się jej pić więcej w ciągu dnia. Wiele miesięcy zapisywania każdej wypitej szklanki, jak i przypomnienia w aplikacji o tym aby sięgnąć po kolejną, sprawiły, że wyrobiłem w sobie nawyk ciągłego picia. Nie potrzebowałem już przypominajki! Wstawałem rano i sięgałem po butelkę z wodą, siadałem do śniadania i woda już stała, wychodziłem z domu – brałem wodę. I tak dalej. Kolejny dowód na to, że dalsze śledzenie i zapisywanie postępów, nie były mi już potrzebne. I tak w każdym obszarze mojego życia. Życia, które do tej pory tak skrupulatnie śledziłem. Nie potrzebowałem już samokontroli. Byłem wolny!

Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. V“.

I am Jeff Perry

Obserwuję w Internecie wiele osób, i chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć o jednej z nich: poznajcie Jeffa Perry’ego – czasem blogera, czasem podcastera, człowieka, który swoim niezdecydowaniem, wątpliwościami i brakiem konsekwencji, uczy mnie do czego prowadzi brak wizji życiowej. Jeffa odnalazłem kilka lat temu – choć będzie to raczej bliżej dwóch lat niż pięciu – w momencie, gdy w wyszukiwarce podcastów Apple wpisałem słowo „iPad”. Szukałem podcastów, dzięki którym mógłbym lepiej poznać mój ulubiony tablet od Apple, nie bez znaczenia był też fakt, że zwyczajnie lubię słuchać audycji technologicznych. Jako jedna z opcji wyskoczyła mi wtedy niebieska okładka podcastu A Slab of Glass, w którym Jeff, razem z Chrissem Laweley’em opowiadali jak w swoim życiu wykorzystują iPady. Dokładnie tego szukałem, choć rozmowy Panów nie od razu przypadły mi do gustu. Postanowiłem jednak dodać nowy tytuł do mojej listy zasubskrybowanych audycji, w końcu Panowie omawiali temat ktory tak lubię. Rozmawiali jak używają iPadów jako swoich głównych komputerów, o produktywności związanej z pracą na tablecie, o aplikacjach, sprzęcie, akcesoriach. I wszystko było fajnie, pięknie, do czasu aż pewnego dnia zobaczyłem wiadomość Jeffa na Twitterze, że… pozbył się swojego iPada.

Swoją decyzję uzasadnił tym, że od dawna i tak go nie używał, a tak na prawdę to chyba nawet za bardzo go nie lubił…

(😳) „Wow! Dziwne!” – pomyślałem. „Bardzo dziwne!”

Panowie na szczęście postanowili dalej nagrywać podcast, przekształcając go w show o tematyce z pogranicza produktywności, aplikacji z iPadów, iPhonów i Maców. Podcast zaczął się naturalnie zmieniać – co było nieuniknione po decyzji Jeffa, ja jednak nadal widziałem w nim jakąś wartość, wciąż lubiłem słuchać tych rozmów, choć pojawiały się one coraz bardziej nieregularnie. Chris, drugi z prowadzących, jest totalnym przeciwieństwem Jeffa. Zagorzały fan pracy na iPadzie, jak i samego tabletu, nie zmienia zbyt często zdania, trzyma się swoich racji i wręcz uważa każdego, kto ma inne zdanie – za (bardzo delikatnie mówiąc) kogoś, kto jest w bardzo poważnym błędzie. Nie raz dogryzał Jeffowi z powodu jego decyzji o pozbyciu się iPada. Chris prowadzi kanał na YouTubie, w którym, podobnie jak w podcaście, opowiada o iPadach, aplikacjach i produktywnóści. Razem z Jeff’em tworzą dość śmieszny duet a ja – w sumie bardzo ich lubię.

Ale wracając do Jeffa. Jego nagłe porzucenie iPada bardzo mnie zaciekawiło. Zacząłem baczniej obserwować jego poczynania w internecie. Okazało się, że Jeff prowadził też bloga. Jednego. Potem drugiego. Trzeciego. Czwartego… Sam już nie wiem ile ich miał. Pewnie pomyślicie: człowiek orkiestra? Niestety nie do końca. Tak na prawdę, był to jeden i ten sam blog, tylko Jeff niezwykle często zmieniał jego nazwy, domeny i wygląd, a nawet platformę na której jego blog jest uruchomiony – mniej więcej co kilka tygodni, miesięcy, przewracał wszystko do góry nogami. I gdy już wydawało się, że w końcu coś zaczyna mu wychodzić – przekreślał wszystko grubą kreską i zaczynał od zera. W momencie gdy kończę ten wpis, blog Jeffa nazywa się po prostu Jeff Perry, choć ja najbardziej lubiłem tą przedostatnią – „I am Jeff Pery” – była zdecydowanie najlepsza, a dlaczego tak uważam – zrozumiecie za chwilę.

Poza nazwami swoich blogów, Jeff uwielbiał zmieniać inne rzeczy – na przykład serwer, na którym jego blog się znajduje. Lub technologię, w której jest wykonany. Jeff rozpoczął też wydawanie newslettera – nazwał go „Clicked” i wysłał… kilka numerów, chyba 3 albo 4. W międzyczasie ponownie kupił sobie iPada, dzięki czemu podcast „A slab of glass” wrócił na dawną ścieżkę tematyczną. Musicie wiedzieć, że ja nie opowiadam o ostatnich dziesięciu latach jego działalności, opisuję raczej okres kilku, może kilkunastu miesięcy.

Jeff jest dla mnie przykładem osoby, która ma pewien problem. Poważny problem z decyzjami. Podejmuje ich zbyt wiele i nie potrafi trzymać się jednej. Nie daje sobie szansy na sukces, co chwilę wymazując to, co robił wczoraj. Uruchomił bloga, a gdy jego praca przyniosła pierwsze pozytywne efekty – wszystko zburzył i zaczął ustawiać cegły totalnie od zera. Rozpoczął wysyłanie newslettera – całkiem fajnego, lubiłem poczytać o jego przemyśleniach – ale po kilku numerach wszystko się nagle skończyło. Jeff często zmienia zdanie. A może po prostu go nie ma?

Jednak paradoksalnie ta właśnie rzecz wyróżnia go z pośród innych: zmiana. Wyróżnia – w jakimś stopniu na plus. A gdy nazwał swój blog: „I am Jeff Pery”, zacząłem totalnie inaczej na to wszystko patrzeć. Jeff stał się dla mnie ostrzeżeniem i wręcz wzorem – choć takim w odwrotnym tego słowa znaczeniu. Właściwe tu pewnie będzie sformułowanie „antywzór”. Jeff uczy mnie, że nie można skakać z kwiatka na kwiatek, bo w ten sposób sam sobie przekreślam szansę na jakikolwiek sukces. Pokazuje mi, aby trzymać się tego w co zainwestowałem już swój czas, by zwyczajnie go nie marnować. I w trudnych momentach, gdy mam wyjątkowo dużo pracy – a często patrzę na niego w kontekście mojego bloga – gdy nie chce mi się nagrywać kolejnego odcinka podcastu, gdy nie wiem co napisać w newsletterze, mówię sam do siebie: I am Jeff Pery. I to zazwyczaj pomaga.

Gdybyście nie mogli uwierzyć w to wszystko co napisałem powyżej, to oto tweet, który Panowie Jeff i Chris wrzucili kilka dni temu na Twittera:

Hey guys, we’re ending A Slab of Glass for now. No Jeff and Chris aren’t fighting about what computer can do real work. But we’re taking a break for now. Thank you all for listening, it’s been an awesome ride!

https://twitter.com/aslabofglass/status/1281020977778814976?s=21

Pomyślałem sobie, że na koniec napiszę jeszcze kilka słów do samego Jeffa, na wypadek, gdyby kiedyś – jakimś cudem – trafił na mój wpis:

By The way, Jeff, if you ever read this post, don’t be angry. Your story, blog, podcast help me a lot, despite the fact that you would probably want to help in a different way. Thanks man for not being perfect!

Ciężkie powroty? Nowe nawyki?

Dzień dobry! Zastanawiam się ostatnio dość intensywnie nad nawykami – głównie tymi dobrymi. Co musi się wydarzyć, aby porzucić taki nawyk? Czy łatwo jest później wrócić? W końcu zawsze porzucamy je z jakiegoś powodu. A im ważniejszy w naszym życiu jest taki nawyk, tym i ważniejszy jest powód dla którego go porzucamy. Czy więc gdy zniknie powód porzucenia nawyku, jest szansa, aby z powodzeniem powrócić?

No właśnie, co powinno się wydarzyć, aby z sukcesem powrócić do robienia ulubionej czynności? A może nie powinno się nawet próbować?

Te pytania nie bez powodu siedzą mi w ostatnio w głowie. Moja codzienność nigdy nie była zamknięta w sztywnych ramach, ale zawsze towarzyszyły mi różne „stałe”, których się trzymałem. Z resztą nie chodzi tylko o nawyki, pomagało mi wiele innych rzeczy: moje notatki, zadania, dziennik… Dzięki nim łatwiej było przejść przez każdy kolejny dzień.

Na początku tego roku wybrałem się na spotkanie z czytelnikami jednego z moich ulubionych blogów o produktywności. Jedna z osób tam obecna przywitała mnie wtedy słowami: „O,, Grzegorz, To Ty jesteś tym mistrzem produktywności.”

Pamiętam moje zdziwienie a zarazem zakłopotanie w tamtej chwili. Wiem, że jestem w miarę dobrze zorganizowaną osobą, ale nigdy nie uważałem się za kogoś, kogo można by nazwać „mistrzem produktywności”, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że zawsze występuję w roli tego niedouczonego i poszukującego… Okazało się, że powodem dla którego zostałem tak okrzyknięty, był mój mocno rozbudowany i bardzo restrykcyjny „scenariusz” porannego rytuału. Używałem wtedy aplikacji „Skróty” w moim iPhonie, która pomagała mi iść krok po kroku przez każdy element poranka. Okazało się, że niektórym się to bardzo spodobało.

W ostatnich miesiącach mocno zmieniłem bardzo wiele z moich mocno pożytecznych nawyków, kilka takich, które przez długi czas uważałem za wręcz podstawowe, jak właśnie nawyk związany z porannym rytuałem. Zacząłem przykładać większą wagę do jednych rzeczy, a odpuściłem inne, które wcześniej były dla mnie mega ważne. Jest to związane z buntem maszyn, który niedawno przechodziłem.

Minęły miesiące i zaczynam widzieć minusy tych zmian – i zastanawiam się jak wrócić. Chcę powrotu stabilizacji, chcę znowu mocniej pracować nad sobą. Ale czy muszę porzucić nowe przyzwyczajenia, aby sięgnąć ponownie do tych starych? A może uda mi się jakoś zmiksować to wszystko i stworzyć coś zupełnie nowego? Lepszego? Właśnie na te pytania poszukam odpowiedzi w rozpoczynającym się tygodniu.

A Ty o czym będziesz myślał?

Bunt maszyn cz. III. Zmęczenie

Ten artykuł jest trzecim z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I” i “Bunt maszyn cz. II“.

Śledzenie czasu ma sens tylko, jeżeli zebrane dane w jakiś sposób analizujemy a następnie wyciągamy z tego wnioski. Może ono jednak mieć również duże znaczenie w zmianie zachowań, jeżeli w czasie rzeczywistym pomaga dokonywać nam tych właściwych wyborów. To znaczy: jeżeli siadasz na kanapie z zamiarem wyciągnięcia telefonu i przeglądania facebooka, i świadomość, że musisz jednocześnie włączyć timer o nazwie „marnowanie czasu” sprawi, że wybierzesz zamiast tego książkę – wtedy takie monitorowanie przynosi pozytywne efekty nawet bez późniejszej analizy zbieranych danych. I właśnie z tej drugiej opcji chciałem korzystać śledząc każdą minutę mojego dnia (jak i nocy). Stało to jednak w sprzeczności z dość rozbudowaną listą kategorii, w które wstawiałem każdą z czynności. Były te oczywiste, jak „praca”, „dzieci”, „dom”, „dojazdy” czy „sen”, ale śledziłem również „czytanie”, „pisanie”, „naukę”, „ćwiczenia” i ”wyjścia na spacery z psem”. Na samym końcu były jeszcze dwie, które – jak cały pomysł śledzenia – zapożyczyłem od Dominika: „odpoczynek niskiej jakości” i „odpoczynek wysokiej jakości”. Do pierwszej z nich wrzucałem między innymi wszystkie impulsywne wejścia na Twittera czy Facebooka, wciągnięcie się w wir filmów na YouTubie czy choćby leżenie na kanapie i przeszukiwanie sklepu z aplikacjami w poszukiwaniu nowych narzędzi mających poprawić moją produktywność. Do drugiej wrzucałem wszystkie zaplanowane wcześniej czynności związane z odpoczynkiem – nawet jeżeli związane były one z mediami społecznościowymi, oglądaniem filmów, czy zwykłym leżeniem i patrzeniem w sufit. Do tej kategorii należały też wszystkie przerwy od pracy związane z techniką pomodoro, z którą czasem pracuję. Czyli krótko mówiąc, zaplanowny wcześniej odpoczynek trafiał do „+”, a ten niezaplanowany do „–”.

Te dwie, niby dość proste, kategorie sprawiały mi jednak najwięcej problemów. Wiedziałem jednak, że są najbardziej znaczące dla mojego procesu śledzenia czasu. Bez późniejszej analizy zbieranych danych, ich śledzenie miało największy sens. Pozostałe miałby znaczenie, jeżeli patrzyłbym na cały proces z perspektywy czasu – wtedy mógłbym sprawdzać, czy nie przeznaczam zbyt dużej ilości czasu na pracę a zbyt małej na zabawę z dziećmi czy wyjścia z Pitatem. Jednak musiałbym mieć dane z – co najmniej – kilku tygodni i dokładnie je przeanalizować, nakładając najlepiej na spisane wcześniej założenia w postaci na przykład mojej wizji życiowej. To brzmiało jak bardzo dużo pracy, której nie chciałem na siebie brać. Potrzebowałem jedynie dokonywać właściwych wyborów w czasie rzeczywistym, a do tego wystarczyłyby mi tak na prawdę tylko dwie kategorie: „+” i „–”, którymi mógłbym oznaczać momenty, w których wykorzystuję czas tak, jak chciałbym aby był wykorzystywany (+) oraz czas zmarnowany (–). To jednak spowodowałoby, że włączałbym rano licznik z „+”, siadał do mojego Miracle Morning, a następnie na resztę dnia o nim zapominał. Poranki są bowiem najlepiej wykorzystywanym przeze mnie czasem w ciągu całego dnia, piszę, medytuję, jem śniadanie, planuję dzień, wychodzę z psem na spacer, budzę dzieci… przez całe godziny żył bym „na plusie” i totalnie zapominał o tym, aby przełączać się „na minus” w chwilach słabości. Śledzenie czasu umarłoby śmiercią naturalną. Rozdzielałem więc mój czas na wszystkie dwanaście kategorii, które przyjąłem na początku, zdając sobie jednocześnie sprawę z małego sensu mojego działania. I gdy po miesiącu uświadomiłem sobie, że śledzenie w ten (jakże niepełny) sposób czasu jest jego największym marnowaniem, które w całości mogłoby trafić do kategorii „–”, poczułem się sobą bardzo rozczarowany i niezwykle zmęczony…

Ten artykuł jest trzecim z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. IV“.

Kawa z mlekiem

Siedzę sobie i piszę. Koło mnie stoi pyszna kawa. Wróciła do mnie po 7 dniach.

Tydzień temu, w poniedziałek, postanowiłem nauczyć się pić kawę bez mleka i cukru. Przez siedem dni próbowałem na różne sposoby przekonać siebie samego, że jest to dla mnie lepsze, zdrowsze i smaczniejsze rozwiązanie, niż moja tradycyjna kawka z małą łyżką mleka i odrobiną cukru…

Początki były dość słabe – pierwsza, poniedziałkowa „mała czarna” nie wypadła zbyt dobrze. Nowy smak nie przypadł mi do gustu. Pomyślałem, że może niepotrzebnie rezygnuję jednocześnie z cukru i mleka – może bez jednej z tych rzeczy byłoby łatwiej?

Nie chciałem jednak za szybko się poddawać – na prawo i lewo szukałem wskazówek co zrobić, aby poprawić smak mojej nowe-starej kawy. Dowiedziałem się na przykład, że warto ją pić, gdy jest jeszcze gorąca – kawa z mlekiem jest przepyszna, gdy lekko przestygnie, więc byłem przyzwyczajony do zupełnie czegoś innego. Zgodnie z Waszą sugestią zamieniłem też kubek na filiżankę, co paradoksalnie okazało się jedną z najlepszych rad, choć nie wpływało bezpośrednio na smak kawy.

Wszystkie te rady i owszem, pomogły, kolejne dni były już nieco lepsze niż ten pierwszy. Ale wiecie co? Cały ten tydzień dostarczył mi sporo przemyśleń na podstawie których doszedłem do jednego wniosku:

Chrzanić to! Ta poranna mleczna i słodka kawa to moje codzienne mikroszczęście i nie zamierzam z niego rezygnować.

Zamiast porzucić to, co na początku wydawało się niewłaściwe, zrozumiałem, że te dwa dodatki – cukier i mleko – są wręcz niezbędnym elementem mojego Miracle Morning. Zwykła, czarna kawa straciła dla mnie swój sens – stała się jedynie środkiem do pobudzenia, a przecież ja nie cierpię tego efektu! Wręcz uważam to za wadę kawy… Piję ją tylko i wyłącznie dla smaku – a właściwie to piłem, ponieważ postanowiłem się tego smaku pozbawić. Dlatego też do tej pory pijałem rano zwykłą kawę, a później w ciągu dnia jej wersję zbożową – po prostu lubię kawę za jej smak, ale tylko gdy jest „wzbogacony” cukrem i mlekiem. Stanąłem więc przed wyborem: powrócić do picia kawy w wersji pierwotnej, albo całkowicie z niej zrezygnować. I postawiłem na opcję numer jeden.

Wszystko wróciło do normy.

Moje poranki są znowu bardzo do siebie podobne. Czasem śmieję się sam z siebie, gdy pomyślę jak bardzo są jednostajne i monotonne. Przychodzi zawsze moment, w którym wstawiam wodę w czajniku i zaczynam przygotowywać mój ulubiony, poranny napój. Nie ma tu miejsca na przypadek. Biorę młynek oraz ulubioną kawę. Biorę zawsze tyle samo ziaren (nie, nie liczę ich, ale używając codziennie takiej samej łyżki i jestem w stanie to ocenić), mielę 15 sekund, wsypuję do zaparzacza i odstawiam. Do kubka wskakuje mała łyżeczka cukru trzcinowego. Obok czeka już ulubione mleko. Najmniejsza zmiana, choć jednego z tych elementów, sprawia, że cała kawa ląduje w zlewie… wszystko musi być idealnie…

Ale ja za tym tęskniłem! 🙂

Bunt maszyn cz. II. Czas

Ten artykuł jest drugim z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednią część, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn”.


Nie jestem do końca pewien czy sytuacja związana z koronawirusem, strachem, zamknięciem i siedzeniem w domu miała decydujący wpływ na zmiany jakie u mnie nastąpiły, ale z pewnością była jednym ważnych z katalizatorów tych zmian.

Cała historia rozpoczyna się 25-go stycznia, także jeszcze długo przed ogólnonarodowym „zamknięciem”, gdy – za namową Dominika Juszczyka – postanowiłem zacząć śledzić każdą minutę mojego dnia. Dominik przesyła w każdą sobotę rano, do osób zapisanych na jego listę mailingową, swoje przemyślenia z ostatniego tygodnia – w formie newslettera. Bardzo lubię usiąść sobie w fotelu z kawą po domowym, rodzinnym śniadaniu i poczytać co u niego słychać. Zawsze znajdę tam jakąś wskazówkę co mogę poprawić w moim życiu. 🙂

W wiadomość z 25-go Dominik opisał dość dokładnie, w jaki sposób mierzy, zlicza i kategoryzuje wszystko co robi. Dla większości ludzi pewnie nie jest zbyt interesujący temat, nie jeden uzna to za spore wariactwo, jednak dla mnie ten mail okazał się być bardzo interesujący, wręcz muszę powiedzieć, że pomysł ten trafił na bardzo podatny grunt. Sam od wielu miesięcy myślałem o czymś podobnym. Nie raz z zazdrością słuchałem jak CGP Grey, jeden z prowadzących Podcast Cortex, opowiada jak zapisuje każdą chwilę swojego życia i korzyściach jakie z tego wynosi. Widziałem jednak, że aby z sukcesem takie śledzenie wdrożyć w życie, muszę to bardzo dokładnie przemyśleć i zaplanować. Jednak mail Dominika, i jego dość szczegółowy opis, sprawiły, że pomyślałem: nie ma na co czekać, robię to! Teraz! Już!

Aby szybko rozpocząć tak dokładne śledzenie czasu, należy zwrócić uwagę przynajmniej na dwie rzeczy z tym związane: kategorie w które można włożyć codzienne czynności i narzędzia do mierzenia czasu. Pierwsza z tych rzeczy nie było trudna, Dominik w mailu ze stycznia opisał dokładnie kategorie, które wybrał dla siebie – postanowiłem więc na początek użyć takiej samej listy i modyfikować ją już w trakcie śledzenia. Druga część przygotowań wymagała już poświęcenia czasu, ale dotyczyła narzędzi, mojego ulubionego tematu – z przyjemnością więc się do niej zabrałem. Po pierwsze: wiedziałem, że do mierzenia chcę używać telefonu, musiałem więc tylko wybrać odpowiednią aplikację, do której wpiszę wybrane wcześniej kategorie i w której będę mógł robić zapiski. Na co dzień, w pracy, używam usługi Toggl do mierzenia czasu pracy na potrzeby rozliczeń z klientami. Znam ją bardzo dobrze, postanowiłem więc użyć tego samego rozwiązanie do mierzenia pozostałej części mojego życia. Sięgnąłem też po jeszcze jedną aplikację – Timery, która jest swego rodzaju nakładką na usługę Toggl, ale ma znacznie przyjemniejszy i bardziej praktyczny interfejs. I tym wyborem zakończyłem moje przygotowania. Teraz wystarczyło tylko włączyć przycisk „śledź czas” i już go więcej nie wyłączać…

Co działo się dalej – opowiem następnym razem 🙂


Ten artykuł jest drugim z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. III“.

A może bez cukru? A może bez mleka?

Wstaję dość wcześnie rano i jednym z moich codziennych nawyków jest wypicie przepysznej kawy. Z mlekiem. Z cukrem. Nawet, gdy zdarzy mi się czasem zaspać, i muszę pominąć kilka porannych czynności aby nadrobić trochę dnia – z kawy zazwyczaj nie rezygnuję. Niestety nieodłącznym elementem tego nawyku są właśnie mleko i cukier – dla wielu niewyobrażalny błąd i całkowicie zbędny dodatek. Nie raz słyszałem, że psuję w ten sposób cały smak kawy. Nie zwykłem rezygnować z przyjemności tylko ze względu na gust innych, ale inaczej sprawa się ma, gdy chodzi o względy zdrowotne. A takie pojawiają się, gdy w grę wchodzi na przykład cukier.

Od jakiegoś czasu nie używamy w domu białego cukru, jedynie brązowy, trzcinowy. Nie zmienia to jednak faktu, że to nadal jest cukier. Zbędny dodatek. Tak? Zjadam go wystarczająco dużo na przykład w owocach, których w naszym domu „idzie” niezwykła ilość.

Pomyślałem więc, że mógłbym spróbować zrezygnować z porannej dawki cukru i mleka. Co myślisz? Kawa odzyska dzięki temu swój prawdziwy smak – za który przecież ją kocham – a ja pozbędę się kolejnego składnika, który sztucznie mnie pobudza i ma tak duży wpływ na moje zachowanie.

Będzie to moje wyzwanie na najbliższy tydzień. A za 7 dni zdecyduję, czy chcę pozostać przy porannej kawie bez cukru i mleka. Być może efekt będzie na tyle fajny, że rozszerzę moją cukrową abstynencję? A może kawa stanie się na tyle niedobra, że całkowicie ją odstawię? Najgorsza opcja to powrót do pierwotnej wersji. Tak czy inaczej, w niedzielę podzielę się z Tobą moimi spostrzeżeniami 🙂

A Ty jaki wyzwanie postawisz przed sobą w tym tygodniu?

Bunt maszyn

Ten artykuł jest pierwszym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności.

Raz na jakiś czas, raczej nie częściej niż co kilka lat, rozsypuje się cały mój system produktywności. Po prostu wszystko się wali niczym domek z kart. Okazuje się wtedy, że nie chcę już używać aplikacji do organizacji zadań (bez której do tej pory nie wyobrażałem sobie dnia), że nie mogę patrzeć na aplikację do notatek (która jeszcze wczoraj była dla mnie najlepszym narzędziem na rynku), że irytuje mnie to co muszę i czego nie mogę w skrzynce mailowej, że mój Mac nie jest wcale taki idealny, iPad uniwersalny, że denerwują mnie ograniczenia sprzętowe, kolory, interakcje, że nie chcę już śledzić czasu, ani miliona innych rzeczy – krótko mówiąc: kwestionuję wtedy każdy element systemu. A to oznacza, że nadchodzą ZMIANY.

Przez ostatnie tygodnie przechodziłem właśnie taki proces – bo budowanie nowego systemu nie trwa jeden czy dwa dni, rozciąga się na tygodnie i miesiące. A nazywam ten czas „buntem maszyn”. I w najbliższych tygodniach, w #DzieńDobry, będę Wam o tym opowiadał. Co Ty na to?

Ten artykuł jest pierwszym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. II“.

Nieidealny

Pisząc dzisiejsze #DzieńDobry, nucę pod nosem piosenkę “Małomiasteczkowy” Dawida Podsiadło, która tak dobrze oddaje to, co chcę dzisiaj przekazać. Dawid tylko trochę inaczej ją nazwał.

Jest poniedziałek, zaczynam kolejny tydzień. Z pewnością nie będzie idealny. Zostało mi jeszcze do nadrobienia wiele rzeczy z poprzedniego tygodnia. Miesiąca. Nawet wczorajsze weekly review, które miało określić poziom zaniedbania, nie jest idealne. Nie mówiąc już o dzisiejszym śniadaniu, mało idealne było. Ale spoko, w końcu popiłem je kawą – choć i ta nie wyszła tak na 100%. A swoją drogą, to chyba nie powinienem pić kawy tak wcześnie rano?

Zerkam za okno, pogoda jakaś nie taka. Ale co z tego, skoro i okno niezbyt idealne. Szkoda, gdyby było ładnie, mógłbym popracować na powietrzu, w moim nieidealnym ogrodzie. Zająłbym się moją nieidealną pracą. Byłoby idealnie! Ale wiadomo – nie może być. W południe zrobiłbym przerwę i ugotował nie do końca idealny obiad. A i spacer z psem byłby milszy. Z tym nieidealnym psem. A tak, posiedzę w domu – niezbyt to idealne rozwiązanie. Nawet to “siedzenie” takie nieidealne – w końcu cały czas stoję. Ale też nieidealnie, bo akurat na jednej nodze. Swoją drogą i ta noga mogłaby być idealna, a nie jest. Trochę więcej mięśni by się jej przydało czy coś… Może wezmę się dzisiaj za jakieś ćwiczenia. Jestem początkujący, więc nie muszą być idealne. Chociaż pięć pompek zrobię. Ale takich wiecie, pół-pompek. No i nie pięć, tylko cztery. Ale napiszę, że zrobiłem pięć, choć idealnie byłoby napisać więcej…

Więc stoję i piszę. Ale to moje pisanie… takie mało idealne. Choć niektórzy lubią – ale pewnie i Ci nie są idealni. Pewnie lubią patrzeć na to moje nieidealne życie i cieszyć się, że mają ciut lepiej. Może nawet ktoś odpisze? Byłoby idealnie – więc wiadomo, że będzie cisza.

A jeżeli już chodzi o ciszę, to wolałbym muzykę. Tyle tylko, że wczoraj zapomniałem podłączyć słuchawki do ładowania i dzisiaj muszę czekać aż się naładują… w sumie to pasuje, w końcu od rana i tak nic się nie układa.

Osiwieć można od takiego rozumowania! Ale niektórzy tak właśnie żyją. Znam “takich”. To chyba jest wyjątkowo męczące… A wiecie co? Ja tam kocham każdy z pięciu milionów nieidealnych elementów mojego nieidealnego życia. Dlatego właśnie nazywam je fajnym. Miłego dnia kochani!

5:39 rano. Cholera, inaczej planowałem ten poranek, a mogło być idealnie

A Ty masz swoje fajne życie?
Zostaw mi swój adres, abym czasem mógł do Ciebie napisać – poszukajmy wspólnie fajnego życia 🙂

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.