I am Jeff Perry

Obserwuję w Internecie wiele osób, i chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć o jednej z nich: poznajcie Jeffa Perry’ego – czasem blogera, czasem podcastera, człowieka, który swoim niezdecydowaniem, wątpliwościami i brakiem konsekwencji, uczy mnie do czego prowadzi brak wizji życiowej. Jeffa odnalazłem kilka lat temu – choć będzie to raczej bliżej dwóch lat niż pięciu – w momencie, gdy w wyszukiwarce podcastów Apple wpisałem słowo „iPad”. Szukałem podcastów, dzięki którym mógłbym lepiej poznać mój ulubiony tablet od Apple, nie bez znaczenia był też fakt, że zwyczajnie lubię słuchać audycji technologicznych. Jako jedna z opcji wyskoczyła mi wtedy niebieska okładka podcastu A Slab of Glass, w którym Jeff, razem z Chrissem Laweley’em opowiadali jak w swoim życiu wykorzystują iPady. Dokładnie tego szukałem, choć rozmowy Panów nie od razu przypadły mi do gustu. Postanowiłem jednak dodać nowy tytuł do mojej listy zasubskrybowanych audycji, w końcu Panowie omawiali temat ktory tak lubię. Rozmawiali jak używają iPadów jako swoich głównych komputerów, o produktywności związanej z pracą na tablecie, o aplikacjach, sprzęcie, akcesoriach. I wszystko było fajnie, pięknie, do czasu aż pewnego dnia zobaczyłem wiadomość Jeffa na Twitterze, że… pozbył się swojego iPada.

Swoją decyzję uzasadnił tym, że od dawna i tak go nie używał, a tak na prawdę to chyba nawet za bardzo go nie lubił…

(😳) „Wow! Dziwne!” – pomyślałem. „Bardzo dziwne!”

Panowie na szczęście postanowili dalej nagrywać podcast, przekształcając go w show o tematyce z pogranicza produktywności, aplikacji z iPadów, iPhonów i Maców. Podcast zaczął się naturalnie zmieniać – co było nieuniknione po decyzji Jeffa, ja jednak nadal widziałem w nim jakąś wartość, wciąż lubiłem słuchać tych rozmów, choć pojawiały się one coraz bardziej nieregularnie. Chris, drugi z prowadzących, jest totalnym przeciwieństwem Jeffa. Zagorzały fan pracy na iPadzie, jak i samego tabletu, nie zmienia zbyt często zdania, trzyma się swoich racji i wręcz uważa każdego, kto ma inne zdanie – za (bardzo delikatnie mówiąc) kogoś, kto jest w bardzo poważnym błędzie. Nie raz dogryzał Jeffowi z powodu jego decyzji o pozbyciu się iPada. Chris prowadzi kanał na YouTubie, w którym, podobnie jak w podcaście, opowiada o iPadach, aplikacjach i produktywnóści. Razem z Jeff’em tworzą dość śmieszny duet a ja – w sumie bardzo ich lubię.

Ale wracając do Jeffa. Jego nagłe porzucenie iPada bardzo mnie zaciekawiło. Zacząłem baczniej obserwować jego poczynania w internecie. Okazało się, że Jeff prowadził też bloga. Jednego. Potem drugiego. Trzeciego. Czwartego… Sam już nie wiem ile ich miał. Pewnie pomyślicie: człowiek orkiestra? Niestety nie do końca. Tak na prawdę, był to jeden i ten sam blog, tylko Jeff niezwykle często zmieniał jego nazwy, domeny i wygląd, a nawet platformę na której jego blog jest uruchomiony – mniej więcej co kilka tygodni, miesięcy, przewracał wszystko do góry nogami. I gdy już wydawało się, że w końcu coś zaczyna mu wychodzić – przekreślał wszystko grubą kreską i zaczynał od zera. W momencie gdy kończę ten wpis, blog Jeffa nazywa się po prostu Jeff Perry, choć ja najbardziej lubiłem tą przedostatnią – „I am Jeff Pery” – była zdecydowanie najlepsza, a dlaczego tak uważam – zrozumiecie za chwilę.

Poza nazwami swoich blogów, Jeff uwielbiał zmieniać inne rzeczy – na przykład serwer, na którym jego blog się znajduje. Lub technologię, w której jest wykonany. Jeff rozpoczął też wydawanie newslettera – nazwał go „Clicked” i wysłał… kilka numerów, chyba 3 albo 4. W międzyczasie ponownie kupił sobie iPada, dzięki czemu podcast „A slab of glass” wrócił na dawną ścieżkę tematyczną. Musicie wiedzieć, że ja nie opowiadam o ostatnich dziesięciu latach jego działalności, opisuję raczej okres kilku, może kilkunastu miesięcy.

Jeff jest dla mnie przykładem osoby, która ma pewien problem. Poważny problem z decyzjami. Podejmuje ich zbyt wiele i nie potrafi trzymać się jednej. Nie daje sobie szansy na sukces, co chwilę wymazując to, co robił wczoraj. Uruchomił bloga, a gdy jego praca przyniosła pierwsze pozytywne efekty – wszystko zburzył i zaczął ustawiać cegły totalnie od zera. Rozpoczął wysyłanie newslettera – całkiem fajnego, lubiłem poczytać o jego przemyśleniach – ale po kilku numerach wszystko się nagle skończyło. Jeff często zmienia zdanie. A może po prostu go nie ma?

Jednak paradoksalnie ta właśnie rzecz wyróżnia go z pośród innych: zmiana. Wyróżnia – w jakimś stopniu na plus. A gdy nazwał swój blog: „I am Jeff Pery”, zacząłem totalnie inaczej na to wszystko patrzeć. Jeff stał się dla mnie ostrzeżeniem i wręcz wzorem – choć takim w odwrotnym tego słowa znaczeniu. Właściwe tu pewnie będzie sformułowanie „antywzór”. Jeff uczy mnie, że nie można skakać z kwiatka na kwiatek, bo w ten sposób sam sobie przekreślam szansę na jakikolwiek sukces. Pokazuje mi, aby trzymać się tego w co zainwestowałem już swój czas, by zwyczajnie go nie marnować. I w trudnych momentach, gdy mam wyjątkowo dużo pracy – a często patrzę na niego w kontekście mojego bloga – gdy nie chce mi się nagrywać kolejnego odcinka podcastu, gdy nie wiem co napisać w newsletterze, mówię sam do siebie: I am Jeff Pery. I to zazwyczaj pomaga.

Gdybyście nie mogli uwierzyć w to wszystko co napisałem powyżej, to oto tweet, który Panowie Jeff i Chris wrzucili kilka dni temu na Twittera:

Hey guys, we’re ending A Slab of Glass for now. No Jeff and Chris aren’t fighting about what computer can do real work. But we’re taking a break for now. Thank you all for listening, it’s been an awesome ride!

https://twitter.com/aslabofglass/status/1281020977778814976?s=21

Pomyślałem sobie, że na koniec napiszę jeszcze kilka słów do samego Jeffa, na wypadek, gdyby kiedyś – jakimś cudem – trafił na mój wpis:

By The way, Jeff, if you ever read this post, don’t be angry. Your story, blog, podcast help me a lot, despite the fact that you would probably want to help in a different way. Thanks man for not being perfect!

Ciężkie powroty? Nowe nawyki?

Dzień dobry! Zastanawiam się ostatnio dość intensywnie nad nawykami – głównie tymi dobrymi. Co musi się wydarzyć, aby porzucić taki nawyk? Czy łatwo jest później wrócić? W końcu zawsze porzucamy je z jakiegoś powodu. A im ważniejszy w naszym życiu jest taki nawyk, tym i ważniejszy jest powód dla którego go porzucamy. Czy więc gdy zniknie powód porzucenia nawyku, jest szansa, aby z powodzeniem powrócić?

No właśnie, co powinno się wydarzyć, aby z sukcesem powrócić do robienia ulubionej czynności? A może nie powinno się nawet próbować?

Te pytania nie bez powodu siedzą mi w ostatnio w głowie. Moja codzienność nigdy nie była zamknięta w sztywnych ramach, ale zawsze towarzyszyły mi różne „stałe”, których się trzymałem. Z resztą nie chodzi tylko o nawyki, pomagało mi wiele innych rzeczy: moje notatki, zadania, dziennik… Dzięki nim łatwiej było przejść przez każdy kolejny dzień.

Na początku tego roku wybrałem się na spotkanie z czytelnikami jednego z moich ulubionych blogów o produktywności. Jedna z osób tam obecna przywitała mnie wtedy słowami: „O,, Grzegorz, To Ty jesteś tym mistrzem produktywności.”

Pamiętam moje zdziwienie a zarazem zakłopotanie w tamtej chwili. Wiem, że jestem w miarę dobrze zorganizowaną osobą, ale nigdy nie uważałem się za kogoś, kogo można by nazwać „mistrzem produktywności”, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że zawsze występuję w roli tego niedouczonego i poszukującego… Okazało się, że powodem dla którego zostałem tak okrzyknięty, był mój mocno rozbudowany i bardzo restrykcyjny „scenariusz” porannego rytuału. Używałem wtedy aplikacji „Skróty” w moim iPhonie, która pomagała mi iść krok po kroku przez każdy element poranka. Okazało się, że niektórym się to bardzo spodobało.

W ostatnich miesiącach mocno zmieniłem bardzo wiele z moich mocno pożytecznych nawyków, kilka takich, które przez długi czas uważałem za wręcz podstawowe, jak właśnie nawyk związany z porannym rytuałem. Zacząłem przykładać większą wagę do jednych rzeczy, a odpuściłem inne, które wcześniej były dla mnie mega ważne. Jest to związane z buntem maszyn, który niedawno przechodziłem.

Minęły miesiące i zaczynam widzieć minusy tych zmian – i zastanawiam się jak wrócić. Chcę powrotu stabilizacji, chcę znowu mocniej pracować nad sobą. Ale czy muszę porzucić nowe przyzwyczajenia, aby sięgnąć ponownie do tych starych? A może uda mi się jakoś zmiksować to wszystko i stworzyć coś zupełnie nowego? Lepszego? Właśnie na te pytania poszukam odpowiedzi w rozpoczynającym się tygodniu.

A Ty o czym będziesz myślał?

Bunt maszyn cz. III. Zmęczenie

Ten artykuł jest trzecim z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I” i “Bunt maszyn cz. II“.

Śledzenie czasu ma sens tylko, jeżeli zebrane dane w jakiś sposób analizujemy a następnie wyciągamy z tego wnioski. Może ono jednak mieć również duże znaczenie w zmianie zachowań, jeżeli w czasie rzeczywistym pomaga dokonywać nam tych właściwych wyborów. To znaczy: jeżeli siadasz na kanapie z zamiarem wyciągnięcia telefonu i przeglądania facebooka, i świadomość, że musisz jednocześnie włączyć timer o nazwie „marnowanie czasu” sprawi, że wybierzesz zamiast tego książkę – wtedy takie monitorowanie przynosi pozytywne efekty nawet bez późniejszej analizy zbieranych danych. I właśnie z tej drugiej opcji chciałem korzystać śledząc każdą minutę mojego dnia (jak i nocy). Stało to jednak w sprzeczności z dość rozbudowaną listą kategorii, w które wstawiałem każdą z czynności. Były te oczywiste, jak „praca”, „dzieci”, „dom”, „dojazdy” czy „sen”, ale śledziłem również „czytanie”, „pisanie”, „naukę”, „ćwiczenia” i ”wyjścia na spacery z psem”. Na samym końcu były jeszcze dwie, które – jak cały pomysł śledzenia – zapożyczyłem od Dominika: „odpoczynek niskiej jakości” i „odpoczynek wysokiej jakości”. Do pierwszej z nich wrzucałem między innymi wszystkie impulsywne wejścia na Twittera czy Facebooka, wciągnięcie się w wir filmów na YouTubie czy choćby leżenie na kanapie i przeszukiwanie sklepu z aplikacjami w poszukiwaniu nowych narzędzi mających poprawić moją produktywność. Do drugiej wrzucałem wszystkie zaplanowane wcześniej czynności związane z odpoczynkiem – nawet jeżeli związane były one z mediami społecznościowymi, oglądaniem filmów, czy zwykłym leżeniem i patrzeniem w sufit. Do tej kategorii należały też wszystkie przerwy od pracy związane z techniką pomodoro, z którą czasem pracuję. Czyli krótko mówiąc, zaplanowny wcześniej odpoczynek trafiał do „+”, a ten niezaplanowany do „–”.

Te dwie, niby dość proste, kategorie sprawiały mi jednak najwięcej problemów. Wiedziałem jednak, że są najbardziej znaczące dla mojego procesu śledzenia czasu. Bez późniejszej analizy zbieranych danych, ich śledzenie miało największy sens. Pozostałe miałby znaczenie, jeżeli patrzyłbym na cały proces z perspektywy czasu – wtedy mógłbym sprawdzać, czy nie przeznaczam zbyt dużej ilości czasu na pracę a zbyt małej na zabawę z dziećmi czy wyjścia z Pitatem. Jednak musiałbym mieć dane z – co najmniej – kilku tygodni i dokładnie je przeanalizować, nakładając najlepiej na spisane wcześniej założenia w postaci na przykład mojej wizji życiowej. To brzmiało jak bardzo dużo pracy, której nie chciałem na siebie brać. Potrzebowałem jedynie dokonywać właściwych wyborów w czasie rzeczywistym, a do tego wystarczyłyby mi tak na prawdę tylko dwie kategorie: „+” i „–”, którymi mógłbym oznaczać momenty, w których wykorzystuję czas tak, jak chciałbym aby był wykorzystywany (+) oraz czas zmarnowany (–). To jednak spowodowałoby, że włączałbym rano licznik z „+”, siadał do mojego Miracle Morning, a następnie na resztę dnia o nim zapominał. Poranki są bowiem najlepiej wykorzystywanym przeze mnie czasem w ciągu całego dnia, piszę, medytuję, jem śniadanie, planuję dzień, wychodzę z psem na spacer, budzę dzieci… przez całe godziny żył bym „na plusie” i totalnie zapominał o tym, aby przełączać się „na minus” w chwilach słabości. Śledzenie czasu umarłoby śmiercią naturalną. Rozdzielałem więc mój czas na wszystkie dwanaście kategorii, które przyjąłem na początku, zdając sobie jednocześnie sprawę z małego sensu mojego działania. I gdy po miesiącu uświadomiłem sobie, że śledzenie w ten (jakże niepełny) sposób czasu jest jego największym marnowaniem, które w całości mogłoby trafić do kategorii „–”, poczułem się sobą bardzo rozczarowany i niezwykle zmęczony…

Ten artykuł jest trzecim z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. IV“.

Kawa z mlekiem

Siedzę sobie i piszę. Koło mnie stoi pyszna kawa. Wróciła do mnie po 7 dniach.

Tydzień temu, w poniedziałek, postanowiłem nauczyć się pić kawę bez mleka i cukru. Przez siedem dni próbowałem na różne sposoby przekonać siebie samego, że jest to dla mnie lepsze, zdrowsze i smaczniejsze rozwiązanie, niż moja tradycyjna kawka z małą łyżką mleka i odrobiną cukru…

Początki były dość słabe – pierwsza, poniedziałkowa „mała czarna” nie wypadła zbyt dobrze. Nowy smak nie przypadł mi do gustu. Pomyślałem, że może niepotrzebnie rezygnuję jednocześnie z cukru i mleka – może bez jednej z tych rzeczy byłoby łatwiej?

Nie chciałem jednak za szybko się poddawać – na prawo i lewo szukałem wskazówek co zrobić, aby poprawić smak mojej nowe-starej kawy. Dowiedziałem się na przykład, że warto ją pić, gdy jest jeszcze gorąca – kawa z mlekiem jest przepyszna, gdy lekko przestygnie, więc byłem przyzwyczajony do zupełnie czegoś innego. Zgodnie z Waszą sugestią zamieniłem też kubek na filiżankę, co paradoksalnie okazało się jedną z najlepszych rad, choć nie wpływało bezpośrednio na smak kawy.

Wszystkie te rady i owszem, pomogły, kolejne dni były już nieco lepsze niż ten pierwszy. Ale wiecie co? Cały ten tydzień dostarczył mi sporo przemyśleń na podstawie których doszedłem do jednego wniosku:

Chrzanić to! Ta poranna mleczna i słodka kawa to moje codzienne mikroszczęście i nie zamierzam z niego rezygnować.

Zamiast porzucić to, co na początku wydawało się niewłaściwe, zrozumiałem, że te dwa dodatki – cukier i mleko – są wręcz niezbędnym elementem mojego Miracle Morning. Zwykła, czarna kawa straciła dla mnie swój sens – stała się jedynie środkiem do pobudzenia, a przecież ja nie cierpię tego efektu! Wręcz uważam to za wadę kawy… Piję ją tylko i wyłącznie dla smaku – a właściwie to piłem, ponieważ postanowiłem się tego smaku pozbawić. Dlatego też do tej pory pijałem rano zwykłą kawę, a później w ciągu dnia jej wersję zbożową – po prostu lubię kawę za jej smak, ale tylko gdy jest „wzbogacony” cukrem i mlekiem. Stanąłem więc przed wyborem: powrócić do picia kawy w wersji pierwotnej, albo całkowicie z niej zrezygnować. I postawiłem na opcję numer jeden.

Wszystko wróciło do normy.

Moje poranki są znowu bardzo do siebie podobne. Czasem śmieję się sam z siebie, gdy pomyślę jak bardzo są jednostajne i monotonne. Przychodzi zawsze moment, w którym wstawiam wodę w czajniku i zaczynam przygotowywać mój ulubiony, poranny napój. Nie ma tu miejsca na przypadek. Biorę młynek oraz ulubioną kawę. Biorę zawsze tyle samo ziaren (nie, nie liczę ich, ale używając codziennie takiej samej łyżki i jestem w stanie to ocenić), mielę 15 sekund, wsypuję do zaparzacza i odstawiam. Do kubka wskakuje mała łyżeczka cukru trzcinowego. Obok czeka już ulubione mleko. Najmniejsza zmiana, choć jednego z tych elementów, sprawia, że cała kawa ląduje w zlewie… wszystko musi być idealnie…

Ale ja za tym tęskniłem! 🙂

Bunt maszyn cz. II. Czas

Ten artykuł jest drugim z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednią część, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn”.


Nie jestem do końca pewien czy sytuacja związana z koronawirusem, strachem, zamknięciem i siedzeniem w domu miała decydujący wpływ na zmiany jakie u mnie nastąpiły, ale z pewnością była jednym ważnych z katalizatorów tych zmian.

Cała historia rozpoczyna się 25-go stycznia, także jeszcze długo przed ogólnonarodowym „zamknięciem”, gdy – za namową Dominika Juszczyka – postanowiłem zacząć śledzić każdą minutę mojego dnia. Dominik przesyła w każdą sobotę rano, do osób zapisanych na jego listę mailingową, swoje przemyślenia z ostatniego tygodnia – w formie newslettera. Bardzo lubię usiąść sobie w fotelu z kawą po domowym, rodzinnym śniadaniu i poczytać co u niego słychać. Zawsze znajdę tam jakąś wskazówkę co mogę poprawić w moim życiu. 🙂

W wiadomość z 25-go Dominik opisał dość dokładnie, w jaki sposób mierzy, zlicza i kategoryzuje wszystko co robi. Dla większości ludzi pewnie nie jest zbyt interesujący temat, nie jeden uzna to za spore wariactwo, jednak dla mnie ten mail okazał się być bardzo interesujący, wręcz muszę powiedzieć, że pomysł ten trafił na bardzo podatny grunt. Sam od wielu miesięcy myślałem o czymś podobnym. Nie raz z zazdrością słuchałem jak CGP Grey, jeden z prowadzących Podcast Cortex, opowiada jak zapisuje każdą chwilę swojego życia i korzyściach jakie z tego wynosi. Widziałem jednak, że aby z sukcesem takie śledzenie wdrożyć w życie, muszę to bardzo dokładnie przemyśleć i zaplanować. Jednak mail Dominika, i jego dość szczegółowy opis, sprawiły, że pomyślałem: nie ma na co czekać, robię to! Teraz! Już!

Aby szybko rozpocząć tak dokładne śledzenie czasu, należy zwrócić uwagę przynajmniej na dwie rzeczy z tym związane: kategorie w które można włożyć codzienne czynności i narzędzia do mierzenia czasu. Pierwsza z tych rzeczy nie było trudna, Dominik w mailu ze stycznia opisał dokładnie kategorie, które wybrał dla siebie – postanowiłem więc na początek użyć takiej samej listy i modyfikować ją już w trakcie śledzenia. Druga część przygotowań wymagała już poświęcenia czasu, ale dotyczyła narzędzi, mojego ulubionego tematu – z przyjemnością więc się do niej zabrałem. Po pierwsze: wiedziałem, że do mierzenia chcę używać telefonu, musiałem więc tylko wybrać odpowiednią aplikację, do której wpiszę wybrane wcześniej kategorie i w której będę mógł robić zapiski. Na co dzień, w pracy, używam usługi Toggl do mierzenia czasu pracy na potrzeby rozliczeń z klientami. Znam ją bardzo dobrze, postanowiłem więc użyć tego samego rozwiązanie do mierzenia pozostałej części mojego życia. Sięgnąłem też po jeszcze jedną aplikację – Timery, która jest swego rodzaju nakładką na usługę Toggl, ale ma znacznie przyjemniejszy i bardziej praktyczny interfejs. I tym wyborem zakończyłem moje przygotowania. Teraz wystarczyło tylko włączyć przycisk „śledź czas” i już go więcej nie wyłączać…

Co działo się dalej – opowiem następnym razem 🙂


Ten artykuł jest drugim z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. III“.

A może bez cukru? A może bez mleka?

Wstaję dość wcześnie rano i jednym z moich codziennych nawyków jest wypicie przepysznej kawy. Z mlekiem. Z cukrem. Nawet, gdy zdarzy mi się czasem zaspać, i muszę pominąć kilka porannych czynności aby nadrobić trochę dnia – z kawy zazwyczaj nie rezygnuję. Niestety nieodłącznym elementem tego nawyku są właśnie mleko i cukier – dla wielu niewyobrażalny błąd i całkowicie zbędny dodatek. Nie raz słyszałem, że psuję w ten sposób cały smak kawy. Nie zwykłem rezygnować z przyjemności tylko ze względu na gust innych, ale inaczej sprawa się ma, gdy chodzi o względy zdrowotne. A takie pojawiają się, gdy w grę wchodzi na przykład cukier.

Od jakiegoś czasu nie używamy w domu białego cukru, jedynie brązowy, trzcinowy. Nie zmienia to jednak faktu, że to nadal jest cukier. Zbędny dodatek. Tak? Zjadam go wystarczająco dużo na przykład w owocach, których w naszym domu „idzie” niezwykła ilość.

Pomyślałem więc, że mógłbym spróbować zrezygnować z porannej dawki cukru i mleka. Co myślisz? Kawa odzyska dzięki temu swój prawdziwy smak – za który przecież ją kocham – a ja pozbędę się kolejnego składnika, który sztucznie mnie pobudza i ma tak duży wpływ na moje zachowanie.

Będzie to moje wyzwanie na najbliższy tydzień. A za 7 dni zdecyduję, czy chcę pozostać przy porannej kawie bez cukru i mleka. Być może efekt będzie na tyle fajny, że rozszerzę moją cukrową abstynencję? A może kawa stanie się na tyle niedobra, że całkowicie ją odstawię? Najgorsza opcja to powrót do pierwotnej wersji. Tak czy inaczej, w niedzielę podzielę się z Tobą moimi spostrzeżeniami 🙂

A Ty jaki wyzwanie postawisz przed sobą w tym tygodniu?

Bunt maszyn

Ten artykuł jest pierwszym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności.

Raz na jakiś czas, raczej nie częściej niż co kilka lat, rozsypuje się cały mój system produktywności. Po prostu wszystko się wali niczym domek z kart. Okazuje się wtedy, że nie chcę już używać aplikacji do organizacji zadań (bez której do tej pory nie wyobrażałem sobie dnia), że nie mogę patrzeć na aplikację do notatek (która jeszcze wczoraj była dla mnie najlepszym narzędziem na rynku), że irytuje mnie to co muszę i czego nie mogę w skrzynce mailowej, że mój Mac nie jest wcale taki idealny, iPad uniwersalny, że denerwują mnie ograniczenia sprzętowe, kolory, interakcje, że nie chcę już śledzić czasu, ani miliona innych rzeczy – krótko mówiąc: kwestionuję wtedy każdy element systemu. A to oznacza, że nadchodzą ZMIANY.

Przez ostatnie tygodnie przechodziłem właśnie taki proces – bo budowanie nowego systemu nie trwa jeden czy dwa dni, rozciąga się na tygodnie i miesiące. A nazywam ten czas „buntem maszyn”. I w najbliższych tygodniach, w #DzieńDobry, będę Wam o tym opowiadał. Co Ty na to?

Ten artykuł jest pierwszym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. II“.

Nieidealny

Pisząc dzisiejsze #DzieńDobry, nucę pod nosem piosenkę “Małomiasteczkowy” Dawida Podsiadło, która tak dobrze oddaje to, co chcę dzisiaj przekazać. Dawid tylko trochę inaczej ją nazwał.

Jest poniedziałek, zaczynam kolejny tydzień. Z pewnością nie będzie idealny. Zostało mi jeszcze do nadrobienia wiele rzeczy z poprzedniego tygodnia. Miesiąca. Nawet wczorajsze weekly review, które miało określić poziom zaniedbania, nie jest idealne. Nie mówiąc już o dzisiejszym śniadaniu, mało idealne było. Ale spoko, w końcu popiłem je kawą – choć i ta nie wyszła tak na 100%. A swoją drogą, to chyba nie powinienem pić kawy tak wcześnie rano?

Zerkam za okno, pogoda jakaś nie taka. Ale co z tego, skoro i okno niezbyt idealne. Szkoda, gdyby było ładnie, mógłbym popracować na powietrzu, w moim nieidealnym ogrodzie. Zająłbym się moją nieidealną pracą. Byłoby idealnie! Ale wiadomo – nie może być. W południe zrobiłbym przerwę i ugotował nie do końca idealny obiad. A i spacer z psem byłby milszy. Z tym nieidealnym psem. A tak, posiedzę w domu – niezbyt to idealne rozwiązanie. Nawet to “siedzenie” takie nieidealne – w końcu cały czas stoję. Ale też nieidealnie, bo akurat na jednej nodze. Swoją drogą i ta noga mogłaby być idealna, a nie jest. Trochę więcej mięśni by się jej przydało czy coś… Może wezmę się dzisiaj za jakieś ćwiczenia. Jestem początkujący, więc nie muszą być idealne. Chociaż pięć pompek zrobię. Ale takich wiecie, pół-pompek. No i nie pięć, tylko cztery. Ale napiszę, że zrobiłem pięć, choć idealnie byłoby napisać więcej…

Więc stoję i piszę. Ale to moje pisanie… takie mało idealne. Choć niektórzy lubią – ale pewnie i Ci nie są idealni. Pewnie lubią patrzeć na to moje nieidealne życie i cieszyć się, że mają ciut lepiej. Może nawet ktoś odpisze? Byłoby idealnie – więc wiadomo, że będzie cisza.

A jeżeli już chodzi o ciszę, to wolałbym muzykę. Tyle tylko, że wczoraj zapomniałem podłączyć słuchawki do ładowania i dzisiaj muszę czekać aż się naładują… w sumie to pasuje, w końcu od rana i tak nic się nie układa.

Osiwieć można od takiego rozumowania! Ale niektórzy tak właśnie żyją. Znam “takich”. To chyba jest wyjątkowo męczące… A wiecie co? Ja tam kocham każdy z pięciu milionów nieidealnych elementów mojego nieidealnego życia. Dlatego właśnie nazywam je fajnym. Miłego dnia kochani!

5:39 rano. Cholera, inaczej planowałem ten poranek, a mogło być idealnie

Pirat i inne barany

Jest piąta rano. A on już czeka! Czasem mówię o nim „Łobuz”, innym razem „Gałgan” – i często nimi jest, ale ktoś mu kiedyś dał na imię Pirat – i tak już zostało. Myślę, że byłby idealnym kompanem Mikołajka i zgrai jego kolegów, bohaterów przecudnej książki Rene Goscinnego, którą czasem czytam moim dziewczynom na dobranoc. Gdyby tylko miał zegarek, wiedziałby, że jeszcze godzina, że chcę najpierw napisać coś na #DzieńDobry – a potem pójdziemy. Ruszamy zawsze o 6 rano. Choć zaczęliśmy też wychodzić drugi raz, o 6 wieczorem – przed pójściem spać. Dla wielu z Was godzina osiemnasta to pewnie nadal wczesne popołudnie (🙂), dla mnie to już czas wieczornych rytuałów, a wieczorny spacer doskonale się w nie wpisuje.

Schemat jest zawsze ten sam. Po pierwsze należy się stosownie ubrać i zabrać wszystkie potrzebne rzeczy. Kierujemy się zasadą, że nie ma złej pogody na spacer, jedynie nieodpowiednie ubranie. Z resztą spacer na przykład w deszczu zazwyczaj jest o wiele ciekawszy, niż ten, gdy jest piękna pogoda.

Ubieram się nie tylko ja – Pirat ma swoje czerwone szelki i smyczkę. Ustawia się zawsze w tej samej, niewygodnej dla mnie i bardzo dziwnej pozycji do ich zakładania – zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, ale nadal nie rozumiem jakim cudem wpadł na to aby właśnie w ten sposób ustawiać się do ubierania.

W końcu wychodzimy! Pirat zawsze ciągnie mnie do furtki, nie może się doczekać wyjścia za nią.

Ja już mam słuchawki na uszach – postanowiłem sobie, że będę wykorzystywał połowę naszego spacerowego czasu na słuchanie audiobooków. Aktualnie studiuję „Magię sprzątania” Marie Kondo – obowiązkową pozycję każdego kto aspiruje do bycia minimalistą. Nauczyłem się też robić notatki z wysłuchanych fragmentów i spisywać co ciekawsze cytaty. Jednak szkoda by mi było poświęcić cały czas na powietrzu na książkę, więc druga część spaceru to słuchanie dźwięków natury. Nie mniej jednak nawet te kilkanaście minut z audiobookiem to bardzo fajnie spędzony czas.

Mamy z Piratem stałą trasę: prosto, prosto, do końca ulicy, następnie skręcamy w kierunku baranów. Tak, mieszkam, 100 metrów od wielkiej działki, po której biega stado baranów. Wyobrażacie sobie? W sumie to chyba są tu owce i barany, ale zwykłem nazywać je po prostu „baranami”. Kiedyś mieszkały tu jeszcze konie, jeszcze wcześniej Daniele. Magiczne miejsce te moje Opypy!

Gdy dochodzimy do siatki, zaczyna się głośne „beeeee”. Zastanawiam się wtedy co one właściwie mówią? Zawiadamiają się nawzajem, że przyszliśmy? A może krzyczą coś do mnie a nie do siebie? ”Dzień dobry”? Bardzo ciekawy jest fakt, że barany te siedzą w tym samym miejscu codziennie o 6 rano. Ale gdy zdarzy nam się z Piratem przyjść pół godziny później, baranów już nie ma. Przechodzą wtedy na drugą część działki, i musimy dochodzić do nich kawał drogi. Skąd one wiedzą, że jest 6:30?!? Być może jeden ma zegarek…

Nie zatrzymujemy się od razu przy pierwszym kontakcie z siatką, obchodzimy ją dookoła – mamy swoje miejsce przy którym zawsze stajemy. Wydeptaliśmy już sobie tam mały kawałek. Cały nasz spacer to jeden, wielu zbiór przyzwyczajeń i wydeptanych miejsc.

Gdy tylko dojedziemy do naszego miejsca, barany podnoszą się na 4 łapy. Barany mają łapy, prawda? Czy może kopytka? Hmm… (🙂) W każdym razie, zaczynają do nas biec. Serio! No warianty, mówię Wam, te szare, przybrudzone kulki normalnie wstają i biegną niczym rasowe konie na torze służewieckim. Wygląda to przekomicznie! W tym samym momencie Pirat wpada zawsze w jakiś szał i zaczyna krzyczeć na mnie: „najpierw ja, najpierw ja!”.

W całym tym zamieszaniu chodzi oczywiście o suche bułki, które przynosimy codziennie baranom. One to uwielbiają! I przyzwyczailiśmy je z Piratem, że zawsze im przynosimy. Pirat z resztą też zjada sporą część tych bułek. Czy psy mogą w ogóle jeść suche pieczywo? Pirat w każdym razie to uwielbia, choć czasem sobie myślę, że zjada to tylko dlatego, że nie zniósłby myśli, że karmię barany a nie jego.

Na początku karmiłem barany z ręki. Tak się składa, że ich pyszczki (cholera, co mają barany? Mordkę? Pysk? Buźkę? Bo chyba nie twarz? 😀 Totalnie nie znam się na baranologii!) mają kształt otworów w siatce – mogą więc z łatwością wystawić swój „otwór chłonący jedzenie” przez siatkę. Ale gdy tylko Pirat rozsmakował się w suchym pieczywie, zaczął im zwyczajnie wykradać z pysków to, co ode mnie dostawały. Teraz więc rzucam im porozrywane bułki przez siatkę a Pirat dostaje swoją część po naszej stronie płotu.

Gdy skończymy z baranami, ruszamy dalej. Czeka nas przejśćie kilkuset metrów piękną ulicą. Nasze spacery nie są długie, trwają zwykle nie więcej niż 30 minut, a zwiedzamy zazwyczaj te same dwie ulice i wracamy do domu. Czasem zdarzy nam się gdzieś skręcić, ale staramy się, aby nie było to częściej niż raz w tygodniu. No dobra, tylko ja się staram – ale Pirat też lubi stałe strasy. A po drodze tyle się dzieje… Czasem gdy idąc spojrzę w górę, mogę dostrzec skaczące jak małpy po drzewach wiewiórki, innym razem trafiamy na szalejące na niebie stada ptaków, są też dni, gdy słychać jakieś dziwne i mocno podejrzane odgłosy różnych zwierząt. A to i tak tylko część atrakcji jakie nas spotykają. Często zastanawiam się w jakim ja miejscu wylądowałem! To jakaś bajkowa kraina, czy tylko ja to widzę? I wtedy przypominam sobie, że tak tu było od zawsze, tylko do niedawna nie zwracałem na tą bajkę uwagi.

Musimy dojść do domu Sołtysa – to nasz punkt zwrotny. Czasem wyobrażam sobie, że Sołtys zerka na nas co rano przez okno i krzyczy do żony: O, patrz! Znowu przyszli obsikać naszą furtkę!

Ja w każdym razie tam nie sikam.

Po osiągnięciu celu naszej wyprawy, zawracamy. I czasem w tym momencie mojemu Piratowi coś odbija i zaczyna biec do domu! Tak po prostu pędzi przed siebie – i nie jestem do końca pewny, czy chce biegać ze mną, czy po prostu przede mną ucieka. Ja w każdym razie lubię się z nim pościgać, choć w naszym sprincie to on jest bardziej zawzięty. Ja najczęściej wymiękam w połowie drogi do domu i prawie na kolanach proszę go by poczekał. Niezły z niego cwaniak, w końcu gdy wrócimy, to on się położy i będzie przez godzinę odpoczywał. Ja za to wrzucę relację z naszej podróży na Insta.

Na sam koniec, gdy już dotrzemy do furtki naszego ogrodzenia, Pirat obdarza mnie jeszcze jednym znaczącym, pełnym wyrazu spojrzeniem, które wręcz prosi mnie: chodźmy jeszcze raz…

Małpie nawyki

Studiując, jak co rano, kolejną serię mądrości w 10 Percent Happier, trafiłem na mini kurs o nawykach. Jedna z lekcji uświadomiła mi bardzo ważną rzecz: w budowaniu dobrych nawyków i pozbywaniu się tych złych, najważniejsze jest nie to co robisz, ale dlaczego. Przestawienie się na tą drobną zmianę może okazać się kluczowe w osiągnięciu celu – jakim jest nasz nawyk. Przykład? Wszyscy lubimy chipsy, prawda? W ich jedzeniu nie ma nic złego (choć wiadomo, że daleko im do witamin 🙂), pod warunkiem, że robimy to z właściwych powodów. Jeżeli jednym z nich jest stres w pracy, zmęczenie, głód i sięgamy po nie w krytycznych momentach szukając dodatkowej energii, przerwania monotonii czy wsparcia – budujemy zły nawyk, który z pewnością do niczego pozytywnego nie zaprowadzi. Jeżeli jednak paczka chipsów uprzyjemnia jedynie wieczór przy filmie i sięgamy po nie świadomie – wtedy nie będziemy budować niewłaściwych przyzwyczajeń. Innym fajnym przykładem może lampka wina, czy kufel piwa. Jeżeli towarzyszą nam, gdy jesteśmy w gronie znajomych i wspólnie się bawimy – ma to jakiś sens. Gdy jednak stają się one elementem wieczornej rutyny, albo lekarstwem na codzienne smutki, sposobem na rozładowanie stresu – sam chyba rozumiesz….

I tu pojawia się ładne słowo: intencjonalnie. Tak właśnie powinnismy postępować. A w momentach słabości, gdy blisko do zrobienia czegoś niewłaściwego – przydaje się głęboki oddech: jeden, drugi, być może minuta medytacji, i wtedy najczęściej wraca rozum, pokonując małpie nawyki.