No i się doigrałem! A to pech…

Ten list chyba powinien być choć odrobinę smutny, nasączony goryczą, przepełniony złością. A nie będzie.

Jej, sam nie wiem, od czego zacząć.

Ok, to może od serii mini-„katastrof”, jakie spotkały mnie ostatnio? Po pierwsze: skręciłem nogę. I do tego w kolanie (każdy, kto o tym usłyszy, dokładnie tak reaguje – „ojej, i to jeszcze w kolanie!”). Po drugie: w związku z nogą, musiałem przerwać moje biegowe wyzwanie na listopad. A byłem już na drugim miejscu w tabeli! Miałem sporą szansę na podium, zacząłem już nawet biegać dwa razy dłuższe dystanse niż na początku listopada. A tak – tym razem nie ukończę nawet 50-ciu km. Szukam jeszcze trzeciej małej katastrofy – lepiej by to wyglądało, gdybym opisał trzy, prawda? Trzy nieszczęścia to zawsze o jedno więcej niż dwa – właściwie już cała seria nieszczęść. O, wiem: musiałem na jakiś czas przestać pracować na stojąco, do biurka znowu podjechał fotel (już zapomniałem, jak jest on wygodny 🙂). I od razu czuję efekty w postaci bólu pleców – muszą się znowu przestawić na dodatkowe obciążenie. Jednak praca na stojąco to prawdziwy skarb. A! Kolejna mini-„katastrofa”: przerwałem piękną serię 23 dni, w których zamykałem wszystkie trzy pierścienie w moim Apple Watch. Możecie nie wiedzieć, o co z tym chodzi, więc spieszę z wyjaśnieniem. Otóż zegarek, który noszę, każdego dnia sprawdza 3 elementy mojej aktywności:

  • ile czasu spędzam na nogach (zliczają się godziny w ruchu; siedzenie w fotelu czy na krześle nie będzie tu zaliczone), i aby zrealizować ten cel, muszę osiągnąć wynik 12 godzin,
  • spalone w ciągu dnia kalorie, z ustalonym celem 570,
  • i łączny czas ćwiczeń – tu powinienem każdego dnia mieć minut 30 minut.

Postęp prezentowany jest na zegarku w formie pierścieni i gdy uda mi się osiągnąć wyznaczony cel, dany pierścień się zamyka – stąd mówi się o zamykaniu pierścieni w kontekście zegarka Apple Watch. I miałem serię 23 dni, w których udawało mi się zamykać wszystkie trzy. A teraz, w związku ze skręconą nogą, wszystkie wyniki mi się posypały. O, tak właśnie wyglądały ostatnie dni u mnie. Szkoda, że to wszystko nie wydarzyło się w piątek, w końcu był trzynasty. Los chyba trochę zaspał w moim przypadku – nogę skręciłem w sobotę, podczas jazdy nas rolkach. Ambicja mnie poniosła i próbowałem przeskoczyć zbyt wysoką przeszkodę. Upadłem dość niefortunnie i muszę teraz przez jakiś czas kuśtykać.

Tak jak napisałem na początku, to powinien być chyba smutny list, tak samo z resztą, jak i powinny takie być ostatnie dni – ale tak się nie stało. Nie mam żalu do ani do siebie, ani do losu, ani tym bardziej do kogokolwiek innego o to wszystko, co się ostatnio wydarzyło. Nie jestem zły, że w ciągu kilku chwil zmarnowało się wiele rzeczy, na które długo w ostatnim okresie pracowałem. Zresztą, chyba wiesz, z jaką pasją pisałem o każdym kolejnym miesiącu mojego biegania, jak ekscytowałem się przekraczaniem kolejnych barier z tym związanych. Dzisiaj miałem napisać Ci o rolkach – córka namówiła mnie w poprzednią sobotę, abym zapisał się z nią do klubu „Kobra”, gdzie – pod okiem trenera – doskonalimy jazdę na rolkach. Super sprawa!

Na razie jednak, to wszystko muszę odstawić. Przynajmniej na kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt dni.

Co w związku z tym czuję? Niewiele. A przynajmniej nic negatywnego. Tak bywa w życiu. Sprawność nogi wróci, właściwie uraz nie jest aż tak duży.

Zamiast doświadczeń sportowych, mam przed sobą inne próby – poranne zakładanie spodni to niezłe wyzwanie, nie mówiąc już o wiązaniu butów, gdy wychodzę z domu 🙂 Przy tym pierwszym zajęciu nieźle się zawsze uśmieję (chyba że zaboli – co też się zdarza), to drugie, to z kolei okazja do rozciągania – w końcu muszę założyć buta i zawiązać na nim piękną kokardę bez zginania kolana (skłony – tak samo dobre co pompki, czy przysiady!).

Sam nie wiem, dlaczego tak łatwo przyszło mi pogodzenie się z tymi drobnymi utrudnieniami. Być może powinienem być zły, sfrustrowany, rozżalony. Tylko, po co?

Od kilku dni pomagam wybrać koleżance słuchawki bezprzewodowe – prezent urodzinowy dla jej córki. Wybór nie jest prosty, na rynku dostępnych jest całkiem sporo modeli, a moja znajoma chce wybrać jak najlepsze (oczywisty dla mnie wybór – słuchawki od Apple – w tym przypadku odpada ze względu na cenę). Dzisiaj, po kilku dniach sprawdzanie rankingów, czytania recenzji i poszukiwań w sklepach internetowych, udało się w końcu wybrać konkretny egzemplarz w konkretnym sklepie. Zanim jednak moje znajoma ostatecznie zaklepała wybrane słuchawki w sklepie, postanowiła zadzwonić do córki i podpytać, jakie kolory słuchawek lubi (wybór rodzaju prezentu i tak był wcześniej uzgodniony z obdarowywaną). Odpowiedź brzmiała: tylko i wyłącznie białe lub różowe, w żadnym wypadku czarne. Oczywiście, zamówienie, które zostało przygotowane przed rozmową, było na wersję czarną. Innych kolorów akurat w sklepie nie było. Niby nic takiego, prawda? Trzeba zwyczajnie poszukać gdzie indziej. Otóż nie. Byłem ogromnie zdumiony reakcją mojej znajomej, która oznajmiła, że ona ma ogromnego pecha i już nie ma siły na ponowne poszukiwania innej wersji tych cholernych słuchawek. Była wyraźnie zdołowana w tamtej chwili. Ciężko mi oddać powagę i jednocześnie dramatyzm sytuacji – ale było średnio-śmiesznie (pomimo tak błahej rzeczy).

Dwie głupie sytuacje. Dwie odmienne reakcje. Choć – i myślę, że przyznasz mi rację – moja historia jest przynajmniej odrobinę bardziej znacząca, to jednak postanowiłem nie reagować na nią negatywnie. Ciężko nawet nazwać to pogodzeniem się z losem, myślę, że przyjąłem moją sytuację jako całkiem zwyczajny bieg życia. Brak we mnie żalu, rozczarowania, złości – wszystkich tych emocji, które pojawiły się u mojej znajomej.

Myślałem trochę, skąd wzięło się u mnie takie podejście, ta siła do bycia obojętnym na to, co przychodzi, i wynotowałem sobie kilka elementów, które kształtują w ostatnim czasie mój charakter i postrzeganie świata:

  • Stoicyzm. Studiuję go od dłuższego czasu, ale ten rok sprawił, że bardziej świadomie zacząłem odnosić jego elementy do mojego życia. Stoicyzmu uczę się z:
  • Minimalizm. Tak bardzo przydatny. W naukach pomagają:
  • Dziennik. Nagrałem dwa odcinki podcastu na ten temat: jeden z Piotrkiem, w ramach PiG Podcastu, drugi – odcinek solo w ramach podcastu Fajne Życie.
  • Medytacja. Odgrywa ważną rolę w utrzymaniu porządku umysłu. Napisałem trochę o tym (w sumie całkiem sporo) na blogu.

W ten właśnie sposób uczę się reagować WŁAŚCIWIE na to, co przychodzi, na to, co mnie spotyka. Bez zbędnych emocji.

Stan mojej nogi wydaje się nie być poważny, na chwilę obecną przyjąłem więc strategię odpoczywania. Oczywiście, gdy zrobię niewłaściwy ruch, pojawia się ból – ale zakładam, że to dobrze – w końcu to NIEWŁAŚCIWY ruch 🙂 Ostrzeżenie, żeby na razie tak nie robić. A przynajmniej tak sobie to tłumaczę.

Na koniec mam oczywiście pytanie do Ciebie. Dziś krótkie, oczekuję jednak długiej odpowiedzi: Wierzysz w pecha?

ps. w moim życiu chwilowo jest mniej sportu, to fajny moment na budowanie innych, nowych nawyków – pracuję więc nad wieczornym rytuałem. Napisałem trochę i na ten temat.

Jak wykorzystać swój talent

Zostawiłem Cię tydzień temu z niedokończonym listem, a właściwie to z ledwo rozpoczętym tematem i dzisiaj nadszedł czas odkryć karty. Tak, dzisiaj, zgodnie z obietnicą, będzie o talentach.

Talenty, lub inaczej mówiąc mocne strony, to, w naszym codziennym rozumieniu, naturalna zdolność do wykonywania różnych niezwykłych rzeczy. W Wikipedii „talent” występuje, jako wrodzona lub nabyta predyspozycja w dziedzinie intelektualnej, ruchowej lub artystycznej przejawiające się ponadprzeciętnym stopniem sprawności w danej dziedzinie. Mamy tu talenty językowe, literackie, matematyczne, muzyczne, plastyczne, sportowe itd.

Ale ja wcale nie o takich talentach chcę Ci dzisiaj opowiedzieć. Badacze z Instytutu Gallupa, a konkretnie zespół pracujący pod przewodnictwem Donalda Cliftona, postawił kiedyś tezę, że charakter każdego człowieka składa się z 34 cech nazwanych przez nich „talentami”. Każdy z nas ma inne natężenie każdej z takich cech, a pięć najmocniejszych, nazywamy naszymi cechami dominującymi. Talent w tym przypadku jest rozumiany jako wzorzec myślenia, odczuwania i działania, a nie wrodzona zdolność do śpiewu czy tańca. Talent, w rozumieniu Instytutu Gallupa, to zakodowane w naszej głowie schematy działania. To one odpowiadają za obraną drogę, podjęte decyzje, złość, radość, czy też poziom naszej produktywności. Wyjaśniają sposób, w jaki myślimy i czujemy. Znając i wykorzystując nasze najmocniejsze cechy, jesteśmy w stanie bardzo znacząco podnieść nasz poziom motywacji i stać się najbardziej efektywną wersją siebie. I teraz najlepsze: Instytut Gallupa opracował test, dzięki któremu każdy z nas może poznać nie tylko swoich pięć najmocniejszych cech, ale kolejność wszystkich 34 talentów naszego charakteru.

I ja właśnie to zrobiłem. Poznałem moje najmocniejsze strony, a następnie zrobiłem z nich użytek. Oto i one:

  • Poważanie
    Osoby, które wyróżnia cecha Poważania, chcą, aby inni ludzie traktowali je z wielkim szacunkiem. Są niezależne i chcą być rozpoznawalne.
  • Rywalizacja
    Osoby, które wyróżnia cecha Rywalizacji, mierzą swój postęp porównując go z postępem innych ludzi. Dążą do tego, aby zająć pierwsze miejsce i uwielbiają współzawodnictwo.
  • Odkrywczość
    Osoby, które wyróżnia cecha Odkrywczości, są zafascynowane pomysłami i ideami. Potrafią odnaleźć związki pomiędzy zjawiskami, które z pozoru są całkowicie różne.
  • Bliskość
    Osobom, które wyróżnia cecha Bliskości, sprawiają radość bliskie relacje z innymi. Czerpią głęboką satysfakcję pracując z przyjaciółmi nad osiągnięciem jakiegoś celu.
  • Osiąganie
    Osoby, które wyróżnia cecha Osiągania, mają w sobie duży zapas sił życiowych i ciężko pracują. Czerpią olbrzymią satysfakcję z bycia osobą zajętą i efektywną.

To właśnie te cechy mojego charakteru pomogły mi przejść przez niejedno już niemożliwe do wykonania zadanie. Ale nie było tak kolorowo od samego początku.

Gdy pierwszy raz zobaczyłem zestaw moich mocnych stron, byłem… delikatnie mówiąc, rozczarowany. Spodziewałem się trochę lepszych „wyników”. Test CliftonStrenght (tak dokładnie nazywa się aktualnie test Instytutu Gallupa) miał otworzyć mi oczy, pokazać całkiem nowe perspektywy, wskazać ekscytujące i ukryte cechy mojego charakteru. A dostałem… no cóż, nie to, co chciałem. Dostałem nudny opis samego siebie – tak naprawdę nic nowego. Później dowiedziałem się, że to dość częsta reakcja.

Zanim przystąpisz do wypełnienia testu CliftonStrenght, musisz najpierw zakupić jeden z dwóch pakietów na stronie Instytutu Gallupa. Pierwszy, tańszy, pozwala na poznanie pięciu najmocniejszych talentów, natomiast pełny, nieco droższy, da listę wszystkich trzydziestu czterech mocnych stron – łącznie z tymi, których w nas najmniej (słabymi stronami). Jeżeli zdecydujesz się na pakiet tańszy, możesz później zmienić zdanie i rozszerzyć swój dostęp na pełną listę talentów. Założenie Instytutu Gallupa jest takie, że nawet z upływem lat, kolejność naszych mocnych stron nie ulega znaczącej zmianie, więc jeżeli na początku chcesz zaoszczędzić i wybierzesz opcję tańszą, to nawet po roku czy dwóch, decyzja o rozszerzeniu listy będzie miała sens. Ja, gdy usiadłem do wypełnienia testu CliftonStrenght, wybrałem właśnie wersję z top 5. I do dziś nie poszerzyłem mojej wiedzy o pełną listę talentów – cały czas pracuję nad tymi najważniejszymi, choć nie wykluczam, że kiedyś zdecyduję się poznać pełną listę.

Gdy minął pierwszy szok związany z poznanymi talentami – a muszę przyznać, że trochę to trwało – postanowiłem spróbować wykorzystać nową wiedzę. I o dziwo – to miało sens. Zupełnie, jakbym zaczął działać… w zgodzie z samym sobą. Zacząłem wyznaczać sobie drogę do osiągnięcia celów w zgodzie z tym, kim jestem. To zupełnie, jakby odkryć, że praca w ubraniach zielonego koloru sprawia Ci największą satysfakcję i najbardziej Cię motywuje do pracy, a potem zacząć pracować właśnie w zielonych ubraniach. Albo jak jazda ulubioną marką samochodu, jedzenie tylko ulubionych posiłków itd.

Pokażę Ci, jak wykorzystałem moje talenty, przy realizacji celu związanego z bieganiem.

Mój cel: chcę biegać.

Oto jak zaplanowałem jego osiągnięcie w zgodzie z moimi mocnymi stronami:

  • Poważanie
    Będę dzielił się moim bieganiem na blogu i w mediach społecznościowych. Każdy „like”, każdy komentarz, rozmowa na ten temat, każdy nowy czytelnik – będzie moim „+1” do poważania. Fakt, że przeczytasz mój newsletter, pomoże mi w osiągnięciu celu.
  • Rywalizacja
    Zamiast po prostu zacząć biegać, wezmę udział w wyzwaniu z grupą kilku, kilkunastu osób. Chęć zajęcia jak najlepszego miejsca znacząco doda mi motywacji.
  • Odkrywczość
    Powiążę moje codzienne bieganie z koncepcją fajnego życia, bez problemu odnajdę związki pomiędzy bieganiem a tym jak i kiedy śpię, co jem, jak dużo odpoczywam.
  • Bliskość
    Dołączę do wyzwania z grupą kilkunastu osób. Tym samym wstąpię do zamkniętej społeczności, grupy osób, które mają podobny cel. Im mniejsza będzie to grupa, tym lepiej. W aplikacji Nike Run Club, z którą biegam, można wziąć udział w wyzwaniach, do których dostęp ma każdy użytkownik aplikacji – w moim przypadku nie sprawdziłoby się to. Grupa 150 tys. ludzi nie zadziałałby na mnie tak samo, jak grupa kilku, kilkunastu osób.
  • Osiąganie
    Przez całe życie nie biegałem. Wyznaczenie sobie tak dużego celu (50 km na wrzesień, a potem 100 km na październik), sprawi, że będę miał nad czym pracować i będzie co osiągać. Do tego dołączam do wyzwania z grupą osób, która biega od bardzo dawna – mam ogromne pole do popisu.

Oto mój sekret. Właśnie w ten sposób udało mi się z osoby, która nigdy nie biegała, stać się biegaczem. Zacząłem dwa i pół miesiąca temu, teraz biegam codziennie. Tak się osiąga cele w zgodzie z talentami.

Chyba domyślasz się, jakie mam do Ciebie dzisiaj pytanie? Jakie są Twoje mocne strony? 🙂

Ps. Test CliftonStrengths może wykonać każdy. Jest on dostępny również w języku polskim, jego wypełnienie trwa 30 minut, wykonuje się go na stronie internetowej Instytutu Gallupa. Nie jest on bezpłatny, wręcz może w pierwszej chwili wydać się dla Ciebie dość drogi (Poznanie top 5 to ok. 100 zł, pełna lista mocnych i słabych stron to ok. 250 zł), ale warto!

Ps. 2: Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o talentach, co oznaczają, jak je wykorzystać – zapraszam na blog Dominika Juszczyka. Ja o mocnych stronach uczyłem się (i uczę nadal) właśnie od niego.

Talent do biegania

Muszę Cię przeprosić – obiecałem sobie (i Tobie chyba też?), że przez jakiś dłuższy czas nie będę męczył Cię opowieściami o bieganiu. Niestety, dzisiaj mi się to nie uda…

Pamiętasz, jak chwaliłem się na prawo i lewo, że udało mi się przebiec 50 km przez cały wrzesień? Więc… znowu to zrobiłem, ale tym razem podwójnie 🙂 Mój cichy i nieśmiały cel na październik był dwa razy większy, niż ten z poprzedniego miesiąca. I udało się. Znowu! Przebiegłem 100 km! Sto kilometrów w ciągu 30 dni! Jestem z siebie mega zadowolony. Choć muszę przyznać – lekko nie było!

Ostatni tydzień października, na który przypadło mi przebiegnięcie ostatnich dwudziestu pięciu kilometrów, był bardzo dziwny. Z jednej strony całkiem zniknęły już kolki, które jeszcze dwa tygodnie wcześniej pojawiały się w połowie tras, zniknęły zadyszki, które coraz mniej, ale jednak towarzyszy mi każdego dnia, zniknął kaprys, który pojawiał się na mojej twarzy, gdy musiałem wyjść pobiegać w przy niezbyt korzystnej pogodzie… Na maksa pokochałem bieganie. Ale poza miłością, pojawiło się jeszcze coś. Coś, czego się totalnie nie spodziewałem i czego do tej pory nie doświadczyłem. Pojawił się ból – lewej nogi.

Po przebiegnięciu ostatniego, setnego kilometra, usiadłem sobie w domu, i – będąc nadal w lekkim szoku – zacząłem się zastanawiać: jak ja do cholery to zrobiłem? Jak to się stało, że pomimo faktu, iż od tygodnia boli mnie noga, dałem radę przebiec jeszcze ponad 25 kilometrów? No jak? Przecież moim nadrzędnym celem, tą najważniejszym na świecie, nieprzekraczalną, niemożliwą do złamania intencją jest ZDROWIE. I to takie przez duże „Z”! A bieganie z bolącą nogą nijak się ma do „zdrowia”. Nie zrozum mnie źle, wydaje mi się, że jestem wytrzymały na ból, nie boję się go odczuwać – ale ból oznacza, że coś się dzieje, coś złego. To jak siedzieć w stodole na sianie i poczuć nagle dym – ból jest tak samo niepokojącym objawem, oznacza, że coś się dzieje i jak nie zacznę działać, może być gorąco. Więc i owszem, zacząłem działać – poczytałem o rodzaju bólu, który zacząłem odczuwać, zaopatrzyłem się w superbajeranckie wkładki do butów i… poszedłem dalej biegać. A oczywiście musiałem (i chciałem) pokonywać coraz większe dystanse. W ostatnim tygodniu właściwie co drugi dzień biłem swój rekord odległości (dobrze, że przynajmniej o czas nie walczyłem), chciałem więcej i więcej. Poradniki, które czytałem krzyczały na mnie (oczywiście!), abym zrobił sobie tygodniową przerwę, groziły poważnymi konsekwencjami – ale im nie wierzyłem. Nie chciałem nawet zmienić trasę, którą codziennie pokonywałam, choć składa się ona w 100-procentach z twardego betonu – pogarszającego ból, a tym samym pewnie i uraz. Wkładki do butów wprawdzie pomogły i to sporo, ale nie wyeliminowały bólu – sygnału ostrzegawczego.

Na szczęście nic sobie nie zrobiłem. Osiągnąłem swój cel, dobiegłem do ostatniego kilometra.

I wtedy właśnie, ostatniego dnia października, gdy tak siedziałem w kuchni i po cichu świętowałem sukces, zacząłem się zastanawiać. Jak ja to zrobiłem? W jaki sposób udało mi się zmotywować samego siebie do porzucenia najważniejszych wartości, aby osiągnąć totalnie nieistotny, bzdurny, przyziemny cel. Przecież jeżeli uda mi się odkryć mechanizm, który mną kierował, i nauczę się go wykorzystywać w innych (być może właściwszych) celach – będę mógł osiągnąć, co tylko sobie wymarzę, prawda?! Jeżeli zamarzy mi się, aby schudnąć 15 kg – działając w ten sam sposób, dam radę to osiągnąć. Jeżeli wpadnę na pomysł wyprawy dookoła świata – kto mnie powstrzyma? Otworzenie restauracji, nauczenie się trzech nowych języków obcych, zrobienie doktoratu – przy użyciu systemu z biegania, mogłem spełniać dowolne marzenia! A z drugiej strony, nieznajomość tych wszystkich zależności, które doprowadziły mnie w październiku do setnego kilometra, może kiedyś sprowadzić mnie na bardzo złą drogę. To coś, co pomogło mi w bieganiu, może być równie dobrze moim prywatnym kryptonitem (znacie Supermena, prawda?). Musiałem więc odkryć o co chodzi.

I wiesz co? Znalazłem TO. Odkryłem w końcu co zrobiłem: użyłem moich talentów:

  • Poważanie
  • Rywalizacja
  • Odkrywczość
  • Bliskość
  • Osiąganie

Ale to już historia na kolejny newsletter – i opowiem Ci ją tydzień 🙂.

Mam jednak do Ciebie pytanie: Zdarzyło Ci się porzucić Twoje wartości dla zrobienia czegoś, co z perspektywy czasu, wydaje się totalnie niewarte takiego poświęcenia? Zastanawiałaś/eś się, dlaczego tak postąpiłaś/eś?

Uwiązane nawyki

Obiecałem sobie jakiś czas temu, że będę do Ciebie pisał list w każdy wtorek. Właściwie to zazwyczaj piszę go wcześniej – w poniedziałki, gdy zawożę córkę na lekcje tańca i mam prawie półtorej godziny na przeanalizowanie ostatnich dni, wyciągnięcie wniosków i spisanie tego wszystkiego w wiadomości do Ciebie, we wtorek jedynie go wysyłam. Dzisiaj jest wtorek – a ja jestem bez listu do wysłania. W związku z obostrzeniami wprowadzonymi w całym kraju nie mogłem usiąść w ulubionej kawiarni przy filiżance przepysznej herbaty i napisać tego, co mi siedzi w głowie. Moje stałe miejsce, w którym spędzam poniedziałkowe popołudnia, jest zamknięte i zamiast pisać, zwyczajnie zmarnowałem te półtorej godziny.

Wyłapałem ostatnio bardzo ważne zdanie w jednym z podcastów, które słucham – aby nauczyć się oddzielać nawyki od miejsc, czasu i rzeczy. Od razu zwróciłem uwagę na tę myśl, jednak potrzebowałem chwili, aby uzmysłowić sobie jej wagę. Moje nawyki są w większości bardzo mocno przywiązane do miejsc, czasu i rzeczy. I gdy tylko zmieniam choć jeden z tych elementów pobocznych, nawyk zaczyna zanikać. Znalazłem całkiem sporo takich przypadków:

  • Mój cotygodniowy przegląd (weekly review) wykonuję zazwyczaj w niedzielne popołudnia, na ławce w parku, z użyciem iPada. To bardzo mocne przywiązanie. Wystarczy gorsza pogoda, nienaładowany iPad, czy obiad u teściowej – i z przeglądu nici. Bardzo rzadko udaje mi się oddzielić ten, jakże ważny dla mnie nawyk, od miejsca, czasu czy nawet urządzenia, które w jego wypełnieniu mi pomaga. A idzie zima i o dobrą pogodę będzie coraz trudniej.
  • Biegam rano i/lub wieczorem – zawsze ze słuchawkami na uszach, zazwyczaj słuchając podcastu albo muzyki. Wybieram te same trasy, co jakiś czas powiększając je jedynie o dodatkowe pół kilometra. Gdy tydzień temu spędziłem kilka dni poza domem, na sześć możliwych wyjść na pobieganie, biegałem tylko raz. Był to jednocześnie mój najkrótszy dystans w tym miesiącu.
  • Poranne planowanie dnia odbywa się u mnie zawsze w ten sam sposób: godzina 5 rano, kanapa, kawa, iPad, słuchawki, muzyka (ta sama playlista). Wystarczy zmiana choć jednej z tych rzeczy i nici z przygotowania dnia – a to niestety zdarza się dość często.
  • W marcu tego roku, gdy do Polski zawitał koronawirus, postanowiłem kupić do domu mały rowerek treningowy. Był to również czas, kiedy zaczęliśmy w domu oglądać codziennie w telewizji wieczorne informacje z kraju i ze świata (aby wiedzieć choć trochę, co się dzieje) i te dwa nawyki pięknie się ze sobą połączyły. Zamiast siedzieć na kanapie, mogłem te pół godziny jechać na domowym rowerku i jednocześnie spoglądać co wydarzyło się tego dnia na świecie. Szybko jednak przypomniałem sobie, jak destrukcyjne jest oglądanie żerujących na emocjach wiadomości (niezależnie od kanału, na którym je oglądaliśmy) i szybko zrezygnowałem z takiej formy spędzania czasu. Chyba domyślasz się, co w takiej sytuacji stało się z moim nawykiem jazdy na rowerze treningowym?
  • Napisałem też na początku o tym kiedy piszę do Ciebie te wiadomości – to kolejne silne osadzenia nawyku w czasie i miejscu. Nawet brak herbaty może spowodować, że nie powstanie kolejny list.

Podobnych sytuacji mógłbym wypisać znacznie więcej. Tak często przywiązuję nawyki do miejsc, sytuacji czy rzeczy. A to spory błąd. Od kiedy sobie uświadomiłem mechanizm takiego przywiązania, staram się go zmieniać. Dlatego tym razem nie piszę w poniedziałek. I choć czuję lekki dyskomfort z tym związany – wiem, że wcale nie jestem spóźniony (wbrew temu, co chwilami podpowiada mi głowa). Po prostu oderwałem ten nawyk od czasu i miejsca, a to pewnego rodzaju wyjście ze strefy komfortu. Z innymi spróbuję zrobić to samo. Być może dzięki tej zmianie, uda mi się zbudować i utrzymać kilka nawyków więcej.

Domyślasz się pewnie, jakie mam dzisiaj pytanie do Ciebie: Które z Twoich nawyków są silnie związane z miejscem, czasem czy rzeczami?

Ps. Wspomniałem o wyjściu ze strefy komfortu – będzie to temat najnowszego odcinka 🐽 PiG Podcastu – audycji o produktywności i budowaniu lepszego życia, który razem z Piotrem Szostakiem nagrywamy i publikujemy w każdą środę. A przynajmniej staramy się dotrzymywać tego terminu! 🙂 W odcinku z poprzedniego tygodnia rozmawiamy o 7 nawykach skutecznego działania – wspanialej idei, wymyślonej i opisanej przez Stephena Coveya. Zapraszam Cię bardzo serdecznie do posłuchania naszej rozmowy. Link znajdziesz tutaj. I nie zapomnij zajrzeć tam również jutro – nasza rozmowa o wychodzeniu ze strefy komfortu ukaże się już w środę, 28 października 🙂.

Nie gap się

Lubię patrzeć na ludzi. Może to dziwne, ale obserwowanie zachowań innych bardzo mnie ciekawi. Uwielbiam dostrzegać schematy zachowań, analizować je, grupować. Każdy o czymś myśli, każdy ma swoje problemy, emocje wypisane na twarzy, a obserwacja tego wszystkiego to jak czytanie książki.

Lubię założyć słuchawki, włączyć niezbyt głośną muzykę i po prostu siedzieć. Mam taką playlistę o nazwie „Skupienie” i to właśnie ją wybieram zawsze, gdy chcę posiedzieć i popatrzeć na otaczający, często pędzący świat.

Dlatego też często wybieram miejsca do pracy, w których mogę usiąść i z pewnej odległości spoglądać na siedzące przy innych stolikach lub przechodzące obok kawiarni osoby. Nie lubię zatłoczonych miejsc, szczególnie w tym roku, wolę takie, gdzie będzie kilka osób. Niewielkie kawiarnie, czy ławki w parku – tam zawsze się coś dzieje, ale zazwyczaj nie ma tłumów. Jeżeli tylko mam gdzie, siadam i patrzę co dzieje się wokół mnie. Zastanawiam się wtedy, z jakimi problemami mierzą się przechodnie, jakie emocje rysują się na ich twarzach. Choć od marca nie jest to już takie łatwe – albo musimy siedzieć w domu, albo nosić maseczki. To ostatnie znacznie utrudnia spoglądanie na twarze. Na szczęście ludzie wyrażają emocje nie tylko miną – lecz każdym ruchem. Niepewność albo pośpiech można łatwo rozpoznać w stylu chodzenia, strach i szczęście widać w spojrzeniu, beztroskę w sposobie machania rękami podczas chodzenia. Nawet wybór stroju wiele mówi o człowieku: o tym, kim jest, co czuje, co myśli.

Choć nie zawsze łatwo odgadnąć czyjeś emocje – lubię próbować.

To zajęcie bardzo mnie uspokaja. Sprawia, że uświadamiam sobie, iż każdy ma swoje życie i swoje problemy. Jedni błahe, inni bardzo poważne. A każdy inaczej do podchodzi do swoich.

Pisząc ten list do Ciebie, siedzę sobie w kącie w McDonaldzie – od kilku miesięcy to miejsce nie kojarzy mi się zbyt dobrze, ale akurat tutaj wylądowałem. Popijając herbatę obserwuję przewijające się przez to miejsce osoby. Moją uwagę przykuł chłopak z obsługi restauracji, który – w odróżnieniu od wszystkich innych pracowników – nie wpuścił swojej firmowej koszuli w spodnie. Być może pomyślisz, że wygląda przez to niechlujnie – otóż nie, chłopak wygląda całkiem schludnie, jego koszula jest wyprasowana, ewidentnie została tak założona celowo. Wszyscy inni pracownicy mają albo t-shirt, który oczywiście może sobie swobodnie zwisać, albo koszulę – ale już ładnie siedzącą w spodniach. Tylko ten jeden chłopak chodzi w tak dziwny, nie do końca elegancki sposób. Zastanawiam się, dlaczego właśnie tak się ubrał. Być może zabrakło dla niego t-shirtu, może nie było jego rozmiaru? Może to wyraz buntu? Nie, chyba nie wygląda na typ buntownika, przeciwnie – sprawia wrażenie poukładanej osoby, która chce wypaść jak najlepiej, potwierdza to również sposób w jaki rozmawia z gośćmi restauracji. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie wstydzi się trochę swojej sylwetki – bo faktycznie wygląda, jakby zjadał na co dzień o jednego czy dwa hamburgery za dużo. Tak, stawiam na skrępowanie sylwetką.

Nie analizuję każdego przechodnia, wybieram sobie pojedyncze osoby i staram się je rozgryźć. Jak widzę kogoś z tatuażem, lubię zastanawiać się, czy osoba w niego ubrana żałuje, że go ma. Gdy ktoś się śmieje, zastanawiam się skąd ma tyle radości. Starannie szukam swojego celu (jej, jak to brzmi!). A obserwacje pomagają mi uświadomić sobie pewne zachowania – te, których sam chcę unikać, te, których chciałbym się nauczyć. Mogę pozbywać się uprzedzeń, przemyśleć moje problemy. Wszystko dzięki temu, że uważnie patrzę na innych. Czasem będzie to ładna dziewczyna siedząca przy stoliku obok, innym razem niestarannie ubrany kelner, zmartwiony staruszek przechodzący obok wielkiej szyby restauracji, czy grupka dzieciaków okupująca parkową ławkę. Nie raz, nie dwa przyłapałem się na tym, że siedzę i się gapię. Czasem sam się dziwię, że nikt mi jeszcze nigdy nie zwrócił uwagi.

Moje pytanie: Może zdarzyło Ci się kiedyś, że to na Ciebie się ktoś gapił i totalnie nie miałaś/eś pojęcia, o co tej osobie chodzi? Może tak jak ja, ten ktoś próbował rozszyfrować Twoje najskrytsze marzenia? 😉

Ps. Spróbuj kiedyś zrobić to samo – może i Tobie spodoba się takie zajęcie. Siedząc w kawiarni, odłóż telefon na bok, załóż słuchawki, włącz cichą, spokojną muzykę i poobserwuj ludzi wokół siebie. Jestem ciekawy, czego się nauczysz z takiego podglądania.

Niepowodzenia, korekty i wielkie cele

Dzisiaj już nie będę się wykręcał. Emocje związane z wyzwaniem na przebiegnięcie pięćdziesięciu kilometrów – jakie przed sobą postawiłem we wrześniu – opadły już całkowicie, ja przeanalizowałem jak mi poszło, i jestem gotowy, aby Ci o tym opowiedzieć. Pomarudzić. Ponarzekać.

Tak naprawę – nie było źle 🙂

Dwa tygodnie temu napisałem Ci o wyzwaniu, w jakim wziąłem udział. Jej, piszę Ci o tym już trzeci raz, i nadal sam nie mogę uwierzyć, że podołałem! Krótko mówiąc, postanowiłem w 30 dni przebiec łącznie 50 km. Ot, taki tam niewielki challenge dla kogoś, komu zdarza się raz na jakiś czas wyjść pobiegać. Ja jednak nie należę do tych osób, dla mnie był to Mount Everest! W końcu przez ostatnie kilkadziesiąt miesięcy mocno trzymałem się postanowienia, aby biegać każdego dnia równe 0 km. Nie mniej, nie więcej. Jednak dołączając do wyzwania, postanowiłem sobie, że dam z siebie wszystko, aby zamknąć wrzesień z wirtualnym pucharem w ręku.

Nic mi tak nie poprawia humoru przed dużym wyzwaniem, jak dobrze przygotowany, mocno optymistyczny plan – usiadłem więc z notesem i zacząłem rozpisywać kilometry. Wrzesień ma 30 dni, więc szybko udało mi się ustalić, że muszę biegać każdego dnia po 1,66 km, aby dać radę.

W życiu! 🤣

Wiedziałem, że nie uda mi się to ani pierwszego, ani drugiego, ani nawet piątego dnia. Ponieważ pierwsze treningi zacząłem już pod koniec sierpnia, wiedziałem, że na początku dam radę maksymalnie 1 km. I to też z przerwami na „przechodzenie”. Nie wyglądało to dobrze, ale przecież na papierze wszystko da się jakoś poukładać. Wystarczy, że przez pierwsze dni września dam sobie trochę luzu, pobiegam na dystansie kilometra, a później, będę stopniowo zwiększał odległość, dochodząc w ostatnich dniach do… 3,5 km. Biegając oczywiście codziennie. Papier przyjmie wszystko!

Te trzy i pół kilometra brzmiało bardzo, bardzo niemożliwie… ale niestety był to najlepszy plan, na jaki mnie było wtedy stać. Musiałem się go trzymać i spróbować. Miałem nadzieję, że z totalnego „niebiegacza”, dam radę stać się biegającym codziennie po kilka kilometrów długodystansowcem.

Początki jednak okazały się dość brutalne, a do mojej słabej kondycji fizycznej, dołączył pech. Efekt był taki, że już trzeciego dnia, aplikacja, którą mierzyłem biegi, i która – co ważniejsze – zliczała moje kilometry na potrzeby wyzwania, nie zarejestrowała porannego biegu. To był dopiero trzeci dzień! A ja już jestem kilometr w plecy.

Nie powiem – byłem mocno niezadowolony, ale wiedziałem, że przede mną było jeszcze 27 dni, więc jakoś nadrobię. Identyczna sytuacja powtórzyła się niestety dwa dni później… Czyli piątego dnia. Zamiast przebytych pięciu kilometrów, na mojej tablicy wyzwania widniały jedynie 3. Straciłem prawie 40% tego, co przebiegłem! A uwierz mi, to były bardzo ciężko zdobyte kilometry – w końcu dopiero zaczynałem przygodę z bieganiem. Był nawet moment, w którym chciałem zrezygnować, ale świadomość, że w tabeli wyzwania spadnę na ostatnie miejsce i pozostanę w niej z grupą osób, która nie dała rady, sprawiła, że pozostałem na ringu. Wyeliminowałem problem, przez który moje biegi nie były rejestrowane (okazało się, że problemem był zegarek, który nie dawał sobie rady z bieganiem i jednoczesnym puszczaniem muzyki – przeszedłem więc na biegi z telefonem) i usiadłem do modyfikacji mojego, i tak bardzo ambitnego, planu biegów. Trzeba było gdzieś dołożyć te brakujące dwa kilometry i dwieście metrów (dokładnie tyle mi uciekło). Zdecydowałem, że najlepszym wyjście będzie dopisanie po 100 m do dwudziestu dwóch najbliższych biegów. Nie chciałem już znacząco powiększać – i tak już ogromnych – odległości z końca miesiąca, bo nawet to, co miałem już zapisane, nie wyglądało zbyt realistycznie.

Zgodnie z rozpiską, od szóstego dnia, powinienem już biegać minimum 1300 metrów. Niestety. Najlepsze, co udało mi się osiągnąć, to 1270 m… dziesiątego dnia. Choć nie wiem jak mi się to udało, bo następnych kilka poranków, to wyniki znacznie poniżej wyznaczonej granicy. Efekt był taki, że dziesiątego września miałem zanotowane równiutko 10 kilometrów biegu. Pięć dni później, licznik wskazywał niecałe 16 km. Średnia kilometr dziennie to zdecydowanie za mało. Dramat! Bez szans na ukończenie wyzwania. Musiałbym przebiec w kolejne dwa tygodnie ponad dwa razy więcej!

Po długiej dyskusji z samym sobą postanowiłem nadal się nie poddawać. Jak bym mógł? Wyzwanie to wyzwanie – trzeba próbować. Mój plan wymagał jednak drastycznych zmian – skoro nie udawało mi się przebiec za jednym razem większych dystansów, musiałem zacząć biegać częściej: rano i wieczorem. Inaczej nie było najmniejszej szansy na znalezienie brakujących 35 km.

Choć zazwyczaj pod koniec dnia nie mam lekko z silną wolą i do tej pory miałem nadzieję, że uda mi się zamknąć z bieganiem w porankach, to od początku spodziewałem się, że może dojść do sytuacji, że będę musiał wychodzić pobiegać więcej, niż raz dziennie.

Zostało 15 dni i 35 km. Przy bieganiu dwa razy dziennie, mogłem osiągnąć cel przy jednorazowych wynikach podobnych do dotychczasowych – lekko ponad 1 km na bieg.

I cóż – tak właśnie mi się udało. Dobiegłem do pięćdziesiątego kilometra na dzień przed końcem miesiąca. Moje wyniki w drugiej połowie września były na tyle dobre, że 29. na koniec dnia, miałem do pokonania zaledwie kilkaset metrów. I był to mój bieg triumfu – delektowałem się każdą chwilą zwycięstwa. Nie liczyło się, że byłem prawie na końcu listy osób z wyzwania z jednym z najgorszych wyników. Zająłem ósme miejsce (na 18 osób!), a cieszyłem się jak z pierwszego.

Trzydziestego września mogłem w końcu odpocząć 🙂

Biegałem z aplikacją Nike Run Club i bardzo się z nią polubiłem (pomimo początkowych problemów). Dzięki niej mogłem nie tylko uczestniczyć w wyzwaniu, ale również tworzyć historię moich biegów – z czego skorzystałem przy pisaniu niniejszej wiadomość do Ciebie.

Wrzesień się skończył, a ja nie przestałem biegać. Dołączyłem do kolejnego wyzwania i tym razem nie walczę już tylko o przebiegnięcie 50 km, w październiku chcę już zająć jakieś fajne miejsce w tej grupie. Jest 13 października, a na moim koncie jest już grubo ponad 30 km. Bieganie – przynajmniej na jakiś czas – stało się ważną częścią mojego życia, moim codziennym „dawaniem radę”.

Mam też ważne pytanie: Pamiętasz, jak tydzień temu opowiadałem Ci, że warto czasem pochwalić się czymś, z czego jesteś dumna/dumny? Twoja kolej: jaki ważny cel udało Ci się ostatnio zrealizować?

Ps. Biegowy cel na wrzesień sformułowałem zgodnie z koncepcją wyznaczania celów S.M.A.R.T. – i niewątpliwie był to klucz do mojego sukcesu. Bez tej metody byłoby znacznie ciężej. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, zapraszam Cię do przesłuchania 14. odcinka 🐽 PiG Podcastu, który nagrywam razem z Piotrkiem Szostakiem, i w którym opowiadam jeszcze trochę o wyzwaniu, w którym wziąłem udział. Jeżeli masz problem z realizacją swoich celów i nie wiesz dlaczego tak się dzieje, może warto skorzystać z metody S.M.A.R.T.?

Obiecanki cacanki

Tydzień temu, pełen podekscytowania, napisałem Ci, że udało mi się osiągnąć coś bardzo dla mnie ważnego i dużego, pamiętasz? Przebieglem pięćdziesiąt kilometrów w 30 dni. Właściwie to w momencie, gdy moja wiadomość leciała do Ciebie internetowymi kabelkami, ja dobijałem do mety tej wspaniałej podróży. Przycisk „wyślij” kliknąłem, gdy wychodziłem z domu z licznikiem 49 km. Więc wypada mi chyba potwierdzić – tak, udało mi się! Nic się po drodze nie wydarzyło i przebiegłem ten ostatni kilometr 🙂 Dawno nie byłem z siebie tak dumny!

Miałem Ci dzisiaj opowiedzieć o tym, jak wyglądała cała ta podróż, jednak zmieniłem zdanie. Jeszcze przyjdzie czas na marudzenie, jak ciężką sprawą jest biegania. Pomyślałem, że chciałbym Ci dzisiaj opowiedzieć o czymś innym – o dwóch lekcjach, jakie dały mi wrzesień i mój mały maraton. O pierwszej z nich zacząłem w poprzednim paragrafie, przy słowach „dumny”. Ważne właściwie jest całe zdanie: „Dawno nie byłem z siebie tak dumny”. Trochę skłamałem – często bywam z siebie dumny, jednak nie zawsze się tym chwalę – i może to jest błąd.

Pewnie już z milion razy pisałem Ci, że lubię swoją pracę – głównie za to, że mogę w niej tworzyć nowe, fajne rzeczy. Buduję strony internetowe, projektuję strony w czasopismach, tworzę szatę graficzną projektów, firm – i jestem z siebie dumny za każdym razem, gdy ktoś powie: „o, ładne”.

Często też zdarza się, że mam do rozwiązania problemy, z którymi przychodzą do mnie klienci, na przykład takie natury informatycznej, ze stronami www. Prawda jest taka, że nie zawsze od razu wiem jak te problemy rozwiązać. Czasem nad drobnymi rzeczami, wręcz bzdurami, siedzę godzinami… i zawsze, gdy uda mi się dojść samemu do rozwiązania, jestem z siebie mega dumny. Jednak nie tylko praca sprawia, że tak się czuję: gdy ugotuję coś smacznego, gdy uda mi się opublikować nowy wpis na blogu, gdy wyjdę rano pobiegać – w tak wielu sytuacjach jestem z siebie dumny. A wrzesień przypomniał mi o tym, że powinienem częściej o tym mówić, dzielić się moją dumą.

Druga lekcja, jaką wyniosłem z mojego wrześniowego wyzwania, jest jeszcze cenniejsza. Napisałem Ci o niej już tydzień temu:

Dla każdego, kto biega, przebiegnięcie 50-ciu kilometrów w miesiąc nie jest pewnie jakimś wielkim wyczynem, dla mnie jednak było ważne i bardzo trudne. Fakt, że mi się udało, sprawia, że czuję się świetnie. Przypomniałem sobie, że mogę wszystko! Jednocześnie uświadomiłem sobie, że zadania proste do wykonania dla jednych, mogą być mega trudne dla innych – najcenniejsza lekcja z całego września.

Gdy opublikowałem w mediach społecznościowych informację o tym, że udało mi się przebiec 50 km, pod jednym z postów pojawił się komentarz:

Co tak mało?

I jestem bardzo zadowolony, że ktoś napisał właśnie to zdanie, wręcz na nie czekałem. Nie wiem, czy było to szczere pytanie, i osoba, która je umieściła faktycznie uważa, że to mało, czy chodziło jedynie o zaczepkę – nieistotne. Ważne jest, że mam piękne potwierdzenie mojej drugiej wrześniowej lekcji – coś, co jest łatwe dla Ciebie, może okazać się bardzo trudne dla kogoś innego. Zawsze, gdy ktoś naśmiewa się z dokonań innych, przypominają mi się czasy szkoły. Pamiętasz swoją szkołę? Pamiętasz, jaką rolę odgrywałaś, albo odgrywałeś, w klasie? Może prymusa? Takiego, który niczym Hermiona Granger siedzi w pierwszej ławce i podnosi rękę, gdy tylko usłyszy pytanie nauczyciela? A może, zamiast się uczyć, wolałeś grać w okręty z kolegą w przedostatniej ławce i co roku ledwo udawało Ci się przejść do kolejnej klasy? Te dwie, bardzo kontrastowe, grupy dzieciaków w szkole zazwyczaj nie specjalnie się lubią. Ale prawda jest taka, że bardzo często ci, którzy błyszczą na matematyce i języku polskim, mają trochę więcej problemów na WFie, i odwrotnie. Ja, w szkole, należałem do trzeciej grupy uczniów: średniaków. Nie błyszczałem ani w klasie, ani poza nią. Nie raz jednak widzialnem, jak grupa szkolnych mięśniaków (nie wiem jak ich inaczej nazwać), wyśmiewa się z „kujonów”, gdy Ci ostatni nie dają rady przebiec jednego kilometra na WFie. A dla tych pierwszych nie było to wielkim wyzwaniem. Role odwracały się, gdy wracaliśmy do sali na chemię i był czas na odpowiadanie na pytania nauczyciela – wtedy Ci „powolniejsi” fizycznie triumfowali. Właśnie te sceny ze szkoły stanęły mi przed oczami, gdy dobiegłam do pięćdziesiątego kilometra.

Pytanie: Czego Ty nauczyłaś, lub nauczyłeś, się we wrześniu? Śmiało, kliknij „odpowiedz” i napisz do mnie.

Ps. Tym razem już obiecuję, że za tydzień napiszę więcej o moim bieganiu – tak bardzo chcę Ci o tym opowiedzieć. Powiem też, co wymyśliłem sobie na październik – no, chyba że wcześniej z tego zrezygnuję ☺️

Fajnego dnia!

Grześ

Ale pobiegłem!

Jeżeli wszystko poszło zgodnie z planem, i w ostatniej chwili nic się nie wydarzyło, w momencie, gdy czytasz tę wiadomość, mam już na moim wrześniowym koncie przebiegnięte ponad 50 km. Właściwie to klikam „wyślij” i idę na ostatnie pobieganie z tego wyzwania. 50 KILOMETRÓW. Wow. Nie mogę uwierzyć, że mi się udało…

W czasach szkoły średniej nie lubiłem chodzić na WF. Nie – tak naprawdę to nienawidziłem WFu! Robiłem co tylko mogłem, aby się wymigać od ćwiczeń. Uciekałem z lekcji, udawałem chorego albo zwyczajnie siadałem na ławce i nic nie robiłem. Interesowało mnie absolutne minimum potrzebne do przejścia do następnej klasy. Zastanawiam się teraz, dlaczego tak było…

Dla odmiany w podstawówce uwielbiałem długie wyprawy rowerowe z kolegami, bieganie po ulicy, grę w piłkę, pasowała mi właściwie każda forma aktywności fizycznej, nie miałem też problemu z ćwiczeniami w szkole. Nawet przez chwilę trenowałem piłkę nożną w klubie sportowym! Był to krótki epizod w moim życiu, ale jednak się pojawił. Pamiętam, że na pierwszym treningu trener powiedział mi, że wyglądam zupełnie jak Boniek i wszyscy zaczęli się śmiać. Szczerze mówiąc, nie bardzo wtedy wiedziałem kim jest Boniek (😁), byłem więc mocno zmieszany. Ale sama gra, poza bieganiem na rozgrzewkę, była super.

No właśnie, chyba to bieganie sprawiało, że z czasem tak bardzo znienawidziłem WF. Odrzucało mnie, jak myślałem, że miałbym przebiec 1 km. A przecież w szkole średniej biegania jest całkiem sporo. Chyba bym prędzej umarł ze zmęczenia niż dał radę przebiec cały kilometr. A nawet, gdyby jakimś cudem mi się udało, co mój czas nie nadawałby się nawet na dwójkę. W efekcie stopniowo zacząłem rezygnować z jakiejkolwiek formy ruchu w moim życiu. Zresztą z każdym rokiem było to coraz prostsze. Po szkole przeprowadziłem się do Warszawy – autobusy, metro i tramwaje skutecznie pomagały mi w nieruszaniu się. Później pojawiło się prawo jazdy, samochód – i nie musiałem już nie tylko biegać, ale i za wiele chodzić.

Na szczęście wszystko zmieniło się kilka lat temu, z chwilą, gdy postanowiłem rzucić palenie. Zacząłem wtedy biegać, choć był to epizod tak samo krótki, jak ten w klubie piłkarskim. Pierwszy raz wybiegłem na ulicę tego samego dnia, którego wypaliłem ostatniego papierosa. Jak się pewnie domyślasz – po latach palenia – była to męczarnia… Po 100 metrach wolnego truchtu miałem ochotę położyć się na ziemi, wypluć płuca i umrzeć. Ale nawet na taki ruch nie miałem wtedy siły. Na szczęście pozbycie się papierosów sprawiło, że z każdym kolejnym bieganiem, osiągałem o wiele lepszy wynik niż poprzedniego dnia. Biegałem dwa razy dalej albo osiągałem o połowę lepszy czas niż poprzedniego dnia na tym samym dystansie. Trudno o lepszą motywację – wystarczyło mi więc zapału na kilka pierwszych dni, może tygodni – dopóki widziałem wyraźne, codzienne postępy, dawałem radę przekonać samego siebie, że warto wybiec kolejny raz z domu. Jeżeli zastanawiasz się, jakie to były odległości, to niestety (na szczęście!) ich nie zapisałem – choć pewnie, gdybym spojrzał w aplikację Zdrowie w moim iPhonie, okazałoby się, że widnieją tam zapiski moich „dokonań”. Jednak wolę tego nie robić… 🙂 Powiedzmy jednak, że było to pewnie w okolicy kilometra.

Bieganie w tamtym czasie było jakąś formą pomocy w rzuceniu paleni, i gdy mój główny cel udało mi się zrealizować, gdy poczułem, że jestem wolny od nałogu – po prostu przestałem wychodzić pobiegać… i tak już zostało. Potraktowałem ten sport jak niedobre lekarstwo, którego spożycie jest niezbędne do wyleczenia, ale nie można przyjmować go dłużej niż zapisane w ulotce. Było to kilka lat temu i trzymałem się później zasady, że bieganie to nie jest sport dla mnie. Przecież uwielbiam chodzić, a nawet dość szybko maszerować – to powinno wystarczyć. Nie miałem najmniejszego problemu ze zrobieniem 20-to kilometrowej pieszej trasy z Jeleniej Góry do Karpacza, nie marudziłem, gdy chodziliśmy z Ewą jeszcze więcej po Tatrach – chodzenie to był mój sport. Mogłem bez żadnych skrupułów powtarzać na prawo i lewo, że nie lubimy się z bieganiem i już. Do czasu.

Pod koniec sierpnia, tak się jakoś złożyło, że dostałem zaproszenie do pewnego wyzwania… Polegało ono na przebiegnięciu przez cały wrzesień pięćdziesięciu kilometrów. Należało przy tym biegać z włączoną aplikacją Nike Run Club, która to rejestrowała odbyte biegi i zliczała zrobione kilometry. A wszystkich uczestników wrzucała w jedną tabelę, układając ich wyniki w kolejności od najlepszego. Sam nie wiem co mnie podkusiło, aby zgodzić się na dołączenie do wyzwania. Przecież ja nie biegałem! Ale się zgodziłem. I trzeba było przebiec. Choć pewnie przez całe moje 36-letnie życie, nie przebieglem łącznie takiego dystansu w miesiąc.

I właśnie dzisiaj, dwa dni przed końcem miesiąca, udało się. Przebiegłem pełne 50 km. Choć nie było łatwo! Ale o tym opowiem Ci za tydzień, w kolejnej wiadomości 🙂.

Ps. Dla każdego, kto biega, przebiegnięcie 50-cię kilometrów w miesiąc nie jest pewnie jakimś wielkim wyczynem, dla mnie jednak było ważne i bardzo trudne. Fakt, że mi się udało, sprawia, że czuję się świetnie. Przypomniałem sobie, że mogę wszystko! Jednocześnie uświadomiłem sobie, że zadania proste do wykonania dla jednych, mogą być mega trudne dla innych – najcenniejsza lekcja z całego września.

Pytanie: Co niewiarygodnego (choć jednocześnie łatwego) udało się Tobie zrobić we wrześniu?

Fajnego dnia!

Grześ

Nie łatwo go pokonać

Jest piątek, piąta rano i pomyślałem, że to wspaniały czas, aby napisać do Ciebie! Pewnie jeszcze śpisz, a ja od dwóch godzin realizuję już mój plan na kolejny fajny dzień.

Z jednej strony staram się prowadzić moje fajne życie – i nie chodzi mi wcale o blog, ale o wartości, jakie on reprezentuje – wmawiam sobie, że nie żałuję w życiu żadnej decyzji, jednak mimo to, jestem dla siebie mocno krytyczny. Co z resztą często widać w moich wpisach, mailach czy nagraniach. Zawsze chcę wycisnąć z siebie więcej, nigdy nie jestem w pełni zadowolony z tego co stworzyłem, zawsze widzę jakieś niedoróbki, nierzadko dreszcz zażenowania z powodu totalnej „klapy”. Zastanawiałem się, czy te dwie rzeczy trochę się nie wykluczają…

Co ciekawe, moje podejście nie doprowadza mnie do frustracji, depresji, zniechęcenia czy obrzydzenia – a pewnie wiele osób miałoby dokładnie takie odczucia wiecznie wymagając od siebie więcej. Ja mam totalnie odwrotnie – to wszystko napędza mnie do dalszego działania, każe wciąż uczyć się czegoś nowego i motywuje aby co dzień pokonywać siebie samego i być lepszym. Sprawia, że codziennie gram w grę z samym sobą. A ja… nienawidzę przegrywać z takimi słabeuszami!

Opowiadałem Ci w ostatnio o pytaniach jakie mnie nurtują, wspominałem o niezdecydowanym Jeff’ie – takie wpisy pomagają mi w obraniu właściwej drogi. I wiesz… czuję, że chyba jestem na dobrym szlaku i powoli dochodzę do odpowiedzi. Rok 2020 nie jest łatwy dla nikogo – zafundował nam wiele nieoczekiwanych zmian. Ale ja, z pomocą właściwych pytań, osób, wyzwań – buduję plan na siebie.

Newsletter

Jeżeli nie chcesz przegapić mojego kolejnego newslettera, dopisz się do listy! 🙂