Kategoria: listy

  • Pożegnanie z butami

    Tak się złożyło, że na sam koniec tego roku, musiałem się pożegnać z kilkoma dość istotnymi elementami mojego dotychczasowego życia. Jednak dopiero dzisiaj, żegnając się z najbardziej banalną z tych wszystkich rzeczy – z butami (nie śmiej się!), zrozumiałem, że pożegnania są istotną częścią fajnego życia i tak bardzo ich potrzebuję.

    Nikt nie lubi się żegnać, szczególnie z tym, co lubi. Wręcz mogę pewnie powiedzieć, że pożegnania są jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu. Dlatego siedzimy i oglądamy po nocach kolejne odcinki tego samego serialu, nie mogąc oderwać się od naszego nowego, ulubionego bohatera. Latami nie zmieniamy pracy, jednocześnie marząc o innej, chodzimy do tych samych kawiarni, nudząc się przy kolejnej filiżance tej samej kawy, spotykamy się z tymi samymi ludźmi, choć nie zawsze możemy na nich patrzeć, w kolejne weekendy powtarzamy te same aktywności, mieszkamy w tym samym miejscu… pewnie mógłbym długo tak rozmyślać.

    Łatwo przywiązujemy się do tego, co wokół nas. To dobrze, to pozwala nam budować stabilne otoczenie, z którego wszyscy możemy się cieszyć. Jednak ta sama więź sprawia, że nie potrafimy iść do przodu. Na szczęście z pomocą przychodzi nam los, który lubi zmuszać nas do zmian, a co za tym idzie – pożegnań. Tylko wtedy często zaczynają się łzy…

    Nie chcę opowiadać Ci o tym, z czym w tym roku musiałem się pożegnać, nie o to w tym chodzi. Opowiem Ci za to, w którym momencie zrozumiałem, jak bardzo takie pożegnania są mi potrzebne. A sytuacja była dość… no… co najmniej zabawna.

    Kupiłem dla siebie dzisiaj nowe buty. Nic wielkiego, prawda? Dla mnie był to jednak dość istotny moment. Kupuję buty mniej więcej co pół roku. Dużo chodzę, nawet bardzo dużo, większość z moich dni liczę w pięciocyfrowych liczbach, jeżeli chodzi o liczbę wykonanych kroków. Wygodne buty są więc dla mnie bardzo ważnym elementem codzienności. Od wielu lat wybieram buty sportowe, które praktycznie same niosą mnie w moim szybkim marszu. Nie sięgam jednak po pierwsze lepsze buty ze sklepowej półki, przeciwnie – dość długo i dokładnie wybieram każdą kolejną parę, mam swoje ulubione marki, jednak wygoda jest najważniejszym parametrem, na który zwracam uwagę. Poszukiwania nowej pary trwają czasem i kilka tygodni. Po prostu nie chcę i nie mogę sobie pozwolić na niewygodne buty.

    Pomimo dość rozbudowanego procesu zakupowego, niezbyt często trafiam na buty idealne. W skali od 1 do 10 zazwyczaj kupuję siódemki, może ósemki. A i tak nie jest łatwo mi takie znaleźć. Dziewiątki trafiają się już raczej rzadko. Właściwie, chyba tylko raz udało mi się kupić buty, które mógłbym oznaczyć dziesiątką. Były to moje ostatnie buty, które kupiłem właśnie pół roku temu – były to buty, w których chodziłem każdego dnia, aż do dzisiaj, kiedy to w końcu zdecydowałem się na wymianę tych już lekko podniszczonych i wychudzonych Nike’ów. Nowe (dzisiejsze) buty oceniam mniej więcej na 7, może słabe 8. Dość spory spadek, biorąc pod uwagę, że przez ostatnie miesiące chodziłem w dziesiątce – czyli w naprawdę wygodnych butach. I choć długo przeszukiwałem internet w poszukiwaniu dokładnie takiej samej pary, jak te moje znoszone już Nike’i, to nie udało mi się już trafić na mój rozmiar. Model był widocznie zbyt stary. Trudno. Wybrałem więc w sklepie buty, które – choć dalekie od mojego ideału – są i tak najlepsze, na jakie trafiłem od dłuższego czasu.

    Kupiłem więc. I co dalej?

    W pierwszej chwili pomyślałem, że wyjdę ze sklepu, usiądę na pierwszej lepszej ławce, włożę nowe buty, a stare – razem z pudełkiem nowych – wyrzucę do najbliższego kosza.

    Ale zaraz… przecież to moje ulubione buty. Gdybym był nieco bardziej szalony, użyłbym nawet słowa „ukochane”. Mam je tak po prostu wyrzucić? Ot tak się pozbyć? A gdy będę jeszcze chciał raz, czy dwa, w nich się gdzieś przejść. Tak, są już stare i wymieniam je z ważnego, konkretnego powodu, ale to wciąż TE FAJNE buty.

    W tamtym właśnie momencie uświadomiłem sobie, że tak trudno czasem powiedzieć „żegnaj”. Do ludzi, miejsc, ale często i rzeczy. Nawet tych zabawniejszych – jak buty. Jednak tak bardzo tego potrzebujemy. Ja tego potrzebuję.

    Tak też zrobiłem. Pożegnałem się z tymi głupimi butami, wrzuciłem je do najbliższego kosze i poszedłem dalej, nie oglądając się za siebie. I cieszę się, że potrafiłem to zrobić.

    Opowiadam Ci o butach, ponieważ ich pożegnanie przytrafiło mi się dzisiaj, jednak w ostatnich tygodniach – jak już napisałem wcześniej – musiałem w podobny sposób zostawić kilka innych rzeczy, ludzi, miejsc. Tych ważnych. Były to trudne momenty i emocje z tym związane nie pozwoliły mi odpowiednio spojrzeć na tamte sytuacje. A tu przyszło pożegnanie z butami i dzięki temu mogłem przemyśleć cały proces i sposób pożegnania. Wręcz mogę powiedzieć, że te głupie buty pozwoliły mi pozostawić za sobą wcześniejsze, inne, trudne emocje. Cieszę się, że udało mi się dokonać tych kilku drobnych, ale jak ważnych obserwacji. Cenna lekcja na dalsze fajne życie. Mam nadzieję, że może i Tobie pozwoli trochę inaczej spojrzeć na trudne momenty pożegnania.

  • Życie jest jak…

    Ludzie od wieków zadają sobie przeróżne pytania na temat życia, jego celu, sensu… I choć ludzkość ma już za sobą tak długą historię, nikomu nie udało się udzielić na nie jednoznacznej odpowiedzi. To nasze życie… do czego ono nie było już porównywane? Wystarczy spędzić kilka minut w Googlu, by znaleźć setki sentencji, które spokojnie wystarczą na dziesiątki minut czytania, a i kolejne wiele godzin przemyśleń. Albert Einstein porównał kiedyś życie do jazdy na rowerze, podpowiadał, że aby utrzymać równowagę, musisz być w ciągłym ruchu, Marlan Coben porównywała je do rzeki, przypominając, że gdy zmieniamy kierunek, jesteśmy odpowiedzialni za to, dokąd pójdzie. Życie było już lustrem (które przecież samo się do Ciebie nie uśmiechnie), książką (której nie powinieneś zamykać, gdy dzieje się coś złego, a jedynie przewracać stronę), a nawet włosami (które zawsze układają się nie tak jak chcemy). Nie mogę też pominąć tak znanego z Foresta Gumpa porównania życia do pudełka czekoladek (w którym to nigdy nie wiesz, na co trafisz).

    Jest jakaś wielka magia w takich porównaniach. Często, gdy na nie trafiamy, wpadamy w chwilę zadumy, by następnie kiwnąć głową z przekonaniem i przyznać rację autorowi. Tak naprawdę każdy taki cytat, każde porównanie, w jakimś stopniu pasuje do tego, co nas otacza, każde z tych słów czegoś nas uczy o codzienności, pomaga nam przejść przez jakiś problem. Przekładamy w końcu coś tak skomplikowanego i niepojętego jak życie, na bardzo proste, codzienne sprawy, rzeczy, czynności, na coś, z czym sobie już poradziliśmy, na coś, co łatwiej nam zrozumieć. Kto z nas nie walczył kiedyś z nieukładającymi się włosami? Kto nie trzymał w ręku książki? Nie był zaskoczony smakiem czekoladki z bombonierki. Każdy ma to za sobą, każdy przez to przeszedł. Więc hipoteza, że z życiem jest dokładnie tak samo – jest dla nas jak wybawienie, jak rozwiązanie bardzo skomplikowanej zagadki matematycznej, do którego do tej pory dostęp mieli jedynie studenci czwartego roku Politechniki Warszawskiej. Choć podświadomie czujemy, że nie wszystko jest tak aż proste, jak w tych porównaniach jest to pokazane, to jednak patrzymy z nadzieją, że jednak ktoś przed chwilą uchylił przed nami rąbka jakiejś wielkiej tajemnicy. 

    Nie raz i mnie przydarzyło się tworzyć te wielkie porównywania. Patrzyłem na proste sytuacje z codzienności i przekładałem je na coś tak wielkiego, jak życie. Lubię takie analogie, dodają sił, odwagi. Fajnie jest pomyśleć, że moja ziemska wędrówka jest niczym więcej, niż spacerem przez wesołe miasteczko, podczas której wybieramy atrakcje, które nas interesują. Dobrze jest móc czasem usprawiedliwić się przed samym sobą, wiedząc, że życie to nic więcej, jak gotowanie, gdzie każdy z nas ma do dyspozycji ten sam przepis, ale i każdemu z nas wychodzi trochę inna potrawa.

    Fajnie jest poczytać mądrości innych, jeszcze fajniej stworzyć dla siebie kilka własnych. I póki prowadzi nas to w odpowiednie miejsca – warto to robić, jedno i drugie.

  • Zagubiony Książę

    – „Skąd ty bierzesz te piosenki?” – usłyszałem, przesyłając ostatnio komuś tytuł utworu, który leciał akurat u mnie w słuchawkach. W mojej głowie momentalnie uruchomiło się jakieś sto dwanaście myśli. Pierwsza z nich: o czym jest piosenka, którą przed chwilą poleciłem, skoro w odpowiedzi otrzymałem takie pytanie?

    Zerkam do internetu. Czym właściwie jest muzyka? A, już wiem, to „sztuka organizacji struktur dźwiękowych w czasie.” – słaby początek. Wciąż jednak czytam. „Jedna z dziedzin sztuk pięknych, która wpływa na psychikę człowieka przez dźwięki”. – Trochę lepiej, jednak nadal nie jestem zadowolony.

    Niezbyt często wciągają mnie opisy z Wikipedii, jednak tym razem idę dalej:

    „Jednym z celów muzyki jest samoekspresja oraz przekaz subiektywnych odczuć kompozytora lub wykonawcy, który ma wpływ na odczucia, reakcje i świadomość słuchacza przetwarzającego te doznania w sposób zupełnie indywidualny.  Z początku muzyka służyła celom praktycznym – pomagała w pracy zespołowej, była formą komunikacji, później stała się także elementem tożsamości zbiorowej. Z czasem wykształciła się jako jedna z gałęzi sztuki.”

    Zastanawiam się, czy muzyka tak bardzo różni się od malarstwa, rysunku, filmu, literatury, tańca, teatru, rzeźby i innych dziedzin sztuki. Z pewnością trochę inaczej ją postrzegamy, jest nam bliższa, o wiele bliższa, patrzymy na innych przez pryzmat muzyki, jaką słuchają. W serwisach społecznościowych, randkowych, nie znajdziesz pytania: „kim jest twój ulubiony pisarz, poeta, malarz?”, ale znajdzie się tam pewnie pytanie o rodzaj słuchanej muzyki. Nikt nie zaszufladkuje Cię, jeżeli powiesz, że uwielbiasz dzieła Caravaggio, van Gogha, czy Michała Anioła. Nie zostaniesz też osądzony, jeżeli spodoba Ci się rysunek gdańskiego, ulicznego artysty, nawet jeżeli jego prace będą mocno słabe. Z wyrazami uznania popatrzysz na stawiającego pierwsze kroki poetę, tak samo z resztą na kogoś, kto poświęci swój czas, by docenić jego twórczość. Nie ma chyba nikogo, kto zakwestionowałyby piękno Mona Lisy, czy Stworzenia Adama. Każdy, kto przeczytał Zbrodnię i Karę, doskonale wie, dlaczego uznawana jest ona za jedno z arcydzieł literatury. Nawet jeżeli nie jesteś fanem historii tworzonych przez Tolkiena, chyba nie zaprzeczysz, że jego Hobbit również zalicza się do tej elitarnej grupy. Każda dziedzina sztuki ma swoją listę „naj”. Każda dziedzina sztuki znajdzie osoby, które ją docenią. Nawet internetowe memy, które również możemy nazwać dziedziną sztuki, mają swoich entuzjastów. Ci również nie zostaną wstawieni w żadne ramy tylko za to, że lubią akurat takie, śmieszkowe obrazki. Jeżeli lubisz oglądać horrory w kinie, nie znaczy to, że marzy Ci się nawiedzenie przez złego demona, jeżeli czytasz kryminały, wcale nie musisz potajemnie planować zabójstwa prezydenta Peru, jeżeli na pulpicie Twojego komputera co drugi dzień pojawiają się inne Słoneczniki van Gogha, nie oznacza to, że musisz być wielbicielem ich pestek. Oznacza to, co najwyżej, że potrafisz docenić piękno obrazu. Obrazów. 

    Nie wstydzimy się rodzaju książek, jakie czytamy, zdjęć, jakie robimy, rzeźb, na które spoglądamy w parku, nie mamy nic przeciwko, aby ktoś miał ulubiony kolor – zielony, czarny, czy różowy. Akceptujemy, gdy ludzie wybierają tak odmiennie wyglądające samochody, stawiają inne od naszych meble w salonach, kupują biżuterię, której sami byśmy w życiu nie założyli. Chyba nie ma rodzaju sztuki – w szerokim tego słowa znaczeniu – za sympatię, do której zostaniesz skrytykowany, czy zaszufladkowany.

    I tu pojawia się jeden wyjątek – muzyka. 

    W jej przypadku nasza tolerancja chyba trochę zanika. To, czego słuchamy, mówi o tym, kim jesteśmy albo co akurat czujemy. Tak? Chyba często tak właśnie jest. Wybieramy smutną muzykę, gdy jesteśmy smutni, wybieramy szaloną muzykę, gdy jesteśmy… w nastroju na szaleństwa. Muzyka potrafi stworzyć nastrój, ale i go zniszczyć. Jest najbliżej nas, jest tak bardzo „nasza” i chyba dlatego wywiera tak silne skojarzenia i emocje. Postrzegamy muzykę jako coś tak bardzo osobistego, że chyba zbyt często patrzymy na kogoś przez pryzmat muzyki, jaką lubi i jakiej słucha. I przez to często nie chcemy jej pokazywać innym – co sprawia, że nasze podejście do niej jest jeszcze bardziej osobiste.

    Jeżeli lubisz jakąś piosenkę, musisz się z nia utożsamiać. Ona musi opowiadać Twoją historię. Tak? 

    Nie. Zupełnie nie.

    Piosenka o miłości nie oznacza, że właśnie się zakochałem. Spokojna, smutna piosenka nie oznacza wcale, że jestem przygnębiony. Hip-hopowy kawałek jest…

    dla zakompleksionych ludzi, którzy chcą słuchać o tym co mogą mieć i jacy moga być. Na marzeniach się jednak kończy. Dla mnie hh to durnowate teksty i bezsensowne rytmy. Feee.

    – krzyczy komentarz w internecie. Niżej odpowiedź:

    a co to jest życie według nich? Jaranie blanta i krzyczenie „joł,joł”. Często też śpiewają „fuck fuck fuck”, strzelają do siebie na ulicach, wymachują tymi łapskami, a na koniec dodają „save the children” no i oczywiście fuck.

    A potem cała internetowa awantura na ten temat.

    Pomyślałem, że poszukam czegoś o disco polo. Tak, wkładam kij w mrowisko. Szybko znalazłem jakieś forum na ten temat i wiem już, że disco polo to…

    Dla mnie straszny obciach. Nie tylko prymitywny gatunek muzyczny, którego nie trawię, ale i stan umysłu.

    Pomyślałem więc, że poszukam, jak i fanatycy malarstwa obrzucają się błotem na internetowych forach. Nie znalazłem. Zobaczyłem za to ludzi pełnych pasji, wymieniających się odkryciami, nawet tymi dziwnymi i (mogłoby się wydawać) głupimi. Moją uwagę przykuwa jeden, fajny komentarz z dołu strony:

    Nie odróżniam stylów, nie wiem nawet w jakim czasie żyli artyści, których obrazy zapadły mi w dusze ale jak patrzę na dzieła Hieronimusa Boscha, Podkowińskiego albo na obraz przedstawiający stojącą tyłem kobietę która wyglada przez okno (to chyba S. Dali) to pragnę wejść w ramy i zaistnieć tam razem z bohaterami tych dzieł. A czy to kubizm czy dadaizm? Powinienem wiedzieć… chyba.

    Moje myśli wracają do muzyki. „Zagubiony książę” – ładna piosenka. Wsłuchuję się dokładniej w sens jej słów. Czy fakt, że mi się podoba, musi na prawdę oznaczać, że jest mi smutno?

  • Smutni ludzie, czy smutne miejsce?

    Nie można mieć wszystkiego?

    Próbowałaś, próbowałeś kiedyś stworzyć swój własny opis? Na Twittera, Instagrama, Facebooka, Tindera, czy jakiekolwiek inne miejsce w sieci (lub poza nią?), które zachęca, aby taki opis wstawić. Jeżeli nie, polecam Ci, abyś takie ćwiczenie wykonała, wykonał. Zobaczysz – nie jest to wcale takie proste, jak mogłoby się wydawać. Opisać siebie w kilku zdaniach, by było to coś innego, niż: „jestem, jaki jestem”.

    Mam w moim notesie notatkę o tytule „mój opis”. Zachowuję w niej wszystkie opisy mnie samego, jakie wcześniej sobie stworzyłem. Dzisiaj jest to już dość pokaźna biblioteka, chociaż składająca się z jednej tylko, mocno rozbudowanej notatki. I mogłoby się wydawać, że opisuje ona kilka osób – tak różne opisy z wielu etapów mojego życia się tam znajdują – to jestem tam tylko ja.

    Ta notatka to miejsce, do którego sięgam, gdy muszę po raz kolejny wstawić gdzieś kilka słów o sobie. Dzięki temu mogę czasem usiąść i pomyśleć o tym, kim jestem, a dokładniej, kim byłem kiedyś, a kim jestem dzisiaj – dla siebie samego, co o sobie sądziłem wczoraj, co myślę dzisiaj, mogę też uczyć się obsługi mojej codzienności, analizować, jak się zmieniała, przewidywać sytuacje, w których będzie mi dobrze, albo w których będę czuł się miej komfortowo. Jest to jeden z fajniejszych sposób na rozwój – oczywiście, jeżeli podchodzisz do takiego ćwiczenia szczerze i poważnie. Możesz wtedy dostrzec obszary, w których jesteś w stanie coś poprawić. Fajnie jest też sprobować stworzyć opis siebie samego z dnia jutrzejszego – opisać osobę, którą chcesz się stać. Aby wiedzieć, do czego dążysz. 

    Spróbuj i Ty stworzyć swój własny opis, nie umieszczaj go od razu w mediach społecznościowych, nie publikuj go na Facebooku, zapisz go gdzieś w notesie, pamiętniku, na małej, czy dużej, karteczce, która trafi tylko i wyłącznie do szuflady. Może i Tobie kiedyś się przyda taka notatka, może kiedyś podzielisz się takim opisem z innymi.

    W mojej notatce o mnie, gdzieś w części z dzisiaj, widnieje takie zdanie: „Kocham… 🙍‍♂️ludzi, choć bywa, że się ich boję 😱”. Lubię to zdanie i jest ono częścią mojego opisu, który wstawiłem na Twittera, czy Instagrama. To, niby proste, mogłoby się wydawać, nawet nieco zabawne, krótkie zdanie, kosztowało mnie całkiem sporo wysiłku i szczerości wobec samego siebie. Jego konstrukcja doskonale odzwierciedla to, co ma przekazać, choć wiele osób go nie rozumie. Pokazuje moją maskę humoru, dzięki której mogę iść w kierunku pewnych rzeczy – ludzi, których uwielbiam, ale którym do końca nie chcę zaufać. Nie łatwo było mi napisać te słowa, nie łatwo było mi do nich dojść, nie jest też łatwo nimi się teraz podpisywać. Najważniejsza rzecz z tego jednego zdania mojego opisu jest jednak taka, że: lubię ludzi.

    Ach, znowu łapię się za głowę, te moje długie wstępy. Siadam, by napisać Ci o jednej rzeczy, ale zanim do niej dojdę, w mojej głowie pojawiają się kolejne, o których chcę Ci opowiedzieć. Zamiast więc czytać o tej jednej, krótkiej historii, o której planowałem opowiadać, musisz czytać cały szereg moich przemyśleń. Mam nadzieję, że choć trochę pomagają Ci one w dążeniu do fajnej codzienności – taki przecież jest ich cel, taki jest mój plan, gdy do Ciebie piszę.

    Dość często zdarza mi się pracować w kawiarniach. Szczególnie lubię te, umiejscowione w centrach handlowych. Chyba głównie dlatego, że wiąże się to ze spotkaniem większej liczby ludzi – a to, jak już wiesz, bardzo lubię. W momencie, w którym do Ciebie piszę, siedzę sobie w Costa Coffee, w centrum handlowym Janki. Jestem tu chyba pierwszy raz, ale czuję się dość dobrze. Znalazłem tu fajne miejsce: mały, drewniany, otoczony kawiarnianymi fotelami stoliczek – skromny kącik, który zapewnia mi bezpieczną przestrzeń wokół siebie. Siedzę przy grubej szybie, spełniającej funkcję ściany kawiarni, co sprawia, że mogę przyglądać się przechodzącym przez centrum handlowe ludziom, będąc jednocześnie tak doskonale odizolowanym od tej handlowej rzeczywistości. Nie daleko mojego miejsca znajduje się wejście do kawiarni, więc co kilka minut mogę oderwać się od pisania, spojrzeć na wchodzące osoby i spróbować złapać czyjś uśmiech. Przy moim stoliku są dokładnie trzy fotele, ja wybrałem – oczywiście – ten, najbardziej skierowany frontem do ludzi. Na pierwszy rzut oka: wszedł, zamówił coś do picia i usiadł. W rzeczywistości jednak stoi za tym, jak widzisz, całkiem rozbudowany plan.

    Na pierwszy rzut oka, nie ma chyba niczego specjalnego w tej kawiarni, w wielu innych mógłbym sobie znaleźć podobne miejsce. Ja jednak zapamiętam ją na jakiś czas – a to dzięki osobom, które przygotowywały mi dzisiaj kawę. Były tak bardzo pogodne. Razem z napojem, otrzymałem kilka uśmiechów, które z wielką przyjemnością przyjąłem i odwzajemniłem. Choć kawiarnia nie jest zbyt duża, a ja siedzę praktycznie w przejściu, to czuję się tu bardzo dobrze. Pewnie dlatego od trzech godzin siedzę i piszę, a słowa właściwie same pojawiają się na moim iPadzie. Z pewnością jeszcze tu wrócę. Tak działa magia kilku uśmiechów zapracowanych i zmęczonych baristów. Zobacz teraz, jak ładnie ta sytuacja sprowadza się do tego jednego stwierdzenia, tego jednego zdania z mojego opisu, tego, które już dzisiaj czytałaś, czytałeś: „Kocham… 🙍‍♂️ludzi, choć bywa, że się ich boję 😱”. Opis miejsca, które wybrałem w kawiarni, doskonale to obrazuje, prawda? Nastawione na ludzi, ale jednak odpowiednio „zabezpieczone”. Fakt, że zostałem tu tak miło przywitany, wręcz ugoszczony – ma kolosalne dla mnie znaczenie, tak duże, że piszę o tym do Ciebie.

    Mam kilka ulubionych kawiarni w Warszawie i okolicach. W każdej z nich mam też moje ulubione miejsce do siedzenia – za każdym razem bardzo precyzyjnie dobrane. Zauważyłem jednak, że mimo poczynionych starań, by właściwie usiąść, by skierować moje momenty rozproszenia na przechodzących ludzi, nie wszystkie kawiarnie lubię jednakowo. Są takie, które odwiedzam z wielką przyjemnością, o których samo wspomnienie sprawia, że w mojej głowie pojawia się uśmiech, a są takie, do których udaję się bez entuzjazmu, chyba głównie z rozsądku – ponieważ wiem, że jest to miejsce, w którym będę mógł zrobić to, co akurat mam do zrobienia. I wcale nie chodzi tu o jakość przygotowywanej kawy – tą najbardziej lubię przygotowaną po mojemu, w domu – ale w tym wypadku o ludzi, którzy ją przygotowują.

    Jednym z takich „moich” miejsc w Warszawie, w których mogę spokojnie popracować, jest kawiarnia Caffe Nero przy dawnym Kinie Femina. Jest to dość duża kawiarnia z dwoma piętrami dostępnymi dla gości, z milionem miejsc do siedzenia, które zostały przygotowane specjalnie dla osób takich jak ja. Jest to dość popularne miejsce wśród osób pracujących w sposób podobny do mojego, jednak zawsze znajdzie się tam dla mnie jakieś fajny dla mnie kącik – nawet jeżeli nie ten mój ulubiony – ale najczęściej z ładnym widokiem na Warszawę. Lubię tam przychodzić, choć jest jedna rzecz, która okrutnie niszczy ten piękny obrazek. Gdy tylko przekraczam próg tej kawiarni, słyszę od osób tam pracujących słowa „dzień dobry”. Niby pięknie i miło, prawda? Ale nie. Jest to często najsmutniejsze przywitanie, jakie mam okazję danego dnia doświadczyć. Osoby pracujące w tym miejscu – najczęściej bardzo młode – są tak bardzo przygnębione, smutne, zmęczone i znużone. A to psuje piękny klimat całej kawiarni. Często zdarza się, że gdy już poproszę Panią baristę lub baristkę o przygotowanie mojej ulubionej kawy (a kawa w tym miejscu jest naprawdę dobrze robiona!), a ta odwróci się do mnie plecami, by ten napój przygotować, wspinam się na palce, aby oczami sięgnąć przez ladę i spojrzeć na całą smutną postać. Nie, wcale nie po to, aby popatrzeć sobie na tę dziewczynę, ale by sprawdzić, czy przypadkiem nie ma do kostki przytwierdzonego łańcucha. Takiego, który nie pozwala jej uciec z tego okropnego miejsca. Takie właśnie miny towarzyszą najczęściej mojej wizycie w tym miejscu. I choć za każdym razem staram się uśmiechać do osób tam pracujących, to raczej nie zdarza się, aby uśmiech ten był odwzajemniony. Na początku tłumaczyłem sobie, że być może jak ktoś pracuje od samego rana (kawiarnia jest otwarta od godziny 7), a ja przychodzę około południa, to bariści są już zwyczajnie zmęczeni. Jednak próby przeprowadzone o godzinie 7:05, 7:30, 8:00 i 9:00 przyniosły identyczne efekty. Pomyślałem więc, że może chodzi o mnie, może inni goście kawiarni otrzymują wraz z ulubioną kawą choć mały uśmiech? Jednak i w tym przypadku moje obserwacje pokazały, że się mylę. Może osoby tam pracujące, po prostu nie kochają za bardzo swojej pracy (choć wykonują ją naprawdę dobrze!)? Może nie każdy potrafi odnaleźć radość w swojej codzienności?

    Na innym krańcu mojej opowieści znajduje się kolejna kawiarnia, tym razem w Pruszkowie – małej miejscowości pod Warszawą. Choć słowo „kawiarnia” jest w tym przypadku wręcz kolosalnie przesadzone. Na stacji kolejki, na peronie w kierunku Warszawy, w murze jednego z budynków znajduje się dziura, z której przemiły Pan lub Pani (zmieniają się chyba co drugi dzień) sprzedają kawę. Być może trochę przesadziłem z określeniem „dziura w murze”, pewnie właściciele „Coffee Mania” (tak nazywa się ta dziura… to znaczy kawiarnia… to znaczy to miejsce) byliby lekko oburzeni, ale faktem jest, że można tam jedynie kupić kawę i sobie iść. Napoje – w porównaniu do normalnych kawiarni, takich ze stolikami, krzesłami itp. – są dość tanie, przygotowane bardzo dobrze i, co ważne, z sercem. Nie wiem dokładnie, jak opisać kawę zrobioną „z sercem”, ale gdy ją pijesz, to to czujesz. Jest smaczna, taka… dopracowana. Ale najlepsi w tym miejscu są… ludzie. Najczęściej kawę podaje jedna z dwóch osób, o których już napisałem. Obydwie witają swoich gości dużym, szczerym uśmiechem, często próbują sobie przypomnieć, o jaką kawę prosiłem ich (ja, czy jakikolwiek inny gość) ostatnim razem, czasem – gdy w kolejce nie czekają kolejne osoby – zagadną czymś miłym. Są duszą tego zwykłego peronu. Choć jest to tylko dziura w murze, to bije z niej tak przyjazna atmosfera. A to przekłada się na z kolei na zachowanie i nastrój ich gości, ludzi, którzy kupuję kawę.

    Choć nie mogę tam usiąść, nie mogę na miejscu popracować – a jest to przecież zazwyczaj główny powód, dla którego wybieram kawiarnie – uwielbiam zamawiać kawę w tym miejscu, uwielbiam ludzi, którzy ją przygotowują.

    Czy istnieje miejsce, w którym łączą się te dwa elementy? Gdzie uśmiechnięci, zadowoleni z życia, ze swojej pracy ludzie, podadzą mi moją ulubioną kawę do fajnego stolika? A może to smutne miejsca przyciągają radosnych ludzi? I na odwrót?

    Rozmyślania na ten temat przypomniały mi o jednej ważnej rzeczy – ja przecież również jestem baristą czyjegoś dnia. Choć nie przygotowuję kawy, to codziennie spotykam mnóstwo ludzi i moja mina, mój nastrój, samopoczucie, mają wpływ na ich dzień. Mogę więc sam być tą uśmiechniętą osobą, która przygotuje czyjś dzień, nawet w smutnym miejscu.

  • O niczym i o oknie…

    Lubię czasem stanąć w kuchni przy oknie i patrzeć na toczące się za szybą życie. To okno jest moim telewizorem, a to, co za nim – filmem dokumentalnym. A przynajmniej z taką nadzieją patrzę. A może to jedynie film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami? Ubarwiony, aby ładniej wyglądał dla oglądającego? Może ten przejeżdżający właśnie samochód, wcale nie jest prawdziwy i jedzie tylko dlatego, że ja patrzę? Może ktoś specjalnie wysłał tego chłopczyka na spacer z psem? Oglądam to, niczym serial na Netflixie, z nadzieją, że jest w tym choć trochę prawdy.

    Patrzę na blokowe okna, które mnie otaczają – za każdym z nich rozgrywa się jakaś historia. Widzę takie jedno na trzecim piętrze, z typowo kuchenną firanką. Zastanawiam się, czy ktoś tam gotuje obiad. Jest sobota, godzina odpowiednia – to prawdopodobne. A może nikogo tam dzisiaj nie ma? Może mieszkańcy wybrali się na wycieczkę? Może do lasu albo parku? Ciekawi mnie, ile osób mieszka za tą szybą. Obok tego typowo kuchennego okna, widzę drugie, z ładnymi żaluzjami, pewnie od jakiegoś pokoju. Tak wyglądające okno chciałbym mieć w małym pokoiku – musi to ładnie wyglądać od wewnątrz. Obok mocno zabudowany balkon – tak, jakby ktoś chciał powiększyć sobie mieszkanie. Pewnie w ciepłe dni traktują te kilka metrów kwadratowych jak dodatkowy pokój. No właśnie – podświadomie zakładam, że mieszka tam kilka osób, pewnie cała rodzina. Te okna właśnie tak wyglądają.

    Gdy tak stoję i patrzę przez to okno, zazwyczaj w mojej kuchni leci muzyka – w końcu, czym byłby film, bez przepięknej muzyki? Ona jest częścią tego wspaniałego spektaklu. Dzisiaj śpiewa Kate Bush, ona zawsze wprowadza mnie w tak specyficzny nastrój, wręcz spowalnia rzeczywistość. To aż nieprawdopodobne, jak dobrze komponuje się z tym, na co patrzę. Jest tak samo niezwykłą artystką, jak niezwykłe jest życie toczące się za tym moim kuchennym oknem. Pozwala mi jednocześnie nie myśleć i zastanawiać się nad czymś bardzo głęboko. To chyba jej zawdzięczasz nastrój tego listu, jak i fakt, że – pomimo wielu słów – niewiele się dzisiaj dowiesz.

    Mógłbym tak stać godzinami, nic nie robić, tylko słuchać tej muzyki i gapić się na życie za szkłem. Szukać każdego najmniejszego ruchu na tym wielkim drzewie, które zapewnia mi cień w ten słoneczny dzień. Wypatrywać przelatujących ptaków, zastanawiać się, dokąd one właściwie tak lecą. I czekać. Sam nie wiem na co. Aż minie czas? A może aż przyjdzie czas?

    I wtedy przypominam sobie, że to przecież wcale nie jest prawda, że patrzę jedynie na film, który ktoś dla mnie stworzył. Że to, co widzę, powstało, bym patrzył. Choć, w odróżnieniu od normalnego Netflixa, nie mogę tego wszystkiego zatrzymać, to jednak mogę to wyłączyć. I sam zagrać w filmie. Moim.

  • Wszystko się zmienia

    Zmiana wisi w powietrzu. Czuję to. Choć w tym roku ja sam nie zmieniam się tak bardzo, to widzę, że wszystko naokoło pędzi ku zmianom. To aż nieprawdopodobne, ale gdzie się ostatnio nie obejrzę, następują zmiany, każdy coś poprawia, usprawnia.

    Dominik pisze w newsletterze o zmianach, Piotrek uruchamia na nowo bloga, Miłosz zamyka Fabrykę, Michał kończy działalność blogową, wielu moich znajomych i współpracowników zmienia pracę, nawet Pani Swojego Czasu przypomina, że nie ma zmian bez zmian. Nie wiem, dlaczego to wszystko dzieje się akurat w tym roku, w tym miesiącu…

    Dzisiaj dowiedziałem się też, że za kilkanaście, może kilkadziesiąt dni, zamkną pewne miejsce – takie, które znalazłem rok temu, a które już zdarzyło odegrać bardzo ważną rolę w moim życiu. Pozwoliło mi zrozumieć, jak wiele zależy ode mnie. Pozwoliło mi zrozumieć, że wszystko zależy ode mnie. Pozwoliło mi wielokrotnie pokonywać moje własne ograniczenia, dało mi czas na myślenie. Pozwoliło mi poznać ludzi, prawdziwych, pełnych pasji ludzi. Szczerze mówiąc (pisząc), to chyba właśnie w tym miejscu spotkałem najbardziej wypełnioną pasją ludzi w moim życiu. I tą pasją oni mnie zarazili. Zobaczyłem, że nie liczy się wiek, nie liczy się waga, płeć, że ograniczenia zwyczajnie nie istnieją. Cieszę się, że tak chętnie przyjęli mnie i ugościli. A teraz to miejsce znika. Ot tak, bo ktoś zdecydował, że powstanie tam coś zupełnie innego.

    Dowiedziałem się o tym dwie godziny temu. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, gdy się o tym dowiedziałem: gdzie ja się teraz podzieję? Co będzie z tymi ludźmi, którzy tu pracują, którzy są tu codziennie? Poczułem smutek.

    Jednak nie minęła nawet godzina, gdy na moją twarz powrócił uśmiech. Przypomniałem sobie bowiem, że ta zmiana – jak z resztą każda inna – może przynieść garść dobrych rzeczy. Mnie oraz osobom, z którymi się tam widuję, którzy tam pracują. Nie lubimy zmian, szczególnie gdy przychodzą z zaskoczenia. Jeżeli to my sami powodujemy zmiany – łatwiej nam się z nimi pogodzić, ale kto ktoś decyduje za nas… wtedy jest nieco gorzej. Jednak zmiana może – i nawet powinna – przynieść coś dobrego. Trzeba tylko umieć z niej skorzystać. Spojrzeć na nią jak na okazję – do zmiany. Gdy noc zmienia się w dzień – to nasza okazja do zrobienia czegoś nowego.

    Niech każda zmiana w Twoim życiu przyniesie coś fajnego!

  • Życie jak sen

    Gdy byłem mały, w telewizji leciał taki śmieszny serial, „Życie jak sen” (org. „Dream on”) – uwielbiałem go oglądać. Opowiadał on o przygodach (dość duże słowo w kontekście bohatera serialu, chyba lepiej powiedzieć „codzienności”) Martina Tuppera, książkowego redaktora, rozwodnika, ojca nastoletniego chłopca. Niby nic nadzwyczajnego, prawda? Ot, takie tam zwykłe perypetie, zwykłego człowieka. Nic ciekawego. Była jednak jedna rzecz, która wyróżniała ten serial spośród innych, jeden szczegół, który sprawiał, że prawie z wypiekami siadałem do każdego kolejnego odcinka. Martin, w dzieciństwie oglądał sporo filmów. Wiemy to z czołówki serialu, w której widać jak mama sadza Martina – niemowlaka – przed telewizorem i zaczyna zajmować się domowymi sprawami. Martin z zaciekawieniem ogląda kolejne czarno-białe filmy i seriale. Z tej sceny wynika, że właśnie tak wyglądała spora część dzieciństwa Martina. I „dzięki” temu, nasz bohater – już jako dorosły człowiek – postrzega swoją codzienność, przez pryzmat scenek ze starych filmów, tych, które kiedyś obejrzał. Co chwilę przypominał sobie jakiś fragment filmu, który jest odzwierciedleniem tego, co aktualnie dzieje się w jego życiu. W praktyce, dla nas – widzów – oznacza to, że co kilka minut na ekranie naszego telewizora, pojawia się fragment starego, czarno-białego filmu. W doskonały i komediowy sposób ubarwia to każdą sytuację, w jakiej znajduje się Martin i sprawia, że serial jest ciekawy i zabawny.

    Choć „Życie jak sen” oglądałem, gdy byłem jeszcze małym chłopakiem, i nie za bardzo mogłem utożsamiać się z Martinem, 40-letnim rodzicem-rozwodnikiem z mnóstwem przedziwnych (dla mnie w tamtym czasie) problemów, to jednak lubiłem ten serial. Z utęsknieniem czekałem na każdy kolejny odcinek. A były to przecież czasy, gdy nie mieliśmy jeszcze wideo na żądanie, bo i internet dopiero zaczynał raczkować. Kolejne odcinki naszych ulubionych seriali, leciały w telewizji – w najlepszym przypadku – każdego dnia o tej samej porze, a dość często i raz w tygodniu. Więc wytrwale czekałem i uważnie śledziłem przedziwne losy mojego bohatera. Oczywiście „Życie jak sen” najbardziej lubiłem za te śmieszne fragmenty starych filmów, które w tak zabawny sposób ubarwiały przygody Martina. Sama koncepcja takiego podejścia do życia bardzo mi się podobała.

    Gdy byłem mały, oglądałem całkiem sporo telewizji. Pewnie nie tak dużo, co Martin – nie zawładnęły one moim życiem w stopniu, jaki przedstawiony jest w serialu, ale muszę przyznać, że widziałem nie jeden film i serial. Po wielu latach widzę, że i na mnie miało to wpływ. Czasem zdarza się, że gdy jestem w jakiejś sytuacji, podobnie jak Martin, widzę w głowie scenkę ze starego filmu – taką, w której rozegrało się coś podobnego. To całkiem zabawne, gdy coś się dzieje wokół mnie, a mi przypomina się fragment z „Przyjaciół” (♥️), „Rambo” czy „MacGyver’a”.

    Jakiś czas temu wydarzyła się pewna rzecz, która bardzo dobrze to obrazuje. Od roku trenuję jazdę na rolkach. Próbuję nauczyć się kilku fajnych rzeczy i coraz lepiej mi to wychodzi. Nauka nie jest prosta, ponieważ momenty przełomowe, te, z których mogę być prawdziwie zadowolony, nie zdarzają się codziennie, raczej raz na kilka tygodni. I kilka miesięcy temu przeżyłem właśnie jeden z takich większych momentów, tych, które nazywam przełomowymi. Coś nagle i bardzo niespodziewanie przestawiło się w mojej głowie i odblokowała mi się możliwość swobodnej jazdy w określony, nowy sposób. Otworzyło to dla mnie zupełnie nowe możliwości w dalszej nauce. Istotne w tym jest, że moment ten był prawdziwie „nagły” i „niespodziewany”, to znaczy, w ciągu dosłownie jednej sekundy zacząłem robić coś, czego jeszcze chwilę wcześniej nie umiałem robić. I dokładnie w tamtej chwili w mojej głowie pojawiła się scena z pewnego filmu, który kiedyś oglądałem.

    Oglądałaś/eś „Matrixa”? Była tam scena, w której Neo – główny bohater – zostaje podłączony do komputera, a następnie do jego głowy ładowane są nowe umiejętności. Po jednym z takich „wgrań” Neo otwiera oczy i mówi „I know kung fu”. I dokładnie to przytrafiło mi się podczas treningu tamtego pamiętnego dnia. Momentalnie też, scena z „Matrixa” wskoczyła do mojej głowy. Uświadomiłem też sobie w tamtej chwili, że właśnie przeżywam moje prywatne „Życie jak sen”. 🙂

    Gdy w kolejnych tygodniach, zacząłem uważniej obserwować moje myśli, odczucia, baczniej przyglądałem się wydarzeniom, odkryłem, że podobne sytuacje przytrafiają mi się częściej. Do mojej głowy wracają wspomnienia z obejrzanych filmów i seriali, a sceny, które rozgrywają się wokół mnie, są niczym te, widziane wcześniej na szklanym ekranie telewizora.

    Jak jest z Tobą? Czy i wokół Ciebie nieustannie rozgrywają się serialowe sceny? Czy tylko ja jestem tak zwariowany? 🙂

  • Skasowałem Facebooka

    Kilka tygodni temu skasowałem Facebooka. I Instagrama. Wprawdzie chodzi tylko o aplikacje w telefonie, a nie o konta w tych serwisach, ale może i do tego drugiego w końcu kiedyś dojrzeję.

    Od dawna już o tym myślałem. Obydwa serwisy, a szczególnie Instagram, zaczęły zajmować mi ostatnio za dużo czasu. Coraz mniej tam publikowałem (z bardzo różnych względów –  na opowiedzenie tej historii pewnie przyjdzie czas) a coraz więcej chłonąłem. Przeszedłem z trybu twórcy, w tryb konsumenta. Algorytmy coraz lepiej uczyły się tego, co lubię i coraz śmielej podrzucały mi „mięsne kąski”, którym coraz trudniej było mi odmawiać. Kiedyś dziwiłem się ludziom, którzy opowiadają, jak to potrafią zniknąć na godzinę scrollując Instagrama, czy TikToka. 

    Nie mogłem sobie wyobrazić, co można robić tak długo w miejscach tego typu. Aż zrozumiałem – wystarczy jedynie, że algorytm wyczuje, co lubisz i koniec z Tobą. A przynajmniej ze mną. Każde otwarcie aplikacji Instagrama może wtedy zakończyć się czterdziestopięciominutową dziurą w życiu. Facebook na szczęście robi to trochę gorzej – albo gorzej działa to na mnie – ale i tu można wpaść w przygotowaną zasadzkę. Bardzo mnie to bolało, bo dostrzegłem, że i ja spędzam w mediach społecznościowych zbyt dużo czasu. Więcej, niż bym chciał. I może nie byłbym z tego powodu taki smutny, gdyby przy okazji każdych odwiedzin, udawało mi się wyciągnąć z tego jakąś wartość. Dokładnie tak – jest to kwestia inwestycji (czasu), a potem ile z tego wyciągasz (np. wiedzy). Niestety – nic podobnego się nie działo. Zamiast wartości, była czysta rozrywka i tak wyniszczające pobudzanie emocji. Choć skala tego problemu nie była u mnie jeszcze bardzo duża, to i tak było mi z tym źle.

    Więc kilka, (czy nawet już teraz kilkanaście) tygodni temu, postanowiłem wywalić zarówno app’kę Instagrama, jak i Facebooka z telefonu. Na wszelki wypadek (chyba sam nie do końca wiem, na jaki dokładnie wypadek), zostawiłem je sobie jeszcze na iPadzie, ale ogólnie rzecz biorąc – odciąłem się. I zacząłem obserwacje. Bo nie wiedziałem, co się wydarzy.

    To zabawne, że prawdziwy problem jaki (może powoli, a może już dość szybko) się u mnie tworzył, dostrzegłem dopiero po pozbyciu się jednej i drugiej app’ki. Zauważyłem na przykład, że odruchowo sięgam kilka razy dziennie po telefon, choć nie mam ku temu żadnego powodu. Innym razem, gdy chcę coś sprawdzić albo zanotować, biorę smartfona, odblokowuję i… zapominam, po co go wziąłem. Zaczynam wtedy szukać czegoś gorączkowo – aby nadać sens akcji sięgnięcia po telefon. Teraz już wiem, gdzie wcześniej w takich sytuacjach kończyłem. Zazwyczaj włączałem Instagrama i zabijałem kilka, czasem kilkanaście, albo i kilkadziesiąt minut mojego życia. Smutne. Ale zarazem i pozytywne – że teraz to widzę.

    No dobra – wiem, że trochę przesadzam. Albo raczej to wszystko mocno wyolbrzymiam. W końcu czym jest te kilka (kilkanaście, kilkadziesiąt) minut spędzone w mediach społecznościowych? Przecież spokojnie można by próbować podciągnąć ten czas pod „odpoczynek”, „przerwę” czy jakiegoś rodzaju „oderwanie się” od spraw codziennych. I tu pojawiają się wartości, jakimi każdy z nas się kieruje, wizja życia. W mojej konsumpcja, sztuczne i bezsensowne pompowanie emocji, „zabijanie” czasu, odpoczynek – który jest przeciwieństwem odpoczynku – są opisane hasłem: marnowanie czasu. Czasu, którego przecież nie mam w nieograniczonym zakresie. Czasu, który mógłbym wykorzystać o wiele, wiele lepiej. Każde otwarcie aplikacji Facebooka i scrollowanie tego, co się w niej znajduje, jest dla mojego umysłu tym samym, co zjedzenie cheeseburgera z McDonalda dla mojego ciała – nie tylko nie daje żadnych wartości odżywczych, nie dodaje energii, ale zajmuje niepotrzebnie miejsce w moim żołądku, jest wręcz toksyną, która w jakimś tam stopniu zatruwa mój organizm. O, to w ramach krótkiego wyjaśnienia mojego takiego, a nie innego podejścia do tych serwisów – albo raczej sposobu, w jaki z nich korzystałem w ostatnim czasie.

    Po wyrzuceniu obydwóch społecznościowych zjadaczy czasu zauważyłem, że moja uwaga we wcześniej opisanych sytuacjach, zaczęła skupiać się na dwóch innych aplikacjach. Pierwsza z nich to Insta…paper 🙂 Instapaper. To aplikacja, której używam do przechowania na później artykułów do przeczytania. Choć nie będzie to do końca sprawiedliwe określenie, to można by powiedzieć, że z nudów zacząłem więcej czytać. I super. Druga app’ka, która zaczęła częściej pojawiać się na ekranie mojego smartfona to Moleskine Journey – pomagała mi w prowadzeniu dzienników i pilnowaniu nawyków (oj, pewnie jeszcze o niej przeczytasz u mnie na blogu). I to również jest wspaniała sprawa. Czas poświęcany do tej pory na Instagrama i Facebooka, zacząłem przeznaczać na tak bardzo pomagające mi w codzienności aplikacje. Choć trochę bałem się wywalenia mediów społecznościowych z telefonu (poza Twitterem, którego nadal uwielbiam, ale to również inna historia), to dzisiaj jestem bardzo zadowolony. Wiem też, że to nuda najczęściej sprowadzała mnie do uruchomienia tych niechcianych app’ek. Teraz z nudów czytam albo piszę – dla mnie świetna zamiana.

    Ach… pomimo faktu, że zarówno Facebook, jak i Instagram, zostały u mnie na tablecie, to uruchamiam je jedynie raz na tydzień, dwa, trzy (coraz rzadziej i góra na 10 sekund, słowo!), aby sprawdzić, czy nie czekają tam na mnie jakieś ważne powiadomienia. I wiesz co? Ani razu nie czekały. Więc myślę, że i z iPada w końcu będę mógł wyrzucić ten zbędny już balast. A to już otwarta droga do tego, aby zupełnie zniknąć z tych serwisów…

    ps 1. Piszę to wszystko do Ciebie, abyś i Ty zastanowił/a się nad tym, jaką rolę w Twoim życiu pełnią media społecznościowe. Często wypełniają nam one czas i nie dają przestrzeni, aby zastanowić się, czy to aby na pewno zdrowe. Czy nam służy, czy raczej zniewala.

    ps 2. Być może wrócę jeszcze do używania jednego, czy drugiego serwisu – i myślę tu jednak raczej o Instagramie, niż o Facebooku – jednak chcę nauczyć się z nich inaczej korzystać i występować tam już nie tak często jako konsument, ale bardziej jako twórca.

  • Jaki masz odkurzacz?

    Przeprowadziłem ostatnio bardzo ciekawy, acz totalnie nieplanowany eksperyment społeczny. Jego wynik, jak i sam przebieg, totalnie mnie zaskoczyły. Pokazał też, że czasem z pozoru proste i niewinne pytanie, potrafi sprawić sporo trudności naszej głowie. Moim eksperymentem było pytanie: jaki masz odkurzacz?

    Od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad kupnem odkurzacza. Przez ostatnie kilka lat obchodziłem się bez niego, używałem jego ręcznej i prostszej odmiany – zmiotki, czy może szczotki. Zwykłej, zielonej, zazwyczaj skutecznej i wystarczającej. Choć nie mogę powiedzieć, abym ostatnio jakoś wielce rozczarował się jej możliwościami, to jednak postanowiłem choć zbadać możliwość wymiany jej na odkurzacz. Trochę w ramach ułatwiania drobnych codziennych zadań, trochę by podnieść jakość wykonywanych porządków, a trochę… by coś poprawić i ulepszyć w życiu. Ten ostatni powód, choć nie jest moim ulubionym przy podejmowaniu decyzji zakupowych, czasem potrafi sporo zmienić. I właśnie na to liczyłem. Zdarza się, że Piotr (nagrywamy razem 🐽 PiG Podcast) opowiada w naszej audycji, jak zmywarka zmieniła jego życie. Wtedy zazwyczaj śmieję się z niego, twierdząc, że jest to jeden z tych zbędnych gadżetów – szczególnie dla (aspirującego) minimalisty, którego wszystkie naczynia w domu nie wypełniłyby nawet typowej zmywarki. Jednak sama idea posiadania urządzenia takiego jak zmywarka jest całkiem kusząca. Ja chwilowo nabrałem ochoty na posiadanie innego życiowego ułatwiacza.

    A więc odkurzacz. Nie wiedziałem jednak, jaki model byłby dla mnie odpowiedni. Moja gadżeciarskiej dusza krzyczała wręcz, aby skupić swoją uwagę na tych małych, automatycznych robotach odkurzających. Choć nie mam zbyt wielkiej powierzchni do odkurzania, to pomysł ten był bardzo kuszący. Poza praktycznym zakupem zaspokoiłbym również zachciankę technologiczną. Mój wewnętrzny minimalista podpowiadał jednak, aby nie zwracać uwagi na te małe, zwariowane i bajeranckie robociki, ale by wybrać pionowy model odkurzacza – jest praktyczny, praktyczny i jeszcze raz praktyczny – tak przynajmniej wtedy myślałem. Do tego jest wygodny i łatwo-przechowywalny, no i nie musi stale zajmować kawałka podłogi – a pustą przestrzeń w domu cenię sobie dość mocno. Chyba idealnie sprawdziłby się w moim mieszkaniu. Zakorzeniona w tradycji cząstka mnie krzyczała jednak na to, że to przecież tylko głupi odkurzacz i nie warto zaprzątać sobie głowy zastanawianiem się nad jego wyborem – mówiła, by iść do sklepu i kupić zwykły, tradycyjny workowy odkurzacz. Sprawdzał się wczoraj, sprawdzi się i dziś. I takie oto dylematy przede mną wyrosły.

    Choć wiedziałem, że w gruncie rzeczy ostateczną decyzję podejmę, gdy stanę w sklepie przed odpowiednią półką i po trzydziestominutowych rozważaniach wezmę ten jeden, pasujący mi egzemplarz, to postanowiłem jednak popytać wcześniej ludzi o ich doświadczenia z różnymi rodzajami odkurzaczy. Miało to był totalnie niewinne, kierowane zwykłą ciekawością, badanie rynku. I tu właśnie pojawia się to kluczowe pytanie, które zadaję ostatnio na prawo i lewo: jaki masz odkurzacz?

    Nie spodziewałem się, że to, z pozoru proste zdanie, wywoła tak wiele zamieszania wokół siebie. Zadawałem je przyjaciołom, rodzinie, klientom, współpracownikom… Trafiło do przedsiębiorców, prezesów, kucharzy, matek, mężów, córek… pytałem, kogo tylko mogłem. Moje badania początkowo nie miały być tak rozległe, ale gdy zobaczyłem, jak wiele problemów ludzie mają z odpowiedzią… uruchomiła się moja ciekawość z zupełnie nowego obszaru i postanowiłem badać szerzej. I wtedy już wcale nie chodziło o ten głupi odkurzacz – choć rady na ten temat były przydatne, to o wiele cenniejsze było obserwowanie reakcji pytanych ludzi.

    Po pierwsze, okazało się, że dla wielu osób, rodzaj posiadanego odkurzacza jest w pewnym stopniu wyznacznikiem statusu społecznego. Było to mega dziwne odkrycie – dla mnie jest to zwykłe urządzenie, które ma pomóc w porządkowaniu domu, ale dla innych, powód do wejścia na odpowiedni poziom na drabince społecznej – im lepszy odkurzacz, tym lepsza grupa, w której myślimy, że się znajdujemy. Królowali tu oczywiście posiadacze głównie odkurzaczo-robotów, i to tych bardziej inteligentnych. Oni bardzo lubili opowiadać o swoich doświadczeniach z odkurzaczem, nie pomyl tego jednak z odkurzaniem – w całej ich przygodzie, najczęściej wcale nie chodziło o proces odkurzania, a o doświadczenia związane z samym posiadaniem urządzenia. Aplikacje do zarządzania takimi odkurzaczami same z resztą do tego zachęcają – chociażby przez to, że „każą” nadawać urządzeniom imię, taki odkurzacz w rękach niektórych osób stawał się kolejnym zwierzątkiem domowym. Tylko lepszym – bo dającym się zaprogramować. Ja pytałem te osoby o zalety urządzania (które ma pomóc w sprzątaniu), a dostawałem garść informacji o pupilku, który „łazi” po ich mieszkaniu i wyczynia różne dziwne rzeczy. Czasem nie za wiele mogłem usłyszeć o samym procesie porządkowania.

    Drugą ciekawą rzeczą, którą dostrzegłem w odpowiedziach moich rozmówców, było to, że… część z nich wstydzi się odpowiadać na moje pytanie. I tu byłem najbardziej zdziwiony. Dlaczego jest Ci głupio z powodu rodzaju odkurzacza, jaki posiadasz – myślałem, patrząc na rozbiegane oczy i zaczerwienione policzki zapytanych. W tej kategorii przodowali użytkownicy najbardziej tradycyjnych, typowych odkurzaczy workowych. Choć odkurzacze te od lat wspaniale sprawdzają się w tym, co mają robić, to okazuje się jednak, że w dzisiejszych czasach taki sprzęt to już… obciach. Hmm.

    Wśród ciekawych i wartych odnotowania odpowiedzi znalazło się też kilka typu: „ja w domu nie odkurzam, u mnie zajmuje się tym Pani X” (osoba zatrudniona do sprzątania). Wypowiedzenie tego zdania łączyło się często z lekkim, ale dość charakterystycznym zadarciem noska ku górze – był to też gest pokazujący, że moje pytanie jest lekko niestosowne i zadałem je niewłaściwej osobie. Oczywiście taka odpowiedź była dla mnie totalnie nieprzydatna, w kontekście wyboru, jaki miałem dokonać – końcu nie zawierała informacji o tym, jakiego odkurzacza Pani X używa, ale z psychologicznego punktu widzenia, obserwowanie takiej reakcji było interesujące.

    Zauważyłem też kilka ciekawych schematów w wyborach dokonanych przez moich rozmówców. Automatyczne robociki sprzątające wybierane były często przez osoby, które mają raczej małe powierzchnie mieszkaniowe – co było dla mnie sporym zaskoczeniem, w końcu mogłoby się wydawać, że taki wybór będzie najlepszy dla osób, które mają trochę więcej do sprzątnięcia. Odkurzacze pionowe wybierane były przez osoby bardziej pewne siebie, i tu rzadziej trafiałem na zakłopotanie przy udzielaniu odpowiedzi. Osoby z takim sprzętem były raczej pewne swojego wyboru i – co ważne – były z niego zadowolone. Rzadziej kierowały się nowinkami technologicznymi, a częściej wygodą. Od tej grupy osób uzyskałem też najwięcej cennych informacji. Dowiedziałem się na przykład, że – w przypadku odkurzaczy bezprzewodowych – ważna jest bateria, z jaką kupujemy odkurzacz, ale również to, że z czasem jej jakość ulega pogorszeniu (niby logiczne, ale często o tym zapominamy). Ciekawe (choć równie dobrze mógłbym tu użyć słowa „szokujące”) było też to, że niektórzy posiadacze odkurzaczy pionowych, szczególnie tych „lepszych”, często znali na pamięć dokładny model odkurzacza, jaki posiadają (nie tylko nazwę producenta, ale dokładny model, np. Dx2298). Ja takie rzeczy, jeżeli oczywiście wiem, że mi się przydadzą w przyszłości, zapisuję w notatniku – i jak najszybciej z pamięci wyrzucam. Nie wyobrażam sobie zaprzątać głowy tego typu informacjami. Jak widać, co odkurzacz, to inna historia.

    Gdy pierwszy raz zadawałem pytanie: „jaki masz odkurzacz?”, nie spodziewałem się, że uruchamiam nim tak ciekawy proces psychologiczny. Chciałem dowiedzieć się, jakie są wady i zalety różnych sprzętów, a dowiedziałem się znacznie więcej. Z perspektywy wyboru, jaki chciałem dokonać, jedynie kilka procent przekazanych informacji było cennych – i z nich z pewnością skorzystałem przy dokonaniu mojego wyboru. Reszta była jak film w kinie – były emocje, duma, strach, tylko łez na szczęście nie widziałem. 🙂

    Ps. W całej tej historii nie jest zbyt ważne, jaki odkurzacz ostatecznie wybrałem, ale nie pozostawię Cię bez tej informacji. 😉 Po długich rozważaniach przy sklepowej półce, kupiłem najtańszy pionowy odkurzacz, jaki znalazłem. Jest przewodowy, bardzo prosty, mały i… odkurza. Niczego więcej mi nie potrzeba. Ciekawe więc, w której grupie, z tych poznanych ostatnio, bym się znalazł…

    A Ty? Jaki masz odkurzacz? 🙂

  • sprzedam gitarę

    Życie to sztuka wyboru – jakie to banalne. A jednak – tak mocno prawdziwe. Zawsze, gdy próbuję oszukać ten brutalny slogan… ponoszę porażkę. Mało tego, jeżeli tylko zaczynam walczyć, wmawiając sobie, że dam radę bez dokonywania wyborów, bez rezygnowania, bez podejmowania trudnych decyzji, że pogodzę wszystko na raz – słowo „porażka” staje się codziennością.

    W moim domu nie ma ostatnio wielu rzeczy. Minimalizm ewidentnie na mnie wpłynął. Przynajmniej pozornie. Wysprzątałem mieszkanie, ale w głowie pozostał bałagan – i zaczynam czuć zmęczenie.

    Dawno nie pisałem na blogu. To właśnie efekt całego tego bałaganu. Szumu – tak, to chyba lepsze słowo. W mojej głowie jest pełno szumu. Sam go sobie funduję od kilku miesięcy. Łatwiej jest wtedy działać, iść do (jakiegoś) przodu. Szum pomaga nie myśleć o drodze, być jak nakręcona zabawka.

    Odnalazłem minimalizm. Odnalazłem przestrzeń. I zacząłem ją wypełniać. A to jest błąd.

    Tak dawno do Ciebie nie pisałem, że trochę zapomniałem już jak to się robi. List ten wydaje mi się być chaotycznym zbiorem myśli. No właśnie – szumem. Reprezentuje to, co dzieje się ostatnio w mojej głowie. Ciężko mi się skupić na tym, co trzeba, na tym, na czym chcę się skupiać. I skaczę z jednej myśli na drugą – nie tylko w tym liście. Wszędzie dookoła, w każdym obszarze mojego życia. Tak właśnie wyglądają u mnie ostatnie miesiące. Czy to źle? Nie do końca. Choć doszedłem do miejsca, w którym widzę już, że chcę coś zmienić, poprawić, to wiem też, że szum, jaki mnie otacza, jaki mam w głowie, pomógł mi. Sprawił, że zacząłem myśleć w inny sposób, korygować obrany wcześniej kierunek, weryfikować założenia, dodawać i usuwać elementy. Zacząłem przepakowywać walizkę życia. Jakkolwiek śmiesznie to brzmi, jest w tym wiele sensu. A ta walizka – są w niej rzeczy, które chcę zabrać w dalszą podróż. Ostatnie miesiące traktuję jak przystanek w tej podróży. Zatrzymałem się i nocuję. W hotelu. Wynająłem pokój i zacząłem zwiedzać. Wybrałem się również na zakupy. A teraz dochodzę do punktu, w którym trzeba się ponownie spakować i ruszyć dalej, w dalszą podróż. Pozostaje pytanie: co spakować, a co zostawić?

    Gitara. Piękna, drewniana zabawka. Jest ze mną chyba od roku. Gdy ją dostałem, była w kiepskim stanie. Naprawiłem, wyczyściłem, przytuliłem, porozmawiałem, znalazłem dla niej miejsce, oddałem kawałek ramienia, życia – chciałem, aby wyruszyła ze mna w podróż. Choć jest duża, nieporęczna i zajmuje mnóstwo miejsca w walizce, to miałem plan, aby ją ze sobą wozić. Mimo tego, że wiedziałem, że to nie do końca moja bajka.

    Od jakiegoś czasu stoi jednak i zbiera kurz. Mój fajny plan, aby nauczyć się grać, nie do końca wypalił. To był przypadkowy pomysł, zachcianka, zabawka. Trochę jak taki bardziej elegancki serial na Netflixie. Zamęt.

    Właśnie ta gitara stała się symbolem. Odzwierciedla cały ten szum. Jest zobowiązaniem, którego nie mogę, nie powinienem i nie chcę kontynuować – do niczego mnie nie prowadzi. Odciąga od tego, na czym chcę się skupiać, co chcę, aby było dla mnie ważne. I z jednej strony od kilku miesięcy tłumaczę sobie, że przecież nic mnie nie kosztuje to, że stoi sobie spokojnie w domu, że ładnie wygląda, że ma swoje miejsce, że nie muszę jej używać codziennie, że może kiedyś zechcę kontynuować grę, to jednak wiem, że aby iść dalej, aby ruszyć w dalszą podróż – muszę się jej pozbyć. Wiem, że jeżeli tego nie zrobię, nie będzie miejsca na inne rzeczy. Na to, co już od dawna jest w mojej walizce – ta przecież ma ograniczoną pojemność. Jeżeli ja nie dokonam wyboru, z czego chcę zrezygnować, życie samo za mnie zdecyduje. Walizka się rozpruje i wszystko wyleci. W najmniej odpowiedniej chwili. A ja nie zdążę tego pozbierać. I może się okazać, że jedyne, co uda mi się wtedy złapać, będzie właśnie ta gitara – i zostanę tylko z nią. A tego przecież nie chcę.

    Jest taka fajna zasada, która głosi, że jeżeli coś nie jest na „tak, TAK TAKKK!!!!!”, jeżeli myślenie o tym czymś nie przyprawia nas o wypieki na twarzy, nie wzbudza ogromnych emocji – to znaczy, że jest na „nie”. Aby brać w życiu tylko to, czego jesteśmy pewni na 120%. A wszystko, poniżej tego pułapu – niewarte jest naszej uwagi. Tak właśnie jest z tą gitarą. Ona nie zarobiła nawet mojego 100-procentowego „tak”. Jest gdzieś na poziomie 60%, może 65%. A to chyba najgorszy z możliwych wyników. Oznacza, że ta rzecz stała się w moim życiu śmieciem, którego nigdy już nie użyję, a którego nie do końca wiem jak się pozbyć.

    Wydawało mi się, że zrobiłem wokół siebie porządek – ale w gruncie rzeczy poupychałem po kątach to i owo. Między innymi gitarę. I dzisiaj właśnie postanowiłem – sprzedaję ją.

    Nie będę tęsknił, nie będę żałował. Wyruszę dalej z lżejszą walizką. Z nadzieją, że nie wypełnię jej za szybko kolejnymi 60-procentowymi zabawkami. Gitara idzie więc pod młotek.

    Może Tobie się przyda? 😉