Smutni ludzie, czy smutne miejsce?

Nie można mieć wszystkiego?

Próbowałaś, próbowałeś kiedyś stworzyć swój własny opis? Na Twittera, Instagrama, Facebooka, Tindera, czy jakiekolwiek inne miejsce w sieci (lub poza nią?), które zachęca, aby taki opis wstawić. Jeżeli nie, polecam Ci, abyś takie ćwiczenie wykonała, wykonał. Zobaczysz – nie jest to wcale takie proste, jak mogłoby się wydawać. Opisać siebie w kilku zdaniach, by było to coś innego, niż: „jestem, jaki jestem”.

Czytaj dalej

O niczym i o oknie…

Lubię czasem stanąć w kuchni przy oknie i patrzeć na toczące się za szybą życie. To okno jest moim telewizorem, a to, co za nim – filmem dokumentalnym. A przynajmniej z taką nadzieją patrzę. A może to jedynie film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami? Ubarwiony, aby ładniej wyglądał dla oglądającego? Może ten przejeżdżający właśnie samochód, wcale nie jest prawdziwy i jedzie tylko dlatego, że ja patrzę? Może ktoś specjalnie wysłał tego chłopczyka na spacer z psem? Oglądam to, niczym serial na Netflixie, z nadzieją, że jest w tym choć trochę prawdy.

Czytaj dalej

Wszystko się zmienia

Zmiana wisi w powietrzu. Czuję to. Choć w tym roku ja sam nie zmieniam się tak bardzo, to widzę, że wszystko naokoło pędzi ku zmianom. To aż nieprawdopodobne, ale gdzie się ostatnio nie obejrzę, następują zmiany, każdy coś poprawia, usprawnia.

Czytaj dalej

Życie jak sen

Gdy byłem mały, w telewizji leciał taki śmieszny serial, „Życie jak sen” (org. „Dream on”) – uwielbiałem go oglądać. Opowiadał on o przygodach (dość duże słowo w kontekście bohatera serialu, chyba lepiej powiedzieć „codzienności”) Martina Tuppera, książkowego redaktora, rozwodnika, ojca nastoletniego chłopca. Niby nic nadzwyczajnego, prawda? Ot, takie tam zwykłe perypetie, zwykłego człowieka. Nic ciekawego. Była jednak jedna rzecz, która wyróżniała ten serial spośród innych, jeden szczegół, który sprawiał, że prawie z wypiekami siadałem do każdego kolejnego odcinka. Martin, w dzieciństwie oglądał sporo filmów. Wiemy to z czołówki serialu, w której widać jak mama sadza Martina – niemowlaka – przed telewizorem i zaczyna zajmować się domowymi sprawami. Martin z zaciekawieniem ogląda kolejne czarno-białe filmy i seriale. Z tej sceny wynika, że właśnie tak wyglądała spora część dzieciństwa Martina. I „dzięki” temu, nasz bohater – już jako dorosły człowiek – postrzega swoją codzienność, przez pryzmat scenek ze starych filmów, tych, które kiedyś obejrzał. Co chwilę przypominał sobie jakiś fragment filmu, który jest odzwierciedleniem tego, co aktualnie dzieje się w jego życiu. W praktyce, dla nas – widzów – oznacza to, że co kilka minut na ekranie naszego telewizora, pojawia się fragment starego, czarno-białego filmu. W doskonały i komediowy sposób ubarwia to każdą sytuację, w jakiej znajduje się Martin i sprawia, że serial jest ciekawy i zabawny.

Czytaj dalej

Skasowałem Facebooka

Kilka tygodni temu skasowałem Facebooka. I Instagrama. Wprawdzie chodzi tylko o aplikacje w telefonie, a nie o konta w tych serwisach, ale może i do tego drugiego w końcu kiedyś dojrzeję.

Od dawna już o tym myślałem. Obydwa serwisy, a szczególnie Instagram, zaczęły zajmować mi ostatnio za dużo czasu. Coraz mniej tam publikowałem (z bardzo różnych względów –  na opowiedzenie tej historii pewnie przyjdzie czas) a coraz więcej chłonąłem. Przeszedłem z trybu twórcy, w tryb konsumenta. Algorytmy coraz lepiej uczyły się tego, co lubię i coraz śmielej podrzucały mi “mięsne kąski”, którym coraz trudniej było mi odmawiać. Kiedyś dziwiłem się ludziom, którzy opowiadają, jak to potrafią zniknąć na godzinę scrollując Instagrama, czy TikToka.

Czytaj dalej

Jaki masz odkurzacz?

Przeprowadziłem ostatnio bardzo ciekawy, acz totalnie nieplanowany eksperyment społeczny. Jego wynik, jak i sam przebieg, totalnie mnie zaskoczyły. Pokazał też, że czasem z pozoru proste i niewinne pytanie, potrafi sprawić sporo trudności naszej głowie. Moim eksperymentem było pytanie: jaki masz odkurzacz?

Czytaj dalej

🎸 Sprzedam gitarę

Życie to sztuka wyboru – jakie to banalne. A jednak – tak mocno prawdziwe. Zawsze, gdy próbuję oszukać ten brutalny slogan… ponoszę porażkę. Mało tego, jeżeli tylko zaczynam walczyć, wmawiając sobie, że dam radę bez dokonywania wyborów, bez rezygnowania, bez podejmowania trudnych decyzji, że pogodzę wszystko na raz – słowo „porażka” staje się codziennością.

W moim domu nie ma ostatnio wielu rzeczy. Minimalizm ewidentnie na mnie wpłynął. Przynajmniej pozornie. Wysprzątałem mieszkanie, ale w głowie pozostał bałagan – i zaczynam czuć zmęczenie.

Dawno nie pisałem na blogu. To właśnie efekt całego tego bałaganu. Szumu – tak, to chyba lepsze słowo. W mojej głowie jest pełno szumu. Sam go sobie funduję od kilku miesięcy. Łatwiej jest wtedy działać, iść do (jakiegoś) przodu. Szum pomaga nie myśleć o drodze, być jak nakręcona zabawka.

Odnalazłem minimalizm. Odnalazłem przestrzeń. I zacząłem ją wypełniać. A to jest błąd.

Tak dawno do Ciebie nie pisałem, że trochę zapomniałem już jak to się robi. List ten wydaje mi się być chaotycznym zbiorem myśli. No właśnie – szumem. Reprezentuje to, co dzieje się ostatnio w mojej głowie. Ciężko mi się skupić na tym, co trzeba, na tym, na czym chcę się skupiać. I skaczę z jednej myśli na drugą – nie tylko w tym liście. Wszędzie dookoła, w każdym obszarze mojego życia. Tak właśnie wyglądają u mnie ostatnie miesiące. Czy to źle? Nie do końca. Choć doszedłem do miejsca, w którym widzę już, że chcę coś zmienić, poprawić, to wiem też, że szum, jaki mnie otacza, jaki mam w głowie, pomógł mi. Sprawił, że zacząłem myśleć w inny sposób, korygować obrany wcześniej kierunek, weryfikować założenia, dodawać i usuwać elementy. Zacząłem przepakowywać walizkę życia. Jakkolwiek śmiesznie to brzmi, jest w tym wiele sensu. A ta walizka – są w niej rzeczy, które chcę zabrać w dalszą podróż. Ostatnie miesiące traktuję jak przystanek w tej podróży. Zatrzymałem się i nocuję. W hotelu. Wynająłem pokój i zacząłem zwiedzać. Wybrałem się również na zakupy. A teraz dochodzę do punktu, w którym trzeba się ponownie spakować i ruszyć dalej, w dalszą podróż. Pozostaje pytanie: co spakować, a co zostawić?

Gitara. Piękna, drewniana zabawka. Jest ze mną chyba od roku. Gdy ją dostałem, była w kiepskim stanie. Naprawiłem, wyczyściłem, przytuliłem, porozmawiałem, znalazłem dla niej miejsce, oddałem kawałek ramienia, życia – chciałem, aby wyruszyła ze mna w podróż. Choć jest duża, nieporęczna i zajmuje mnóstwo miejsca w walizce, to miałem plan, aby ją ze sobą wozić. Mimo tego, że wiedziałem, że to nie do końca moja bajka.

Od jakiegoś czasu stoi jednak i zbiera kurz. Mój fajny plan, aby nauczyć się grać, nie do końca wypalił. To był przypadkowy pomysł, zachcianka, zabawka. Trochę jak taki bardziej elegancki serial na Netflixie. Zamęt.

Właśnie ta gitara stała się symbolem. Odzwierciedla cały ten szum. Jest zobowiązaniem, którego nie mogę, nie powinienem i nie chcę kontynuować – do niczego mnie nie prowadzi. Odciąga od tego, na czym chcę się skupiać, co chcę, aby było dla mnie ważne. I z jednej strony od kilku miesięcy tłumaczę sobie, że przecież nic mnie nie kosztuje to, że stoi sobie spokojnie w domu, że ładnie wygląda, że ma swoje miejsce, że nie muszę jej używać codziennie, że może kiedyś zechcę kontynuować grę, to jednak wiem, że aby iść dalej, aby ruszyć w dalszą podróż – muszę się jej pozbyć. Wiem, że jeżeli tego nie zrobię, nie będzie miejsca na inne rzeczy. Na to, co już od dawna jest w mojej walizce – ta przecież ma ograniczoną pojemność. Jeżeli ja nie dokonam wyboru, z czego chcę zrezygnować, życie samo za mnie zdecyduje. Walizka się rozpruje i wszystko wyleci. W najmniej odpowiedniej chwili. A ja nie zdążę tego pozbierać. I może się okazać, że jedyne, co uda mi się wtedy złapać, będzie właśnie ta gitara – i zostanę tylko z nią. A tego przecież nie chcę.

Jest taka fajna zasada, która głosi, że jeżeli coś nie jest na „tak, TAK TAKKK!!!!!”, jeżeli myślenie o tym czymś nie przyprawia nas o wypieki na twarzy, nie wzbudza ogromnych emocji – to znaczy, że jest na „nie”. Aby brać w życiu tylko to, czego jesteśmy pewni na 120%. A wszystko, poniżej tego pułapu – niewarte jest naszej uwagi. Tak właśnie jest z tą gitarą. Ona nie zarobiła nawet mojego 100-procentowego „tak”. Jest gdzieś na poziomie 60%, może 65%. A to chyba najgorszy z możliwych wyników. Oznacza, że ta rzecz stała się w moim życiu śmieciem, którego nigdy już nie użyję, a którego nie do końca wiem jak się pozbyć.

Wydawało mi się, że zrobiłem wokół siebie porządek – ale w gruncie rzeczy poupychałem po kątach to i owo. Między innymi gitarę. I dzisiaj właśnie postanowiłem – sprzedaję ją.

Nie będę tęsknił, nie będę żałował. Wyruszę dalej z lżejszą walizką. Z nadzieją, że nie wypełnię jej za szybko kolejnymi 60-procentowymi zabawkami. Gitara idzie więc pod młotek.

Może Tobie się przyda? 😉

💨 Szybko, szybciutko…

Wpis ten jest newsletterem, który wysyłam do czytelników bloga Fajne.life. Jeżeli chcesz otrzymywać ode mnie podobne treści do swojej skrzynki, zostaw swój adres e-mail.

Bywając na siłowni, zauważyłem wśród ludzi bardzo ciekawą rzecz: tak często życie kręci się wokół magicznego słowa „szybko”.
Najbardziej typowymi powodami chodzenia na siłownię, są chęć schudnięcia lub zbudowania pięknej, umięśnione sylwetki. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tak wiele osób pragnie osiągnięcia tego celu już po pierwszej wizycie na siłowni. Ci bardziej cierpliwi, są w stanie wytrzymać miesiąc, może dwa. Aby przyspieszyć cały proces, niektórzy gotowi są naginać zasady, próbują oszukać rzeczywistość – podnosząc większe ciężary, włączając wyższy poziom na bieżni, głodząc się albo i łykając dziwne substancje. Musimy mieć to co chcemy i to już. Nikt nie patrzy na drogę, na przemianę, która może w nas zajść w ciągu rocznego treningu – my chcemy widzieć efekty od razu. Musi być „szybko”.
Wychodzę z siłowni, wracam spacerem do domu i znowu widzę to magiczne słowo, które wcześniej ujrzałem – pojawia się i tu, na ulicy. Mija mnie setka zdenerwowanych osób w samochodach – każdy chce być szybciej w domu, w pracy, na wakacjach… Mijam Mc Donalds’a – a tam ogromna kolejka – każdy czeka na szybkie jedzenie. Są nerwy, pretensje, czy obsługa nie potrafi szybciej?
Idę dalej, dochodzę do skrzyżowania i czekam na zielone światło. Gdy tylko się ono pojawia, szturcha mnie ramieniem jakiś facet z tyłu – widocznie za bardzo się ociągam, a tu trzeba sprawnie, szybko, nie czas na spacerki. Zatrzymuję się zaraz za przejściem – ktoś na mnie spojrzał jak na wariata – po co ja się zatrzymałem? Patrzę w górę, widzę ogromny billboard. Przypomina, że w banku czekają na mnie z otwartymi ramionami, gdybym potrzebował jakiś szybki kredyt – na telewizor, dom, czy szybki samochód. Uśmiechnięty Pan z reklamy ma wypisane wręcz na twarzy: „Po co czekać? Nie musisz zbierać, my „damy” Ci pieniądze i szybko dostaniesz nowy komputer, może chcesz nowy smartfon?”
Spuszczam głowę, idę dalej. Pójdę przez park, będzie przyjemniej. Widzę chłopca, spaceruje z psem. „Chodź szybciej” – słyszę. I ciągnie go gdzieś w stronę bloków. Pomyliłem się, on nie spaceruje, tylko wyprowadza tego psa na siku. Szybkie siku.
Na przekór wszystkim, siadam na ławce – nie spieszy mi się. Zastanawiam się, po co w tym parku tyle ławek, i tak nikt z nich nie korzysta. Wystarczyłyby same ścieżki – dzięki nim, ludzie wracający z pracy, mogą szybko dojść do domu. Ławki są zbędne. Z resztą drzewa też. W sumie to one tylko przeszkadzają przechodniom. Należałoby je szybko usunąć.
Idę dalej. Mijam sklepy, szybkie dyskonty, z szybkimi kasami. W środku mnóstwo ludzi, każdy w kolejce po szybkie jedzenie, szybkie zupki, szybkie mrożonki, szybki alkohol – po którym trzeba też szybko wytrzeźwieć, ale i na to są szybkie sposoby. Obok apteka – i tu każdy chce szybko: stanąć na nogi, wypięknieć, szybciej się nauczyć na egzaminy, szybciej zasnąć, szybciej wstać. Kolejne budynki – fryzjer, kosmetyczka, wiadomo jakie, szybkie. Sznurki ludzi na chodniku, każdy gdzieś pędzi. Może do domu? Pewnie na Netflixie czeka serial – dobrze, że teraz od razu udostępniają wszystkie odcinki na raz – nie trzeba czekać, jest o wiele szybciej. Zostanie nawet trochę czasu na szybki seks, szybki prysznic, i szybki sen. A potem poranek, krótki, więc trzeba szybko, może wystarczy czasu na śniadanie – szybkie oczywiście.
W końcu można iść do pracy. I to szybko

Patrzę sobie na to wszystko i wiem, że można inaczej. Trzeba inaczej. Że takie pędzenie do… no właśnie – do czego? Do szybkich przyjemności? Pozornego szczęścia? W każdym razie, to pędzenie, nie ma najmniejszego sensu. I cieszę się, że udaje mi się to zaobserwować, że potrafię przysiąść na ławce w parku i nauczyć się czegoś od małego chłopca, który wyprowadza psa. Warto rozglądać się każdego dnia – i próbować coś w sobie poprawić. Co ważne – obserwować i uczyć się możemy powoli.

🌧 Gdy pada deszcz

Wpis ten jest newsletterem, który wysyłam do czytelników bloga Fajne.life. Jeżeli chcesz otrzymywać ode mnie podobne treści do swojej skrzynki, zostaw swój adres e-mail.

Zdarza Ci się czasem spacerować w deszczu? Ja bardzo to lubię i ostatnio coraz częściej decyduję się na takie właśnie małe, mokre wyprawy. I oczywiście nie chodzi w nich o to, aby gdzieś dojść, tylko aby po prostu iść – i pozwolić kroplom deszczu, by spadały i delikatnie chłodziły moje ciało. Bardzo fajne uczucie, szczególnie w ciepłe dni. Zresztą, nie tylko spacery w deszczu uznaję za przyjemne, również bieganie w taką pogodę daje mnóstwo satysfakcji i radości – choć może ciężko Ci w to uwierzyć. W każdym razie, spacerując ostatnio, zacząłem zastanawiać się, dlaczego właściwie tak bardzo to lubię – nawet więcej, postanowiłem pomyśleć, dlaczego ktokolwiek może polubić spacerowanie, gdy pada deszcz. I jak to zwykle u mnie bywa, doszedłem do wniosku, że powody te można podzielić na dwie kategorie, zależne od podejścia do samego deszczu, a pewnie i życia. Spadające z nieba krople, można uznać za błogosławieństwo albo przekleństwo. Inaczej pisząc, deszcz może być dla nas pozytywny albo negatywny. Może być ograniczeniem, niedogodnością, bólem, albo słodkim cukierkiem, rogalikiem z dżemem czy plasterkiem najlepszego sera. Uświadomienie sobie, jak podchodzimy do tego typu okoliczności, pozwala zagłębić się w siebie, by zrozumieć, dlaczego właściwie wychodzimy na deszcz. I, co okazało się dla mnie niezwykle ciekawe, wyznaczyłem całkiem sporo możliwych powodów, dla których ktoś miałby chcieć spacerować w deszczu, uznając go za coś niedobrego, i tylko jeden powód – tych, co faktycznie to lubią. A gdy przystępowałem do tworzenia mojej listy, spodziewałem się, że proporcje te będą totalnie odwrotne.

Zacznę więc od tych „negatywnych” powodów – były zdecydowanie trudniejsze do analizy.

  1. Aby się ukarać, pocierpieć. To pierwsze, co przyszło mi do głowy. Wyjście na deszcz, szczególnie bardzo intensywny, to tak dobry sposób, aby się ukarać… Gdy coś nam nie wyjdzie, gdy zrobimy coś wbrew sobie, taki wypad może być wspaniałą karą, jaką sobie wyznaczymy. Aż dziwne, że księża w kościele, każą odmawiać jakieś zdrowaśki za popełnione grzechy, zamiast zalecić godzinny spacer podczas ulewy.
  2. Aby od czegoś uciec. Ucieczka w deszcz wydaje się tak bardzo oczywista – i prawie tak prosta do identyfikacji, jak „kara” z wcześniejszego punktu. Deszcz daje wolność – od ludzi, rzeczy, sytuacji. Potrafi sprawić, że przestajemy myśleć, widzieć i czuć. Staje się on w tym przypadku narzędziem – chyba do pewnego rodzaju medytacji.
  3. Ponieważ jest się zwyczajnie… szalonym. Sam nie wiem, dlaczego taki powód przyszedł mi do głowy. Postanowiłem go jednak zapisać w moim notatniku i włożyć do tej wiadomości. Wyobrażam sobie, że jeżeli ktoś nie ma żadnego powodu, aby spacerować w deszczu, nie ucieka przed niczym, nie idzie w żadną konkretną stronę, nie ma w sobie żadnych emocji związanych z takim spacerem – może być zwyczajnie szalony, prawda?
  4. Z rozpaczy. Choć powód ten, może czasem pokrywać się z tym, z punktu 2. – ucieczką, to jednak czasem wychodzisz też na deszcz, aby trochę porozpaczać, nie uciekać, ale zwyczajnie popłakać. Deszcz jakoś sprzyja rozpaczaniu, prawda? A może po prostu naoglądałem się za dużo romantycznych filmów w telewizji? Tam bohaterowie zawsze rozpaczają w deszczu.
  5. Aby zmoknąć. Tak zwyczajnie. By poczuć się fizycznie mokrym, by czuć potrzebę przebrania się, by znaleźć się w niedogodnej sytuacji, by stanąć przed przeciwnościami losu.
  6. Aby zrobić z siebie męczennika. By inni widzieli, że jesteś mokry, że cierpisz. By pokazać, że chcesz i musisz cierpieć. Bez żadnych oczekiwań.
  7. Aby pokazać, że potrzebujesz pomocy. Potrafisz sobie wyobrazić kogoś, kto moknie, aby pokazać, że moknie? To właśnie jest powyższy punkt. W tym, pomyślałem, że ktoś może moknąć, bo potrzebuje pomocy. Tak samo, jak wyżej, pokazuje wtedy, że jest mu źle, ale oczekuje, że ktoś zwróci na to uwagę i poda pomocną dłoń.
  8. Aby pobyć samemu. W odróżnieniu od jednego z wcześniejszych powodów – ucieczki, czasem potrzebujemy kilku samotnych chwil, przemyślenia czegoś, potrzebujemy wyjść sami z domu i nie chcemy, aby ktoś nam przeszkadzał. Nie koniecznie oznacza to ucieczkę, a może małą potrzebę bycia przez chwilę samemu.

Myślę, że takich powodów, w których deszcz jest tym negatywnym bohaterem, jest znacznie więcej. Te kilka przyszło mi na początku do głowy. Po drugiej stronie mojej listy pojawił się tylko jeden „pozytywny” powód. Dziwię się, że nie znalazłem niczego więcej – choć wierzę, że takich sytuacji może być sporo więcej. I może tylko mnie jest ciężko sobie wyobrazić, jakie one mogą być. Ten jeden rodzynek na mojej liście to:

  • Ponieważ deszcz jest fajnym elementem życia, a ja chcę i (co ważniejsze) umiem się nim cieszyć. „Nim” – deszczem i „nim” – życiem. Deszcz jest zwyczajnie fajny!

Jak się pewnie domyślasz, moja świadomość mówi mi, że to właśnie ostatni powód jest tym moim – tym, dla którego wyskakuję ostatnio z domu, gdy zobaczę przez okno, że zaczyna kropić. Przeszukuję wtedy głowę, w poszukiwaniu jakiegokolwiek z wcześniej opisanych powodów – one wydają się takie oczywiste. Szukam, czy przypadkiem i ja nie potrzebuję pomocy, czy nie uciekam od czegoś, czy nie oszukuję samego siebie – w końcu odkrycie i uświadomienie sobie swoich własnych problemów, to pierwszy krok do ich wyleczenia. Ale nie. Nie znajduję żadnych oznak tych powodów. Idę chodnikiem, pada deszcz, a ja się uśmiecham. Nie rozpaczam, nie oglądam się za siebie, idę i cieszę się podróżą. Zostają więc chyba dwie opcje: albo naprawdę ten spacer sprawia mi przyjemność, albo… jestem po prostu szalony…?

To co? Wybierzesz się ze mną na spacer w deszczu? 🙂

Wiara i odwaga

Wpis ten jest newsletterem, który wysyłam do czytelników bloga Fajne.life. Jeżeli chcesz otrzymywać ode mnie podobne treści do swojej skrzynki, zostaw swój adres e-mail.

Sponsorem dzisiejszego dnia jest moja starsza córka – to ona, kilkanaście minut temu, zrobiła mi dzień. A tym samym, zainspirowała, aby usiąść i napisać do Ciebie kilka słów. Z dziećmi to jest tak, że nie zawsze chcą słuchać rodziców. I bardzo dobrze! Bo dzięki temu dochodzą do rzeczy fajnych i wielkich.

Sam nie wiem, czy powinienem pisać do Ciebie o tak prywatnych sprawach, chyba nadal jestem w szoku po tym, co niedawno usłyszałem, po tym, co zrobiła moja mała córeczka, po tym, jak odwróciła bieg wydarzeń, jak wyszła z (drobnych, ale jednak!) opresji.

Ale wszystko po kolei.

W życiu każdego rodzica przychodzi taki moment, w którym musi pozwolić swojemu dziecku chodzić czy jeździć samemu do szkoły. Pamiętam moją pierwszą taką podróż, było to w drugiej klasie szkoły podstawowej, mieszkałem wtedy w Błoniu – małym miasteczku, pod Warszawą. Nie znałem jeszcze dobrze okolicy – rodzice sprowadzili mnie w tamto miejsce raptem kilka miesięcy wcześniej. Początkowo do szkoły zaprowadzała mnie mama albo babcia, aż przyszedł w końcu dzień, w którym poszedłem sam. Do przejścia miałem około kilometra, ale droga była prosta – właściwie należało iść cały czas prosto, i do pokonania był tylko jeden skręt, mniej więcej w połowie drogi.

No i właśnie, ten jeden skręt… Wiesz, jak to jest – pech pierwszego razu – i tego pierwszego, pamiętnego dnia, nie skręciłem gdzie trzeba. Pamiętam, jak po wielu, wielu minutach dreptania z plecakiem i workiem z kapciami, dotarłem do stacji kolejowej – i choć nie znałem dobrze miasta, to wiedziałem, że jestem w totalnie złym miejscu. Stanąłem, wzruszyłem ramionami i zawróciłem do domu 😁. Pamiętam minę mojej babci, gdy zobaczyła mnie pod drzwiami naszego domu. Szybko złapała rower i przetransportowała mnie do szkoły. Był to pierwszy i zarazem jedyny raz, gdy zgubiłem się w drodze do szkoły. Dzięki tamtej „przygodzie” nauczyłem się, którędy iść i więcej nie miałem problemów.

Znowu przynudzam długim wstępem? Wybacz. Ale dzisiejsza sytuacja tak bardzo przypomniała mi ten mój pierwszy raz.

Ok, do rzeczy.

Moja Ala.

Ona ma trochę dalej do swojej szkoły, niż miałem ja. Zamiast kilometra, ma ich aż pięć. Na szczęście, jeżdżą u nas autobusy – i to właściwie spod naszego domu. Wystarczy wsiąść na przystanku po drugiej stronie ulicy i potem wysiąść koło szkoły. Proste, nie?

Oczywiście, gdy masz dziesięć lat i musisz to zrobić po raz pierwszy, jest stresik – normalne. I moja Ala była lekko zestresowana, choć chyba bardziej było po niej widać podekscytowanie. Chyba ja – tata – bardziej bałem się i panikowałem niż ona. Uznałem, że pierwszy ten pierwszy raz, przydałaby się jakaś kontrola i jak już wsadziłem Alę do autobusu, czym prędzej popędziłem za nią hulajnogą elektryczną.

No co?

Chciałem sprawdzić, czy dotarła cała i zdrowa do szkoły. Śmiałem się potem sam z siebie przez całą drogę, ale wolałem być pewny, że nic się nie wydarzy. A nawet, gdy już coś pójdzie nie tak – to jednak móc podać pomocną dłoń. Oczywiście nic się nie wydarzyło, Ala wysiadła z autobusu, doszła kawałek piechotą i zniknęła za wielkimi drzwiami szkoły. A ja, na szczęście niezauważony, wróciłem na moich dwóch kółkach do domu. Tak wyglądał jej pierwszy raz samotnej podróży do szkoły. I teraz jeździ w ten sposób co drugi dzień. Jeżeli w tym momencie zastanawiasz się, czy i ja pędzę za nią za każdym hulajnogą – oczywiście nie, już nie. Zresztą moja mała Ala doskonale daje sobie radę, nawet w trudnych sytuacjach…

I w ten właśnie sposób przechodzę do jej dzisiejszego wyczynu.

Otóż wyobraź sobie, że moja Ala, pojechał dzisiaj – już po raz kolejny – sama autobusem do szkoły, tylko tym razem zapomniała wysiąść na swoim przystanku. No zagapiła się i przejechała szkołę. Zdarza się najlepszym, prawda? Musisz jednak wiedzieć, że u nas przystanki nie są rozmieszczone co 100 czy 200 m, niektóre z nich oddalone są od siebie o kilometr, albo i więcej. Oczywiście Ala mogła wziąć swój (ogromniasty) plecak na kółkach i powędrować piechotą drogą powrotną do szkoły, ale tego nie zrobiła. Zamiast tego, poszła do kierowcy i poprosiła…….. aby zawrócił autobus. Bo ona przegapiła swój przystanek.

………. 😂

Tak w ogóle, to zanim wpakowałem moją córkę pierwszy raz samą do autobusu, przeszliśmy długą rozmowę, o tym, co należy robić w różnych dziwnych sytuacjach, o tym, jak działają autobusy, o tym, co można a co nie. Gdy pytałem, co by zrobiła, gdyby przytrafiła się taka sytuacja, że przejedzie swój przystanek, zawsze bez wachania odpierała, że poprosiłaby kierowcę, by zawrócił. Oczywiście sprowadzałem ją wtedy na ziemię i tłumaczyłem, że tak nie działa ten świat i kierowca autobusu komunikacji miejskiej, nie może ot tak sobie zboczyć z trasy i zawrócić, tylko dlatego, że ktoś przegapił przystanek. A przynajmniej tak mi się wydawało…..

Nie wiem, ile w tym jest prawdy, a ile przypadku, ale moja Ala opowiedziała mi dzisiaj, że faktycznie poprosiła kierowcę, aby zawrócił, bo ona przegapiła swój przystanek, a ten… zawrócił i zawiózł ją do szkoły 😎

I co Wy na to?

Tak będąc już całkiem z Tobą szczery, to myślę, że kierowca dojechał po prostu do oddalonej o kilka kilometrów od szkoły pętli i po prostu na niej zawrócił, być może – co najwyżej – lekko przy tym wyprzedzając rozkład jazdy. A może faktycznie zrobił „to” gdzieś w środku trasy? W sumie to i tak nie jest ważne. Najważniejsze jest to, moja Ala miała odwagę, aby go zapytać, i jej plan się powiódł – została odwieziona na miejsce. Wbrew temu, co mówił tata, że to nie ma prawa się udać. Ja z pewnością nie odważyłbym się na zadanie takiego pytania. Jak można iść do kierowcy autobusu i poprosić, aby zawrócił, bo ktoś przegapił swój przystanek? 🙂

Z jednej strony chciałbym córce wytłumaczyć, że w „normalnym świecie” takie rzeczy się nie zdarzają i miała wyjątkowo dużo szczęścia połączonego z superfajnym kierowcą, ale z drugiej – wcale nie chcę jej tego mówić. Kurcze, tym drobnym kroczkiem zrobiła coś całkiem niesamowitego. I jestem dumny z niej i ze świata wokół niej.

I taki jej mały kroczek z pewnością dodał mi z 10% do wiary w cuda, wiary w ludzi. Tak właśnie tworzy się fajne życie.

A co niesamowitego Tobie się ostatnio przytrafiło? Jaki autobus udało Ci się zawrócić? 🙂