Jak to się stało, że przeszedłem na wegetarianizm

A gdyby tak…

Tak dobrze znam to uczucie. Towarzyszyło mi, gdy rzucałem palenie, było ze mną, gdy tworzyłem bloga, jest tu i teraz – gdy mijam tę specjalną półkę w sklepie. Nigdy nie przyglądałem się jej za specjalnie, raczej mijałem bez zastanowienia, a dzisiaj coś sprawiło, że zatrzymałem się i analizuję…

Od miesięcy o tym czytam, ale do tej pory jakoś nie miałem siły, odwagi, może też chęci, by spróbować, by wystartować. A tu nagle, w biały dzień, bez żadnego ostrzeżenia, jak grom z jasnego nieba, spada na mnie ta myśl: aby jednak to zrobić. Właśnie dziś, tu i teraz. By po raz kolejny zmienić, poprawić, jakiś mały kawałek życia. W moich myślach pojawiają się ogromne litery, które stopniowo zaczynają układać się w to kuszące hasło: A gdyby tak…

W ten właśnie sposób zaczynam kolejną przygodę – tym razem z wegetarianizmem.

Ustalmy coś na początku: zmiana diety to dziecinnie prosta sprawa. Zmieniamy ją – i już. Kwestia decyzji. Podejmujemy ich setki każdego dnia. Jednak wytrzymać dłuższej niż jeden posiłek, przetrwać z nowym planem więcej niż tydzień, dać radę cały miesiąc – to już jest wyzwanie. Dlatego ten wpis nie będzie skupiał się tylko i wyłącznie na samym jedzeniu. Chcę, aby objął wiele elementów, które miały wpływ na moją decyzję oraz zahaczał o każdy czynnik, który pomógł mi w utrzymaniu postanowienia.

Dieta? Nie, styl życia.

A więc właśnie – przestałem jeść mięso. Choć myślałem o tym od dawna, nie łatwo było podjąć tę decyzję. Nie bez znaczenia był fakt, że robiąc ten krok, przyświecała mi myśl, iż być może jest to ruch ostateczny. Oznacza to, że wegetarianizm – pod warunkiem, że przypadnie mi do gustu – może zostać ze mną na dłużej, być może nawet na całe życie. Nie lubię bowiem koncepcji diety tymczasowej, nie bardzo rozumiem, jaki jest sens zmiany sposobu żywienia na tydzień, dwa, czy nawet pół roku (zakładając oczywiście, że nie występują ku temu jakieś dodatkowe powody, np. medyczne). Wychodzę z założenia, że jeżeli zaczynam biegać i po kilku tygodniach przestaję – traktuję to jako pewnego rodzaju porażkę, niezrealizowane zadanie. I podobnie jest w tym przypadku – ze sposobem żywienia. Jeżeli wybieram zdrowszy styl życia, potencjalnie chciałbym go zatrzymać już na zawsze – w końcu jest on… no właśnie: „zdrowszy” i „lepszy”. Oczywiście zakładam, że może mi się nie udać, że mój organizm może potrzebować czegoś więcej, niż jestem sobie w stanie dostarczyć przez wybrany rodzaj jedzenia, ale plan jest taki, aby była to zmiana permanentna.

Ideologia, ekologia i zdrowie

Czuję, że już na samym początku tego wpisu, muszę poruszyć istotną kwestię. Są dwa główne powody, dla których ktoś może chcieć zmienić dietę na bezmięsną: ideologiczny (w którym zawieram również etyczny i ekologiczny) oraz zdrowotny.

I choć kwestie etyczne są częstszym powodem, dla którego ludzie wybierają weganizm albo wegetarianizm, ja kieruję się w tym przypadku tylko i wyłącznie zdrowiem. Choć zdaję sobie sprawę, że wegetarianizm sam w sobie jest dobry dla naszej planety, a globalne ograniczenie spożycia mięsa mogłoby znacząco pomóc np. w zwalczaniu głodu na świecie, to wiem również, że nie byłbym gotowy na taki krok, jeżeli mój organizm bardzo by na tym nie skorzystał. Samolubne? Być może, ale z drugiej strony, jeżeli cel uświęca środki, to najważniejsze jest to, że mimo wszystko poszedłem w stronę „vege”. I zamierzam trochę Ci o tym opowiedzieć. Ważne jednak jest, abyś wiedział, że kierują mną powody zdrowotne – jest to dość istotne, chociażby w kontekście pojedynczych momentów, gdy jednak po mięso sięgam, o czym przeczytasz w dalszej części tego wpisu.

Idzie Grześ przez wieś, pusty brzuszek niesie

No właśnie. W tym miejscu pojawia się pierwszy „problem” z moją zmianą: przez pierwsze kilka tygodni od przejścia na wegetarianizm, miałem wrażenie, że już dawno nie zjadłem nic „konkretnego”. Po prostu chodziłem lekko głodny. Znasz to uczucie? Masz czasem ochotę zjeść coś, co sprawi, że poczujesz się pełna/y? Pomimo faktu, że jem o wiele częściej niż wcześniej, to w mojej diecie jest teraz mniej ciężkich rzeczy. Poza wyeliminowaniem mięsa, mocno ograniczyłem też pieczywo – a konkretnie zamieniłem chleb i ukochane bułeczki na ich lekkie i chrupkie odmiany, zrezygnowałem też z ziemniaków – których jedzenie już od dawna (sam nie wiem dlaczego) wywoływało u mnie jakieś dziwne wyrzuty sumienia. Z cięższych rzeczy, jakie teraz jem, zostały napewno sery. Reszta to owoce, warzywa, rybka. Och, rybka – bez niej bym nie dał rady. I choć od czasu do czasu próbuję różnych potraw sojowych, to lądują one w mojej kuchni raczej okazjonalnie – nie przypadły mi zbytnio do gustu (szczerze mówiąc, nie cierpię ich!). To wszystko sprawia, że wydaje mi się, jakbym nie zjadł nic „porządnego” (czytaj: sycącego) od bardzo dawna. I trochę tak jest – nie zapycham się już jedzeniem, raczej dostarczam mojemu organizmowi potrzebne składniki (choć nadal tworzę sobie przeróżne, zazwyczaj bardzo smaczne, potrawy). Dziwne uczucie – lecz szybko je pokochałem 😁. Nie do końca jednak jeszcze wiem, czy fakt, że ma ono mi już towarzyszyć do końca życia, bardziej mnie przeraża, czy ekscytuje.

Wegetarianizm, weganizm i cały ten bełkot

Ludzie uwielbiają nadawać wszystkiemu nazwy, co wiele ułatwia, ale i często komplikuje. Nigdy nie mogłem zapamiętać, czym dokładnie różni się wegetarianizm od weganizmu. W gruncie rzeczy nie interesowało mnie to, ponieważ i tak obydwa tematy były mi dość odległe. Sytuacja się jednak zmieniła, więc warto chyba poznać ten bezmięsny alfabet – chociażby po to, aby wiedzieć, czy to, o czym do Ciebie piszę, jest zgodne z (ogólnie przyjętą) „prawdą”.

Wegetarianizm

I już na wstępie widzę, że w moim wpisie pojawia się pewna nieścisłość. Otóż wegetarianizm, oznacza wykluczenie z diety nie tylko mięsa, ale również ryb i owoców morza. Ja z tych dwóch ostatnich z pewnością nie zrezygnuję. Moja dieta została bardzo dokładnie przemyślana i wiem, że porzucenie ryb i owoców morza, byłoby dla mnie zbyt dużym obciążeniem – zarówno psychicznym, jak i fizycznym. To właśnie te dwa elementy są w stanie całkowicie zastąpić mi mięso. Bez nich, szybko stałbym się nieszczęśliwy, a i pozbawiłbym się wielu ważnych składników odżywczych. Nie chciałem, a wręcz i nie mogłem, z nich zrezygnować. Nie mniej jednak, tak naprawdę wegetarianizm, to termin, który opisuje dietę pozbawioną mięsa ryb oraz owoców morza.

Innym określeniem wegetarianina jest jarosz. Choć czasem te dwa terminy uważane są za zupełnie różne, to w gruncie rzeczy oznaczają dokładnie to samo – osobę niejedzącą mięsa (oraz ryb i owoców morza).

Weganizm

Drugi w kolejce. Weganizm to odmiana wegetarianizmu, w której rezygnuje się nie tylko z mięsa, ryb i owoców morza, ale i wszelkich pokarmów pochodzenia zwierzęcego, takich jak mleko, sery i jaja, a skrajne przypadki to nawet rezygnacja z miodu. Jednak weganizm – który częściej niż wegetarianizm – jest ugruntowany w przekonaniach religijnych i ekologicznych, to często także omijanie skórzanych ubrań, obuwia, czy kosmetyków testowanych na zwierzętach. Będąc z Tobą całkowicie szczerym, ciężko jest mi sobie wyobrazić, jak będąc weganinem, można być zadowolonym z tego, co się je – choć domyślam się, że nie jestem tu do końca sprawiedliwy. W tym rodzaju diety nie zostało już chyba zbyt wiele miejsca na tworzenie wykwintnych potraw, urozmaicenia, żonglowanie smakami. A może się mylę?

Witarianizm

Kolejnym, często powtarzanym „w środowisku” słowem jest witarianizm, który zakłada całkowite odrzucenie pokarmów poddanych obróbce termicznej. Witarianie dopuszczają podgrzewanie jedzenia tylko do 40 stopni Celsjusza i zakładają rezygnację z produktów wysoko przetworzonych, dzięki czemu, nie niszczą enzymów i składników mineralnych w spożywanych przez nich warzywach i owocach. Oczywiście podstawą tej diety jest również rezygnacja z produktów mięsnych (dla odmiany wegańskiej) i produktów pochodzenia zwierzęcego (dla odmiany wegetariańskiej).

Od kiedy nie jem mięsa, nie gotuję też zbyt często zup (kiedyś były one jednym z głównych składników mojej diety), ale raz na jakiś czas nachodzi mnie jednak ochota na warzywną zupkę, uwielbiam też przyrządzać sobie pyszną, gorącą pizzę serową, czy jej odmianę pieczarkami i cebulką. Zresztą duża część z moich ulubionych dań, nadal podawana jest na ciepło, lub po uprzednim ugotowaniu czy usmażeniu – witarianin nie zjadły przecież nawet jajecznicy na śniadanie. Raczej nie wyobrażam sobie tej diety w moim wykonaniu, choć może kiedyś najdzie mnie ochota, aby spróbować żyć i w ten sposób?

Pescowegetarianizm (ichtiwegetarianizm)

W tym miejscu kończą się proste i łatwe do zapamiętania nazwy, a zaczyna się cała masa lakto-, pesco-, fruto-, liquido- odmian -wegetarianizmu. W gąszczu tych dziwacznych nazw, znalazłem też swoją – pescowegetarianizm, która oznacza osobę, niejedzącą mięsa, poza rybim. A więc jest to dokładnie moja półka. Okazuje się, że wielu wegetarian buntuje się przeciwko podciąganiu takiego rodzaju diety pod wegetarianizm, jednak termin pescowegetarianizmu jest i funkcjonuje. I opisuje właśnie rodzaj diety, który najbardziej mi odpowiada.

Semiwegetarianizm (fleksitarianizm)

Ten termin również wydał mi się bardzo ciekawy, ponieważ opisuje osobę, która spożywa niewielkie ilości białych mięs. Jest to taka trochę light’owa wersja wegetarianizmu (moja znajoma opisuje to bardzo ładnym terminem fleksi-wegetarianizm), która zakłada znaczące ograniczenie jedzenia mięsa, ale nie wyklucza go całkowicie. Nie ukrywam, że były momenty, w których zastanawiałem się, czy zamiast całkowicie rezygnować z mięs, nie lepiej będzie w znacznym stopniu je ograniczyć, jednak doszedłem do wniosku, że dzięki takiej diecie nie osiągnę ani rezultatów zdrowotnych jakie oczekuję, a i psychicznie chyba nie łatwo byłoby mi utrzymać się w tych ramach – to trochę jak picie co piątej kawy z mlekiem i cukrem, a wszystkich pozostałych bez. Z czasem ciężko byłoby mi taką dietę utrzymać, a i wytłumaczyć sobie, że przez większość czasu mięsa nie jem, ponieważ uznaję, że nie wpływa pozytywnie na moje zdrowie, ale od czasu do czasu jednak nie jest to takie złe. Wolę być pescowegetarianinem, który czasem złamie swoje zasady i poniesie w związku z tym jakiegoś rodzaju porażkę (o czym później), niż kimś, kto takie naruszenie legalizuje.

Inne

Opisywane wyżej podstawowe i najciekawsze rodzaje diet należą do zdecydowanie najpopularniejszych form, w ramach których ludzie rezygnują lub ograniczają jedzenie mięsa. Jednak idąc dalej w las, mamy kolejne odmiany, z których każda kolejna jest bardziej restrykcyjna. I jest na przykład frutarianizm, który przenosi ideę weganizmu na rośliny. W ramach tej diety rezygnuje się nie tylko z mięsa i wszelkich produktów pochodzenia zwierzęcego, ale również owoców i warzyw, których zerwanie uśmierciło roślinę, co wyklucza wykopywanie, wyrywanie z korzeniami, ścinanie i inne działania rolnicze. Frutarianie odrzucają też gotowanie i inne formy obróbki termicznej, jedzą wyłącznie surowe owoce, orzechy i nasiona. Nie ukrywam, że w mojej głowie pali się już bardzo mocnym światłem żarówka z napisem „czy to nadal zdrowe??”.

Mamy też laktowegetarianizm, który polega na rezygnacji ze spożywania mięs i jajek, ale dopuszcza w diecie mleko i jego przetwory. Jest też owocowegetarianizm, który z produktów pochodzenia zwierzęcego, pozwala jedynie na spożywanie jajek, liquidarianizm – działa według podobnych co witarianizmu zasad, ale zakłada trochę inny sposób przyrządzania posiłków – w formie koktajli, czy też sprautarianizm, w ramach którego można żywić się głównie kiełkami.

Ludzie stosują rozmaite rodzaje diet – niektóre z nich są aż ciężkie do wyobrażenia. Dla mnie jedzenie jest przyjemnością – nawet (a może i „przede wszystkim”) teraz, gdy wyrzuciłem z niego mięso. Czy jedząc wyłącznie kiełki, można nadal mówić o przyjemności czerpanej ze spożywanych pokarmów i różnorodności smaków? Nie znam nikogo, kto żywi się w ten sposób, ale mam ogromną ochotę poznać i o to zapytać.

Na razie jednak skupiam się mocno na mojej własnej odmianie wegetarianizmu – która dostarcza mi zarówno radość z jedzenia, jak i niezbędne do życia składniki odżywcze.

Woda, owoce, pot i (od)waga

Pierwsze tygodnie bez mięsa były prawdziwym rollercoasterem. Tak się złożyło, że zmiana diety zbiegła się w czasie z kilkoma innymi zmianami i rzeczami w moim życiu – co w większości zadziałało na plus. Zauważyłem, że jeżeli nowości czy zmiany kumulują się, to potrafią napędzać się i wzajemnie wspomagać, dzięki czemu łatwiejsze staje się przejście przez nie i poradzenie sobie z tymi trudniejszymi. I tak, nowy styl jedzenia, nałożył się na środek dość upalnego lata (i wysokie temperatury) – a co za tym idzie, o wiele większe spożycie wody (przynajmniej w moim przypadku). Zresztą, niezależnie od pogody, i tak postanowiłem już dawno temu wypijać jej jak największe ilości. Woda – w co głęboko wierzę – jest jedną z najlepszych rzeczy dla mojego organizmu, a przy okazji pomaga zwalczyć uczucie głodu i pustki, przy ograniczaniu spożycia jedzenia. Z wodą od dawna bardzo się lubimy, ale przy rezygnacji z mięsa, okazała się ona być moim najlepszym przyjacielem – czego powiem szczerze, nie spodziewałem się na początku.

Czas przejścia na wegetarianizm zbiegł się jednocześnie w czasie z chwilą, w której w moim życiu nagle pojawiło się o wiele więcej ruchu. Choć dzisiaj uwielbiam sport, to do niedawna nie miałem go za wiele wokół siebie. I choć od kilku ostatnich lat zmieniam to bardzo skutecznie, to właśnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy zanotowałem największy postęp w codziennym ruchu. Wyjście na bieganie co kilka dni, godzina rolek raz w tygodniu, spontaniczne rezygnacje z samochodu na rzecz własnych nóg – tak było na początku i to wszystko było fajne, ale wiedziałem, że nie jest to nadal ten poziom aktywności, jaki mnie zadowala. Dziś nie wyobrażam sobie dnia bez przynajmniej 90-ciu minut intensywnego ruchu. I tu zabieram Cię w krótką podróż po świecie sportu, który ostatnio namnożył się w moim życiu – mam nadzieję, że szybko dostrzeżesz związek pomiędzy tymi aktywnościami a zmianą diety.

Po pierwsze – rolki. Chwilowo jestem w miejscu, w którym mogę powiedzieć: mógłbym jeździć na rolkach zawodowo. Tak bardzo pokochałem tę aktywność, że byłoby wspaniale, gdybym mógł jeździć każdego dnia na rolkach, a ktoś by mi za to płacił. Ale to chyba opowieść na inny wpis – który mam nadzieję powstanie, zanim ochota ta mi minie🙂. W tym przypadku ważne jest, że początek wegetarianizmu w moim życiu zbiegł się w czasie z wakacyjnymi, miesięcznymi warsztatami z jazdy na rolkach, na które się zapisałem. Każdego dnia przez 4 tygodnie miałem intensywny, półtoragodzinny trening z doskonalenia techniki jazdy. Niewiarygodny wysiłek, boski czas.

Po drugie siłownia. W wakacje zdecydowałem się w końcu na moją pierwszą „wizytę” – taką z przebraniem się i ćwiczeniami, a nie tylko zwiedzaniem! Choć tak całkiem szczerze, to nie do końca sam się zdecydowałem. Od dawna umawiałem się (albo raczej próbowałem się umówić) na wspólne ćwiczenia na siłowni ze znajomą – jednak zawsze znajdowałem sobie fajny argument, aby nie pójść ten pierwszy raz. Najlepszym z nich była oczywiście praca, która świetnie nadawała się na wymówkę i pozwalała mi bez wyrzutów sumienia schować głowę w piasek i posiedzieć spokojnie w domu. W takich sytuacjach dobrze mieć wokół siebie kogoś, kto nie odpuszcza i będzie dopytywał: „a może jednak tym razem?”. Więc pewnego razu, naładowany endorfinami i pozytywną energią po treningu rolkowym, odpisałem: „tak, idę!” (choć w myślach moja wypowiedź była znacznie dłuższa: „tak, oczywiście, że idę, jestem na haju po treningu, chcę, aby ten stan pozostał ze mną na zawsze, chcę się ruszać jeszcze więcej, a najlepiej niech sport będzie jedyną rzeczą, jaką będę robił w życiu.”). Więc poszedłem.

Ta pierwsza wizyta (podobnie jak ❤️ do rolek) to świetny materiał na osobny wpis na blogu – i pewnie i taki się tu pojawi – ale na szybko mogę Ci powiedzieć, że pomimo średnich początków, teraz na siłowni jestem w miarę regularnym bywalcem. Nie podnoszę może ciężarów, nie wykorzystuję większości sprzętu, jaki tam jest, nie sprawdzam po każdym treningu czy biceps, triceps czy inny mięsień urósł mi o kolejny milimetr, ale znalazłem swoje ulubione przyrządy i aktywności, określiłem fajne cele i za każdym razem świetnie się bawię – co uważam za spory sukces.

Być może zastanawiasz się, dlaczego we wpisie o wegetarianizmie opowiadam Ci tyle o aktywności, sporcie i zmianach z nimi związanych? Otóż myślę, że to wszystko miało bardzo istotny wpływ na zmianę sposobu żywienia, jaki sobie zafundowałem. Mam nadzieję, że ostatecznie i Ty dostrzeżesz te wszystkie zależności – myślę, że rezygnacja z nawet jednego opisanego elementu, mogłaby sprawić, że dzisiaj nie byłbym pescowegetarianinem.

Ok, idę dalej.

Trzecia rzecz związana z większą aktywnością jest samochód – a właściwie to jakieś lekkie obrzydzenie do każdej chwili, w której muszę do niego wsiąść. Sam nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale odrzuca mnie za każdym razem, gdy muszę gdzieś jechać samochodem. Postrzegam to, jako tak ogromną stratę czasu i marnowanie energii życiowej, że coraz częściej wybieram własne nogi (albo przynajmniej komunikację miejską), zamiast jazdy samochodem. Tak, aby pokazać Ci realnie, ile ostatnio chodzę, podam Ci średnią liczbę kilometrów, jaką „robię” na własnych nogach: 10-15 (dane dostarcza mi Apple Watch). Biorąc pod uwagę, że średnia prędkość chodu to 6 km/h, wychodzi mi, że spędzałem prawie każdego dnia nie mniej niż dwie godziny na chodzeniu. A nie miałem żadnych szczególnych, pieszych wypraw w ostatnich tygodniach – raczej ogarniałem moje „normalne”, życiowe, codzienne sprawy. Te liczby chyba dobrze pokazują, że w ostatnim czasie częściej wybieram własne nogi, jako ten fajniejszy środek transportu. I muszę przyznać: bardzo, bardzo to lubię.

Ostatnią sportową rzeczą, która coraz częściej pojawia się w moim kalendarzu codziennych aktywności, jest ping-pong – ten wyciska ze mnie chyba największe poty. I w tym przypadku nie będę już więcej testował Twojej cierpliwości do tego wpisu, więc bez zbytniego rozpisywania się – intensywne treningi tej przecudownej dyscypliny, poza aspektem sportowym, zaspokajają również moje cotygodniowe potrzeby związane z rywalizacją (choć biorąc pod uwagę, iż osoba, z którą na co dzień gram, daje mi niezły wycisk – tak samo dobrze uczą mnie pokory). Tyle.

Ale płyńmy do brzegu1 – wracam do tego, o czym od samego początku chciałem opowiedzieć Ci w tym rozdziale. Gdy wszystkie elementy równania – dieta bogata w owoce i warzywa, litry wypisanej wody i dużo, dużo więcej ruchu – nałożyły się na siebie, wyszły mi dwie rzeczy: pot podczas treningów i radość na wadze. Strzelam, że możesz znowu zastanawiać się, jaki to ma związek z wegetarianizmem? 🙂 Idę więc dalej.

Chyba już pisałem tu (na blogu) kilka razy, że po rzuceniu palenia, momentalnie przestałem się intensywnie pocić. Nie jest to zbyt szeroko komentowany plus pozbycia się tak wstrętnego nałogu, jakim jest palenie papierosów, ale w moim przypadku był on jednym z najlepszych (całkiem blisko po tym, że pożyję trochę dłużej 🙂). Gdy paliłem, pot (i łzy) towarzyszyły mi w wielu sytuacjach. Lato było koszmarem, ruch był koszmarem, wyjście na wesele czy inną imprezę było koszmarem. Po rzuceniu papierosów – wszystko to zniknęło, jak ręką odjął. Nie dość, że zacząłem sobie o wiele lepiej radzić z wysokimi, letnimi temperaturami, to podbiegnięcie do autobusu, kilka przetańczonych piosenek na weselu, czy nawet wyjście do sklepu, przestało mi się już kojarzyć z przepoconą, śmierdzącą koszulką. A teraz problem trochę powrócił, choć w zupełnie innej formie, nie jest już tak uciążliwy i patrzę na niego w totalnie inny sposób. Hmm… niełatwy to temat, ale jednak chcę go tutaj przemycić. Dieta bogata w owoce, litry wypisanej wody i sporo więcej ruchu sprawiły, że zacząłem się więcej, czasem dość intensywnie, pocić. I choć dzieje się to na siłowni (po 15 minutach mocnego kardio), na rolkach (na co też potrzeba ze 20-30 minut), czy w trakcie ping-ponga (tu potrafię być „mokry” już po 5 minutach), to stało się to na tyle zauważalną dla mnie nowością, że postanowiłem o tym wspomnieć i podłączyć jako jeden z efektów nowej diety – choć, jak już napisałem, wpływa też na to wiele innych czynników.

Nie wiem jak bardzo jest to widoczne, ale opisując to „nowe” pocenie się, staram się jak mogę unikać słów, takich jak: problem. Bo problemem tak naprawę już to nie jest, a przynajmniej już tak tego nie odbieram. Gdy paliłem, wiedziałem, że w danej chwili pot wcale nie jest właściwą reakcją mojego organizmu na to, co się we mnie i wokół mnie dzieje. Wręcz czułem, że może to być efekt krzywdy, jaką robię mojemu organizmowi, że razem z potem, wychodzi wtedy ze mnie cały ten tytoniowy smród, co stało się moją obrzydliwą codziennością. Tym razem jest t-o-t-a-l-n-i-e inaczej. Piję wodę, jem owoce i warzywa, więc pocę się bardziej przy intensywnym treningu – tyle. Zachodzi całkiem naturalny, wręcz pożądany, proces wentylacji w organizmie. Nie śmierdzę jak kiedyś, nie pocę się przy każdej okazji – dzieje się to tylko wtedy, gdy tego potrzebuję. I tym razem nie oczekuję, że zniknie.
No cóż, temat pocenia się nie jest łatwy, dotyczy obszarów życia, o których na co dzień nie rozmawiamy. Był jednak na tyle ważnym dla mnie elementem i na tyle nową rzeczą, że musiałem go – choć delikatnie – poruszyć.

Tata gruby brzuszek

Ok, czas na małe wyznanie.

Muszę w tym miejscu dodać jednak jeszcze jedną rzecz, która – gdy tylko się wydarzyła – sprawiła, że aż zapiszczałem z radości. Nie wiem dokładnie jak to jest (i bardzo wiedzieć nie chcę!), ale gdy paliłem, ważyłem zawsze tyle samo – mało. Przez lata wchodziłem na wagę i powtarzałem jedno zdanie: „78 kg”. I może nie była to idealna dla mnie liczba, ale była stała, niezależnie od tego, co jadłem i ile się ruszałem (a tego pierwszego zawsze było o wiele więcej, niż drugiego). Gdy rzuciłem palenie, przez pierwsze pół roku nie było wielkiej zmiany w tym temacie. Wbrew temu, co prawie wszyscy mówili, nie przybyło mi kilogramów (pamiętam miliony pytań: „O, rzuciłeś palenie! Brawo, a ile przytyłeś?”). Dopiero później „brzuszek zaczął rosnąć”. Pomimo stopniowo zwiększanej aktywności, liczba na wadze zaczęła się dość dynamicznie powiększać. Aż strach pomyśleć, jak bardzo by wzrosła, gdybym kilka lat temu nie polubił się z bieganiem, jogą, czy ping-pongiem. W każdym razie, ostatecznie cyfry w moich 78-iu kilogramach, zamieniły się miejscami i wyszło z tego 87 kg. Tragedii nie było, ale wzrost wagi był dla mnie zauważalny, a jednocześnie stał się moją małą porażką. Niezależnie od tego co robiłem, nie udawało mi się zejść poniżej 74-75 kg. I trwało to dobrych kilka lat. Najlepszym podsumowaniem tej sytuacji, niech będzie humorystyczny rysunek, jaki dostałem od moich córek.

https://www.instagram.com/p/CPNTjBQHv91/?utm_source=ig_web_button_share_sheet

Brutalne, nie? Wiedziały, gdzie uderzyć 🙂.

Choć te dodatkowe kilogramy nie były jakąś wielką tragedią, to jednak bardzo chciałem przynajmniej wrócić do poprzedniej wagi. I wiesz co? A, z resztą, sam zobacz.

Taki oto widok ucieszył mnie już kilka TYGODNI po zmianie diety. Pierwszy raz od lat! W tak krótkim czasie! Wow, chodziłem po tym zadowolony przez cały tydzień.

Zdaję sobie sprawę, że jest to połączenie wielu elementów, nie tylko spożywanych posiłków, ale i większej ilości ruchu (siłownia, rolki, ping-pong, rezygnacja z samochodu), jednak tak czy siak – moja radość z pokonania tej magicznej bariery 80 kg była spora. A co ważniejsze, minęło kolejnych kilka tygodni, a ja nie wracam już do wersji „tata gruby brzuszek” 🙂. Różnica jest już mocno zauważalna.

Gdy pojawiają się przeszkody…

No dobra, wszystko fajnie, pięknie, ale życie – jak wszyscy dobrze wiemy – wcale nie jest takie proste, i często pod nogami pojawiają nam się niespodziewane przeszkody i problemy. Zmiana przyzwyczajeń, w tym na przykład żywieniowych, w krótkiej perspektywie jest bardzo prosta – „cyk” i postanawiamy się zmienić. Tak samo jak rzucenie palenia, alkoholu czy pozbycie się jakiegokolwiek innego nałogu. Podejmujesz decyzję i gotowe. Problem jednak pojawia się, gdy chcesz wytrwać w takim postanowieniu dłużej niż godzinę, dzień czy miesiąc… Tak często przecież postanawiamy zmienić nasze życie (prawda?), ale tak rzadko przy tej zmianie pozostajemy. Najlepszym przykładem są chyba postanowienia noworoczne, których tak wiele co roku wypowiadamy, a które najczęściej wypalają się szybciej, niż zimne ognie w sylwestrową noc. Przeszkodą stają się drobne rzeczy, wydarzenia, ludzie, a chyba najczęściej my sami. I z tym ostatnim myślałem, że dam sobie łatwo radę – przecież długo przygotowywałem się do nowego stylu jedzenia, poziom determinacji miałem całkiem wysoki. Jednak w połączeniu z „wydarzeniami” i „ludźmi” wokół mnie, mogło już wcale nie być tak łatwo. Nie bałem się, że będę tęsknił za smakiem mięsa, za konkretnymi daniami – jestem na tyle kreatywny w kuchni, że potrafię organizować sobie wspaniałe dania niezawierające mięsa. Jednak presja – którą najczęściej sami na siebie wywieramy – podczas zetknięcia się z innymi ludźmi, podczas spotkań i wydarzeń, potrafi skutecznie osłabić silną wolę.

Nauczyłem się już, że gdy chcę zmienić jakiś kawałek mojego życia, to najlepiej, gdy przez pierwsze kilka dni tej zmiany, posiedzę sobie w domu – tu, w kontrolowanym środowisku, napotykam mniej przeszkód. Przychodzi jednak moment, w którym trzeba wyjść na zewnątrz i stanąć twarzą w twarz z całą resztą życia – tego wśród ludzi.

A konkretnie? Na przykład wydarzenia rodzinne, spotkania ze znajomymi, lunche z klientami, spontaniczne, weekendowe filmy z dzieciakami połączone z „drobnymi” przekąskami… te wszystkie sytuacje wymagają przede wszystkim jednej rzeczy – strategii. Choć wiem, że nie jestem w stanie przewidzieć każdej sytuacji, w jakiej się znajdę, to opracowanie głównego planu działania w kontekście nowej diety, może bardzo pomóc w różnych niespodziewanych chwilach.

Miałem w tym miejscu opisać Ci kilka konkretnych sytuacji, w jakich znalazłem się wraz z moją dietą, opowiedzieć Ci o próbach, jakim sam siebie poddałem, ale w gruncie rzeczy – tu zupełnie nie o to chodzi. Rozstrzyganie, czy imieniny u cioci są warte jednorazowej rezygnacji z diety, a może spotkanie po latach ze znajomym czy wieczorny film z dzieciakami? Za każdym razem chodzi o jedno – o wyznaczone zasady. I wracam w ten sposób do samego początku mojego wpisu – do powodów, jakie kierowały mną, gdy zmieniałem dietę. Jak już pisałem, nie były to powody ideologiczne, a zdrowotne. I jest to pierwszy, bardzo istotny punkt mojego wewnętrznego regulaminu – dzięki temu wiem, że złamanie diety wegetariańskiej, nie będzie miało (nie powinno mieć) dla mnie dużych konsekwencji psychicznych, co najwyżej lekkie fizyczne. Rozumiesz, co mam na myśli? Gdyby na przykład to religia była podstawą mojej decyzji o zmianie diety, każdorazowe zjedzenie mięsa mogłoby być dla mnie poważnym naruszeniem zasad moralnych. Gdybym wierzył, że zjedzenie mięsa wyrządza określone i znaczące szkody dla świata, wtedy być może nawet przebywanie w jednym pomieszczeniu z osobami, które mięso jedzą byłoby dla mnie problemem. Jednak ja kieruję się zdrowiem – czyli wybrałem sobie powód z jednej strony chyba najważniejszy, ale z drugiej – taki, który… najłatwiej ominąć.

Dlatego też bardzo rzadko, ale jednak zdarza mi się zjeść kawałek mięsa. Są to jednak głównie sytuacje, gdy znajdę się w towarzystwie osób, które nie są świadome mojej diety (a ja nie bardzo chce je uświadamiać?). Fajnym przykładem jest tu lunch-niespodzianka, na który zostałem zaproszony podczas spotkania ze współpracownikami – po kilkugodzinnym spotkaniu zespołu, z którym od dawna pracuję nad dużym projektem, okazało się, że czeka na nas przygotowany dla wszystkich obiad, składający się właściwie wyłącznie z mięs – co w tamtym momencie było dla mnie mocno ironiczne, ponieważ nie miałem nawet najmniejszej szansy, aby zjeść tylko i wyłącznie symboliczną „sałatkę”. Był to moment, w którym z radością odstąpiłem od mojej diety i przemilczałem fakt, że na co dzień nie spożywam podobnych posiłków. W ostatnich miesiącach podobnych sytuacji było jeszcze trochę, a prawie wszystkie dotyczyły relacji z innymi ludźmi – spotkanie z dawno niewidzianym znajomym, rodzinne przyjęcie imieninowe, podczas którego próbowałem po kawałku każdej z podanych potraw, wieczór filmowy z moimi dzieciakami, i nawet kilka prywatnych chwila słabości, gdy samotnie skusiłem się na mięsne, fastfoodowe danie. W gruncie rzeczy, przez ostatnie pół roku, momenty, w których rezygnuję z bycia pescowegetarianinem, nie wychodzą poza jeden-dwa razy na dwa tygodnie. I taka matematyka chyba mi odpowiada.

Wartym zaznaczenia jest z pewnością fakt, że po każdorazowym zjedzeniu mięsa, odczułem to mocno następnego dnia – ten dawno zapomniany efekt mega-ciężkości szybko przypomina mi, dlaczego powrót do mięsnej diety nie jest już dla mnie opcją na stałe.

Życie bez mięsa jest takie nudne…

To opinia, z którą często się spotykam: gdy zrezygnujesz z jedzenia mięsa, Twoja dieta szybko stanie się bardzo monotonna – i nawet pozostawienie w menu ryb nie sprawi, że po kilku tygodniach będziesz nadal z radością patrzeć na każdy kolejny posiłek.

TOTALNA NIEPRAWDA!

Znam kilka osób, które – choć lubią gotować – po przejściu na wegetarianizm, straciły totalnie zapał do tworzenia fajnych potraw, a co za tym idzie – zaczęły unieszczęśliwiać same siebie. U mnie jest wręcz odwrotnie. Ograniczenie składników, z jakich „produkuję” moje codzienne dania spowodowało, że uruchomiły się we mnie całkiem nowe pokłady kreatywności w kuchni. Już na samym początku zacząłem testować wszystkie sojowe zamienniki regularnych potraw (od wędlin sojowych, po parówki, kotlety i pasztety z soji), jednak szybko doszedłem do wniosku, że NIENAWIDZĘ DAŃ Z SOJI! Momentalnie zrezygnowałem z tego wariantu wegetarianizmu. Nie oznacza to jednak, że jem cały czas te same i nudne dania – przeciwnie. Prawie każdego dnia jem coś innego, a i każde moje danie sprawia, że nie mogę przestać jeść. Są dni, gdy mam ochotę na burgera z łososia z frytkami, albo warzywnego cheesburgera w bułce sezamowej z ostrym ketchupem i cebulką (no dobra, takich dań jednak staram się za często nie robić), ale uwielbiam i risotto grzybowe, zupę rybną, czy przepyszny kawał pieczonej makreli. Śniadanie to czasem jajecznica, parówki z łososia, Kanapka Stefana (mój autorski pomysł na przepyszną kanapkę, która staje się powoli kultowym daniem wśród moich znajomych! Może kiedyś podzielę się przepisem), czy talerz różnego rodzaju serów. Z pewnością nie mogę powiedzieć, że w mojej kuchni wieje nudą – dieta wegetariańska (pescowegetariańska) wcale nie musi być nudna, trzeba się tylko trochę postarać i polubić gotowanie. Ważne jest jedynie, aby mieć pod ręką odpowiednie składniki – bez tego nigdy nie wyjdzie nam żądne danie.

Skąd pomysł?

Pomyślałem jeszcze, że podam Ci kilka źródeł, które zainspirowały mnie do tego, aby w ogóle zainteresować się tematem zmiany diety. Jak już pisałem wcześniej, od dłuższego czasu przygotowywałem się do tego. I, jeżeli już mnie znasz, to wiesz, że potrzebowałem kogoś, kto popchnie mnie do tego, aby przestać jeść mięso. Było kilka takich osób – choć większość z nich nigdy się nie dowie, że pomogło mi w podjęciu tak ważnej decyzji.

Radek Budnicki

Radek jest podcasterem, od którego uczę się wielu rzeczy. Pokazuje jak na co dzień korzystać z filozofii stoickiej, uczy jak nagrywać podcasty, jak pokochać historię oraz… właśnie, jak nie jeść mięsa. Ogromną zaletą Radka jest to, że jest sobą i nie udaje nikogo innego. Lubię go za styl jego podcastów i podejście do życia. To właśnie Radek jako pierwszy zaszczepił we mnie myśl „A gdyby tak…” – gdy w 152. odcinku podcastu opowiedział o diecie wegańskiej. Choć powody, jakimi się kierował, zmieniając kiedyś dietę, są nieco inne niż moje, to właśnie jego słowa sprawiły, że zacząłem myśleć… Warto posłuchać Radka i również uruchomić przemyślenia…

Jeff Sanders

W czołówce osób, które zainspirowały mnie do zmiany diety, pojawia się jeszcze jeden podcaster – Jeff, który prowadzi audycję o produktywności: 5 AM Miracle. I to właśnie on, już w 2014 roku, opublikował odcinek, który na długo zapadł mi w pamięć, choć totalnie nie spodziewałem się, że wiele lat później, pomoże mi w podjęciu decyzji o zmianie diety. A chodzi o 30. odcinek podcastu Jeffa, w którym opowiada o tym, dlaczego… banany są zdrowe 🙂. Sam nie wiem, dlaczego właśnie ta audycja wywarła na mnie tak duże wrażenie. Pamiętam ją jednak do dzisiaj i dzięki Jeff’owi, od kilku lat banany właściwie zawsze znajdują się w mojej kuchni – mają nawet swoje własne naczynie, w którym spokojnie sobie leżą i czekają na zjedzenie.

Netflix

Okazuje się, że czasem i na Netflixie można znaleźć się coś wartościowego. Mi w ręce wpadła seria „Wyjaśniamy” – całkiem ciekawy i dobrze przygotowany amerykański serial społeczno-kulturalno-dokumentalny, w którym każdy odcinek poświęcony jest innemu tematowi. Jest jeden o muzyce, o wiecznej młodości, cukrze, trawce (pod publiczkę! Och Netflix…), sporcie, inteligencji zwierząt… i jest jeden o przyszłości mięsa. Choć tematem przewodnim odcinka jest sztuczne, wytwarzane w laboratorium mięsko – które to totalnie mnie nie interesuje – to połowa odcina dotyka problemu „produkcji” zwykłego, normalnego mięsa, jaka ma dziś miejsce. To, o czym opowiadają autorzy, jak również zdjęcia pokazane w odcinku, robi wrażenie i na długo zostają w pamięci. Myślę, że warto obejrzeć ten jeden odcinek serialu „Wyjaśniamy”, niezależnie od tego, czy planujesz przejść na wegetarianizm, czy nie. Warto wiedzieć, czym żywi się ogromna większość społeczeństwa.

Pani Dorota

Tu nie podrzucę Ci żadnego adresu www – ponieważ Pani Dorota go nie posiada. Nie jest ani blogerem, ani podcasterem, nie publikuje niczego w mediach społecznościowych. Pani Dorota jest moją znajomą, wegetarianką, z którą przeprowadziłem wiele rozmów na temat jej diety. Reprezentuje ona w tym wypadku każdego z Twoich znajomych, który zmienił dietę na bezmięsną. Jeżeli i Ty zastanawiasz nad podobnym krokiem, porozmawiaj z kimś, kogo znasz, a kto zdecydował się już kiedyś na coś podobnego. Dowiesz się z najlepszego źródła, co wiąże się z taką decyzją, dostaniesz garść porad jak uniknąć nudy i przetrwać trudne dni. Taka rozmowa może okazać się tym, co będzie miało największy wpływ na Twoją decyzję. Mnie bardzo pomogła, a fakt, że do dzisiaj mam z kim wymieniać doświadczenia związane z wegetarianizmem (pescowegetarianizmem), czasem pomarudzić a czasem się pochwalić – jest dla mnie bezcenny. Polecam Ci odszukanie kogoś takiego, nawet jeżeli nie będzie to osoba z najbliższego grona Twoich znajomych. Jeżeli nie masz nikogo takiego wokół siebie – możesz zawsze napisać do mnie, po to właśnie jest pole komentarzy pod wpisami, abyśmy mogli porozmawiać 🙂.

Na koniec

Wpis, który teraz czytasz, powstawał niezwykle długo, wiele miesięcy. Choć od samego początku, wraz z pierwszym dniem mojego pescowegetarianizmu, wiedziałem, że będę chciał Ci opowiedzieć o tej przygodzie, długo nie wiedziałem, jaki będzie jej finał. Choć udało mi się szybko schudnąć, nie wiedziałem, czy nie jest to efekt chwilowy, były też przypadki, gdy sięgałem po mięsko. Bywały trudne chwile, a i ostatecznie nie wiedziałem, czy będę opowiadał Ci o sukcesie, czy porażce. Dziś już wiem – zostaję z pescowegetarianizmem na dłużej – ale wiem też, że raz jakiś czas skuszę się pewnie na pojedynczy powrót do starych, mięsnych dań. Nie wiem na jak długo, być może na kilka lat, może już na zawsze, ale wiem, że dzisiaj jestem bardzo zadowolony z tego, jak jem. A jeszcze bardziej z tego co jem. Dlatego też Ciebie również zachęcam do spróbowania – chociażby po to, aby wiedzieć, czy taki rodzaj diety Ci pasuje.

Z przyjemnością poczytam, o Twoich doświadczeniach z różnymi dietami – i tu ponownie przypominam o polu komentarzy – być może to Ty zainspirujesz mnie do jakiejś kolejnej zmiany? A może chcesz o coś zapytać? Coś doradzić? Porozmawiajmy 🙂.

Cześć!

  1. Płyńmy do brzegu – to określenie podłapałem od Piotra, z którym wspólnie nagrywamy 🐽 PiG Podcast. Sam do końca nie wiem, dlaczego tak bardzo je lubię, ale za każdym razem uśmiecham się, gdy podczas nagrania, trochę zboczymy z kursu, odejdziemy od naszego głównego tematu i Piotr w ten sposób chce przywrócić nas na właściwe tory.

Już nie jestem głodny

Wpis ten jest newsletterem, który wysyłam do czytelników bloga Fajne.life. Jeżeli chcesz otrzymywać ode mnie podobne treści do swojej skrzynki, zostaw swój adres e-mail.

Gdy kilka tygodni temu rozpocząłem etap zmieniania moich nawyków żywieniowych, były osoby, które śmiały się i stukały w głowę. Dzisiaj te same osoby dołączają do mnie w wieczorno-porannym niejedzeniu i bardzo chwalą sobie efekty. Post przerywany stał się nie tylko moją nową bronią w walce o zdrowsze jutro, ale również, a może i przede wszystkim, wspaniałym narzędziem do kształtowania charakteru. Cieszę się też, że udało mi się do tego, zarazić nim kilka osób.

Obiecałem Ci niedawno, że opowiem o nowej diecie, jaką sobie zafundowałem…

Jej, właśnie przeczytałem powyższe zdanie i przez sekundę oczami wyobraźni widziałem Annę Lewandowską, która swym zdecydowanym głosem zachęca do przejścia na nową dietę: „wystarczy, że będziesz jadł to co ja, a w końcu będziesz wyglądał jak ja”. W mojej diecie chodzi oczywiście zupełnie o coś innego. Od dawna szukałem jakiejś fajnej zmiany w tym zakresie, ale moim głównym celem nigdy nie było, aby wyglądać jak Anna Lewandowska, czy nawet jej Robert. Choć oczywiście byłby to fenomenalny skutek uboczny (🙂) i nie miałbym nic przeciwko temu, aby mi się przytrafił. Powiedzmy, że jest to mój mniejszy cel – numer dwa. Przede wszystkim jednak chodzi o zdrowie i lepsze samopoczucie – a te dwie rzeczy można osiągnąć dość szybko przy diecie, jaką stosuję.

Przez ostatnie lata nauczyłem się, że to, co jem, bezpośrednio przekłada się na to, jak się czuję. Ma to tak samo ogromny wpływ na moją odporność. Jedno smaczne, ale niezbyt zdrowe danie, może nie tylko pozbawić mnie energii na wiele godzin, ale również spowodować w moim organizmie spustoszenie podobne do wypicia kilku kieliszków wódki czy wypalania paczki papierosów. Chwilowy zachwyt kończy się później niezbyt fajnym kacem.

Jak wspomniałem na początku tej wiadomości, zmianą, jaką wprowadziłem i której chcę Ci dzisiaj opowiedzieć, jest post przerywany. Słowo „post” kojarzy nam się często ze wigilią Świąt Bożego Narodzenia – tradycja nakazuje nam wtedy nie jeść mięsa i objadać się po uszy wszystkim innym. Post, który ja stosuję, to całkowite powstrzymywanie się od jedzenia – zamiennym słowem może być tu chyba „głodówka”. Zasada działania jest banalnie prosta – wystarczy nie jeść w określonych porach dnia lub nocy. Jest wiele wariantów postu przerywanego, jedni praktykują go, nie jedząc przez jeden, cały dzień w tygodniu, inni rezygnują z obiadów, dla niektórych pierwszym posiłkiem jest dopiero późny lunch. Możliwości może być tyle, co osób stosujących post. Ja wybrałem dla siebie wariant polegający na tym, że jem tylko od godziny 6 rano do 16 – jest to tak zwany wariant 14:10 (14 godzin jedzenia, 10 godzin postu). Zrezygnowałem więc z kolacji i pierwszego, wczesnego śniadania, które to jadałem zazwyczaj o 4 rano (wstaję o 3:30).

Pierwsze dni, tygodnie były dość ciężkie. Okazuje się bowiem, że odstawianie jedzenia niewiele różni się od rzucania papierosów. Chodziłem spać zwyczajnie głodny, nie mówiąc już o tym, jak ciężkie były poranki. Nie raz otwierałem z rana po dziesięć razy lodówkę, walcząc sam ze sobą o to, czy warto skończyć te męczarnie i sięgnąć po kawałek szynki, sera czy chociaż małą rzodkiewkę… Jednak wytrzymałem i z czasem mój organizm przyzwyczaił się do nowego trybu działania. Przestałem odczuwać głód zarówno wieczorem, jak i też rano. Post zaczął przynosić pierwsze efekty – choćby te na wadze – a ja zacząłem obserwować bardzo dziwne rzeczy… Kilka z nich dotyczyło biegania. O 5:30 rano, gdy zazwyczaj idę biegać, powinienem być chyba totalnie pozbawiony energii, teoretycznie powinien to być mój najgorszy moment dnia – w końcu minęło prawie 10 godzin od mojego ostatniego posiłku, prawda? Jest natomiast całkiem odwrotnie, poranny bieg stał się nagle lekki, jestem dużo bardziej skoncentrowany, post spowodował, że poranne wyjście jest dla mnie jeszcze większą przyjemnością (a w gorsze dni, mniejszą męczarnią). Bałem się, że gdy wyjdę rano na dwór (a mamy przecież zimę! O 5:30 rano nie jest za ciekawie) będzie mi zimno – ale i tu się pomyliłem. O dziwo, moje ciało zaczęło sobie lepiej radzić z zimnem. Mało tego, okazało się, że dużo lepiej radzę sobie z niskimi temperaturami nie tylko, gdy jestem „na głodzie”, ale przez cały dzień. Wierzę, że i w tym post ma swój udział.

Inną cenną umiejętnością okazało się to, że nauczyłem się mówić „nie” jedzeniu. Takie ćwiczenie silnej woli bardzo się przydaje. Wcześniej ciężko było mi powstrzymać się od sięgnięcia po „coś dobrego”, gdy nadarzała się okazja. Nie ćwiczyłem powstrzymywania się od jedzenia, więc nie bardzo wiedziałem jak odmawiać, gdy ktoś częstował mnie jakimś smakołykiem, często też jadałem więcej niż powinienem. Post nauczył mnie jak nie jeść – i ta umiejętność okazała się bardzo cenna.

Muszę oczywiście też wspomnieć o kwestii technicznej mojego małego wyzwania związanego z niejedzeniem. Jak się pewnie domyślasz, gdy tylko zdecydowałem się na rozpoczęcie postu, sięgnąłem do sklepu z aplikacjami w moim iPhonie, aby sprawdzić, czy są tam jakieś narzędzia, które mogą mi w tym pomóc. Ku mojemu zaskoczeniu, wybór był ogromny! Nie dość, że większość aplikacji, które pomagają w liczeniu kalorii (ja używam Lifesum), ma wbudowane liczniki postu, to jeszcze znalazłem całą masę aplikacji dedykowanych tej aktywności. Po wypróbowaniu kilku z nich stwierdziłem ostatecznie, że dam sobie radę sam z pilnowaniem siebie samego, aby od 16-tej nie jeść.

Moje pytanie do Ciebie na dzisiaj: Co ostatnio zmieniłaś/zmieniłeś w swoim życiu, aby lepiej zadbać o swoje zdrowie? Być może sam skorzystam z Twojej odpowiedzi 🙂

ps. Nagraliśmy z Piotrem fajny odcinek 🐽 PiG Podcastu, o tym, jak to jest być introwertykiem. Wyszło nam bardzo osobiście, ale warto posłuchać, do czego Cię serdecznie zapraszam 🙂

Jestem głodny.

Wpis ten jest newsletterem, który wysyłam do czytelników bloga Fajne.life. Jeżeli chcesz otrzymywać ode mnie podobne treści do swojej skrzynki, zostaw swój adres e-mail.

Byliście kiedyś na diecie? Ja tam ich nie cierpię. Założenie, że przez tydzień, dwa czy pięć tygodni, nie możemy jeść pewnych rzeczy, a potem wracamy do wcześniejszych nawyków, jest dla mnie mocno słabe. Jedzenie, szczególnie kompulsywne, jest nałogiem. Gdy dołożymy do tego rodzaj jedzenia, jaki często w siebie pakujemy – to spożywanie pokarmów bardzo łatwo można myślę porównać na przykład do palenia papierosów. A tych przecież nie odstawiamy czasowo, aby odtruć nasz organizm, i potem wrócić do pysznego, trującego dymu. Papierosy, jak już rzucamy, to na zawsze! Przynajmniej taki zawsze jest plan. Dlaczego więc w kontekście jedzenia przechodzimy na dietę, którą – już z założenia – odstawiamy na półkę po jakimś czasie? Nigdy tego nie pojmowałem, choć pewnie jest cała masa medycznych, sportowych, filozoficznych, naukowych, ideologicznych, kulturowych i innych ważnych powodów, dla których tego rodzaju chwilowe zmiany sposobu żywienia są właściwe. Ja tego po prostu nie kupuję – zamiast diety, wolę stałą zmianę sposobu żywienia. Wychodzę z założenia, że jeżeli coś jest dla nas dobre, należy pracować nad tym, aby było permanentne, a nie chwilowe. Mylę się?

No właśnie… I z takim moim restrykcyjnym podejściem szukam sobie od lat jakiegoś fajnego sposobu na życie, na codzienność, na jedzenie, na posiłki, na zakupy. Choć i tak poczyniłem już ogromne postępy, zmieniając kilka lat temu nawyki zakupowe. Przestałem wtedy kupować jedzenie w marketach. Mam swojego jednego Carrefour’a (choć równie dobrze mogłem wybrać Tesco czy Aldiego), w którym kupuję chemię do prania, płyny do mycia naczyń i podłóg, czy pastę do zębów – i to raczej wszystko. Z jedzenia w moim markecie mogę co najwyżej sięgnąć po ulubiony ketchup, majonez czy ciasto do pizzy. Choć nawet z tych produktów 95% rzeczy w na półkach nie nadaje się do spożycia. Serio! Nie mogę uwierzyć, że ludzkość tak bardzo przestraszyła się koronawirusa, a pakuje w siebie tony jedzenia, któremu z punktu widzenia składu bliżej chyba do torebki foliowej, niż czegoś, co można nazwać zdrowym produktem. Zapakowana w folię, chemiczna szynka z takiego marketu nie powinna być nawet nazywana jedzeniem. Choć oczywiście, również w markecie można sięgać po zdrowe rzeczy – niestety jest to chyba wielokrotnie trudniejsze, niż na bazarku czy targu. W ogóle to świat pod tym kątem jest taki dziwny – miasta pełne są Mc’Donaldów, KFC, Pizzy Hut i innych fast food’ów, których głównym zadaniem wcale nie jest nas zdrowo nakarmić, ale zarobić (na nas) jak najwięcej, wydając na produkcję tego „jedzenia” jak najmniej, ale pakując to jednocześnie składnikami, które będą w stanie oszukać nasze zmysły – które będą w stanie nam wmówić, że to, co jest nam serwowane, jest smaczne. Ma być tanio, smacznie i zapełnić nam brzuchy. Myślę, że gdyby tylko pozwalało na to prawo, a ludzie nie zauważyliby różnicy, w najtańszym cheeseburgerze z pewnością mielibyśmy dodatkową warstwę wypełniacza w postaci styropianu czy waty.

No dobra, nakręciłem się strasznie – wybacz – ale tak już mam, gdy myślę sobie o tym, jakiego rodzaju jedzenie często w siebie pakujemy. Szczególnie że i mnie zdarza się od czasu do czasu wpaść do „Maca” czy „na skrzydełko”. Mam wtedy ogromne wyrzuty sumienia i żywy dowód na to, jak silnym nałogiem jest jedzenie. Czasem ulegam. Na co dzień kupuję jedzenie od sprawdzonych ludzi na targu, ale co jakiś (na szczęście dłuższy) czas, sięgam w Carrefourze po dwie wielkie paki chipsów i wieczorem siadam z dzieciakami do oglądania śmiesznego filmu. Moja droga do zdrowego jedzenia rozpoczęła się już kilka lat temu, ale do celu jeszcze bardzo daleko.

No i zobacz, miałem Ci dzisiaj opowiedzieć o tym, że chodzę ostatnio mocno głodny – szczególnie w określonych porach dnia (i nocy). Zamiast tego rozpisałem się o zakupach, fast food’ach i niezdrowym jedzeniu. Historię związaną z jedzeniem i moim nowym sposobem żywienia dokończę więc za tydzień, dzisiaj napiszę Ci tylko, że udało mi się znaleźć bardzo fajny sposób na ograniczenie i kontrolę tego, co i kiedy jem. Do tego sposób ten jest mega prosty. Stosuję go od kilku tygodni i jestem więcej niż zadowolony! Widzę już efekty na wadze, lepsze wyniki podczas biegania i mocny trening silnej woli. Choć tej ostatniej podobno lepiej nie trenować, a oszczędzać… Ale to historia na jeszcze inną wiadomość 🙂

Jak co tydzień, mam też do CIebie pytanie: czy jesteś zadowolona/zadowolony z tego co jesz? Twoja odpowiedź na to pytanie przyda mi się do kolejnej wiadomości – tej, którą napiszę za tydzień. Kliknij więc „odpowiedz” i daj znać 🙂 Możesz po prostu napisać „tak” albo „nie”, choć z przyjemnością poznam też Twoją szerszą opinię na ten temat. Jestem mega ciekawy, jaki jest Twój stosunek do zakupów i jedzenia.

Dzieci nie lubią marchewki. I kropka.

Obserwacje są bardzo ważnym elementem procesu uczenia się. Jeżeli otworzysz się na obserwowanie tego, co dzieje się wokół Ciebie, jeżeli będziesz rozglądać się wokoło w poszukiwaniu różnych zależności, nastawiasz radary na nasłuch zamiast nadawanie – masz szansę wyłapać bardzo ciekawe rzeczy z pozornie mało istotnych sytuacji. Trafiłem ostatnio na jedną taką, dość śmieszną rzecz – i postanowiłem Ci o tym dzisiaj opowiedzieć.

Jako rodzic chciałbym, aby moje dzieci jadły zdrowo. Lubię gotować i gdy to robię, staram się przemycać w przygotowywanych potrawach jak najwięcej warzyw. Czasem będzie to kolorowa surówka, innym razem zupa-krem, ale zdarzają się i w postaci pieczonej. Moje dziewczyny jedzą całkiem sporo warzyw, ale wychodzę z założenia, że tego nigdy za dużo. Poza świeżym warzywami, których całe torby przynoszę co środę i sobotę z ukochanego targu, kupuję czasem i mrożone warzywa, aby czekały sobie w zamrażalniku na swoją obiadową kolej. Zazwyczaj w wersji mrożonej mamy szpinak lub buraczki puree – taki standard. I jestem totalnie przyzwyczajony, że moje dziewczyny raczej nie lubią tych dwóch potraw. Na świeży szpinak jeszcze może je namówię, ale na ten w wersji mrożonej – jeszcze chyba mi się nie udało ani razu 🙂.

Jakiś czas temu rozbudowałem nasz zapas mrożonych warzyw o marchewki do gotowania. Takie małe, malutkie, całe – z pewnością nie raz widziałeś je w sklepowej zamrażarce. Nie ukrywam – zachęciło mnie ładne opakowanie i postanowiłem zrobić dzieciakom małą „niespodziankę” na sobotni obiad. Spodziewałem się, jaka będzie pierwsza reakcja, gdy zobaczą, co podajemy: „ja tego napewno nie zjem” – nie trzeba być jasnowidzem, aby to przewidzieć. Tym razem postanowiłem jednak, że namówię je do małej degustacji.

Oczywiście nie pomyliłem się, dziewczyny na sam widok marchewki totalnie się zablokowały. A przynajmniej jedna z nich. Zgodnie jednak ze słowami Douglasa MacArthura: „przygotowanie to klucz do sukcesu i zwycięstwa” – obmyśliłem wcześniej odpowiedni na taką ewentualność plan działania. Poza marchewkami podaliśmy tego dzisiaj najlepszą wersję naszego sobotniego obiadu: pieczony kurczak i frytki – to zdecydowanie ich ulubiony, weekendowy zestaw, który rozpoczynamy wcześniejszym, pysznym rosołkiem. Wprowadzając dziewczyny w dobry nastrój głównymi składnikami obiadu i dodatkowo zachęcając poobiednim deserem (szarlotki), udało mi się przekonać je do spróbowania marchewek. Kluczem do sukcesu okazała się stara, sprawdzona metoda: „nie próbujecie marchewki, nie ma deseru”. Wiem, okropny jestem 🙂. Dziewczyny dostały po trzy miniaturowe marchewki i nawet obyło się bez wielkich protestów. Zadowolenie z ulubionego kurczaka i frytek przełamało pierwszą niechęć do marchewki!

Oczywiście totalnie nie o to chodzi w całej tej historii, najlepsze dopiero za chwilę. Tak w ogóle to wybacz te jedzeniowe tematy – mam nadzieję, że nie czytasz mojego listu przed posiłkiem. Mnie samemu prawie cieknie ślinka, gdy piszę!

Wracając do mojej obiadowej historii, w chwili, gdy z talerza zaczęły znikać pomarańczowe warzywa, usłyszałem od jednej z moich córek bardzo zdanie: „Zapamiętaj tata, dzieci nie lubią marchewki! Ja nie lubię marchewkiii…”.

I w tym momencie ostatnie wyrazy wypowiadanego właśnie przez moją córkę zdania trochę się urwały. Na jej twarzy pojawiło się za to zaciekawienie. Marchewką. Jej smakiem.

Widać było, że jej… smakowało 🙂. Choć przez kolejnych kilka minut nie chciała się jeszcze do tego przyznać. Skończyło się ostatecznie na dwóch (całkowicie dobrowolnych) dokładkach marchewki.

Lubię sytuacje, gdy moje córki zdecydują się wyjść trochę ze strefy swojego komfortu (nawet gdy lekko im w tym pomagam) i okazuje się, że wyjście to bardzo się im opłacało. Coraz częściej też obserwują, że same podejmują podobne „ryzyko” – co sprawia, że są później z siebie bardzo zadowolone.

Jestem aktualnie w trakcie czytania książki Michaela Hyatta, Your Best Year Ever (tylko w języku angielskim) – świetna lektura na końcówkę roku, bardzo Ci polecam sięgnąć po nią, zanim zaczniesz planować 2021 rok. Michael opowiada między innymi o „ograniczających przekonaniach” (limiting beliefs), które mało nie powstrzymały mojej córki przed odkryciem, że… małe marchewki są pyszne 🙂.

Dzisiejsze pytanie do Ciebie (a nawet cała seria): Jakie ograniczające przekonania powstrzymują Cię przed jakimś działaniem, które chciałbyś wykonać? Kiedy największym ograniczeniem są przekonania? Co takiego sprawiają, że nie potrafisz ruszyć do przodu? Być może wystarczy spróbować tej marchewki?

ps. Nagraliśmy jakiś czas temu z Piotrkiem bardzo ciekawy odcinek 🐽 PiG Podcastu, na temat wychodzenia ze strefy komfortu. Dyskutujemy o tym, po co i czy warto to robić. Chyba już raz wspominałem Ci o tym odcinku, ale on tak bardzo tu pasuje… 🙂

Zaplanuj swój sen – aby rano obudzić się z uśmiechem na ustach

Chyba wszyscy przyznacie mi rację, że dzielimy się na dwie grupy: jedni podnoszą się rano z łóżka wraz z pierwszym sygnałem budzika (a czasem nawet 5 minut przed) a drudzy mogą przez dwie godziny spać i przez sen wciskać w budziku przycisk „drzemka” nie potrafiąc zorganizować sobie produktywnych poranków. Kończy się to zazwyczaj w biegu przez cały dzień próbując nadrobić stracony czas. Ja, niestety, zaliczam się do grupy drugiej i sam przez długi czas próbowałem poradzić sobie z powolnym, porannym wstawaniem tak, aby móc o świcie przygotować sobie cały nadchodzący dzień. Pierwszym kluczem do sukcesu, okazało się dokładne zaplanowanie nie tyle porannego wstawania, co właśnie zasypiania i snu. Chciałbym przedstawić Ci kilka porad, które pozwolą Ci odpowiednio przygotować się do spokojnego i efektywnego snu oraz znacznie ułatwią poranne wstawanie.

Kawa raczej tylko do południa

W drugiej połowie dnia staraj się nie pić mocnej kawy, herbaty, a nawet coli. Wszystkie te produkty zawierają pobudzającą kofeinę, która jeszcze przez długi czas po wypiciu będzie działała w Twoim organizmie i nie pozwoli Ci wypocząć podczas snu.

Tylko krótkie drzemki

Jeżeli lubisz ucinać sobie drzemki w ciągu dnia, postaraj się, aby nie trwały one dłużej niż 15-20 minut. To spokojnie wystarczy, aby Twój organizm szybko się zregenerował po większym wysiłku, ale nie zaburzy rytmu dnia i nocy, co pozwoli Ci spokojnie położyć się wieczorem i zasnąć.

Zadbaj o wieczorną dietę

Postaraj się, aby ostatnie posiłki dnia były lekkostrawne i pozbawione cukru i kofeiny – polecam Ci drób, ryby, ciepłe mleko z miodem, ewentualnie lody albo kawałek gorzkiej czekolady. Produkty te bogate są dodatkowo w tryptofan – aminokwas, który podnosi nieco poziom serotoniny, czyli hormonu który pozwala nam się odprężyć.

Świeże powietrze poprawi Twój sen

Przed snem wybierz się na dłuższy spacer, a przed wyjściem zadbaj o wietrzenie sypialni – nawet jeżeli nie zachęca do tego pogoda za oknem. Świeże powietrze pomoże ci szybciej zasnąć. Pamiętaj – optymalna temperatura w pomieszczeniu powinna wynosić około 19-20 stopni Celsjusza. Znacznie poprawi to Twój jakość Twojego snu oraz zapobiegnie rozprzestrzenianiu się zarazków.

Stała pora zasypiania

Staraj się kłaść spać o tej samej porze każdego dnia – Twój organizm szybko przyzwyczai się do takiego rytmu i po jakimś czasie zauważysz, że 15 minut przed „umówioną” godziną, ciągnie się już do łóżka.

Oczyść swój umysł

Pamiętaj, że sypialnia to miejsce gdzie śpisz a nie rozmyślasz o problemach. Powiedz o tym swojemu partnerowi / partnerce. Ustalcie wspólnie, że wieczorem nie rozmawiacie na poważne tematy. To bardzo ważne, abyś kładł się do łóżka z paczką pozytywnych myśli. Nie oglądaj też przed snem horrorów, kryminałów, które trzymają w napięciu, podnoszą tętno i rozbudzają. Zamiast tego zrób sobie w głowie listę 3 zadań, które chciałbyś zrealizować następnego dnia. Będziesz o nich pamiętał po przebudzeniu.

Niebieskie światło największym wrogiem snu

Musisz wiedzieć, że większość urządzeń, po które zapewne sięgasz przed snem – smartphone, tablet, komputer, telewizor – emitują niebieskie światło, które hamuje wydzielanie melatoniny – związku organicznego odpowiedzialnego w naszym organizmie między innymi za zasypianie. Staraj się więc na godzinę przed pójściem spać nie używać żadnego z tych urządzeń. Zadbaj również o to, aby podczas zasypiania w sypialnie nie było urządzeń emitujących niebieskie światło.

Leki na sen nie rozwiązują problemu…

…tylko go maskują. Jeżeli masz problemy z zasypianiem i wydaje Ci się, że tylko leki są w stanie pozwolić Ci spokojnie zasnąć, może musisz jeszcze raz spokojnie przeczytać i przeanalizować mój wpis? Czasem jeden drobny błąd albo niedopatrzenie może popsuć nam całą noc.

Alkohol i sen

Staraj się nie sięgać przed snem po alkohol. Działa on bardzo negatywnie na nasz sen i sprawia, że po przebudzeniu jesteśmy bardzo zmęczeni. Jeżeli chciałbyś dowiedzieć się więcej dlaczego tak się dzieje, polecam Ci obejrzenie wideo #1-RazNaJakiśCzas – krótkiego filmu o alkoholu i jego nieporządanych działaniach. Dowiesz się również z niego, jak możesz maksymalnie ograniczyć negatywne skutki alkoholu w Twoim organizmie.

To tyle jeżeli chodzi o moje porady dotyczące szybkiego i dobrego zasypiania. Jeżeli masz inne przyzwyczajenia i zasady – podziel się nimi w komantarzach!