Ballada o skarpetkach

Wokół mnie jest tak wiele obszarów, które nie są zorganizowane na poziomie, jaki by mnie zadowalał. Są to obszary mojego życia, z którymi nie zawsze daję sobie radę tak dobrze, jak bym chciał… Gdy zaczynam je sobie wyliczać w głowie, to aż mi włosy dęba stają.

Czytaj dalej

🎸 Sprzedam gitarę

Życie to sztuka wyboru – jakie to banalne. A jednak – tak mocno prawdziwe. Zawsze, gdy próbuję oszukać ten brutalny slogan… ponoszę porażkę. Mało tego, jeżeli tylko zaczynam walczyć, wmawiając sobie, że dam radę bez dokonywania wyborów, bez rezygnowania, bez podejmowania trudnych decyzji, że pogodzę wszystko na raz – słowo „porażka” staje się codziennością.

W moim domu nie ma ostatnio wielu rzeczy. Minimalizm ewidentnie na mnie wpłynął. Przynajmniej pozornie. Wysprzątałem mieszkanie, ale w głowie pozostał bałagan – i zaczynam czuć zmęczenie.

Dawno nie pisałem na blogu. To właśnie efekt całego tego bałaganu. Szumu – tak, to chyba lepsze słowo. W mojej głowie jest pełno szumu. Sam go sobie funduję od kilku miesięcy. Łatwiej jest wtedy działać, iść do (jakiegoś) przodu. Szum pomaga nie myśleć o drodze, być jak nakręcona zabawka.

Odnalazłem minimalizm. Odnalazłem przestrzeń. I zacząłem ją wypełniać. A to jest błąd.

Tak dawno do Ciebie nie pisałem, że trochę zapomniałem już jak to się robi. List ten wydaje mi się być chaotycznym zbiorem myśli. No właśnie – szumem. Reprezentuje to, co dzieje się ostatnio w mojej głowie. Ciężko mi się skupić na tym, co trzeba, na tym, na czym chcę się skupiać. I skaczę z jednej myśli na drugą – nie tylko w tym liście. Wszędzie dookoła, w każdym obszarze mojego życia. Tak właśnie wyglądają u mnie ostatnie miesiące. Czy to źle? Nie do końca. Choć doszedłem do miejsca, w którym widzę już, że chcę coś zmienić, poprawić, to wiem też, że szum, jaki mnie otacza, jaki mam w głowie, pomógł mi. Sprawił, że zacząłem myśleć w inny sposób, korygować obrany wcześniej kierunek, weryfikować założenia, dodawać i usuwać elementy. Zacząłem przepakowywać walizkę życia. Jakkolwiek śmiesznie to brzmi, jest w tym wiele sensu. A ta walizka – są w niej rzeczy, które chcę zabrać w dalszą podróż. Ostatnie miesiące traktuję jak przystanek w tej podróży. Zatrzymałem się i nocuję. W hotelu. Wynająłem pokój i zacząłem zwiedzać. Wybrałem się również na zakupy. A teraz dochodzę do punktu, w którym trzeba się ponownie spakować i ruszyć dalej, w dalszą podróż. Pozostaje pytanie: co spakować, a co zostawić?

Gitara. Piękna, drewniana zabawka. Jest ze mną chyba od roku. Gdy ją dostałem, była w kiepskim stanie. Naprawiłem, wyczyściłem, przytuliłem, porozmawiałem, znalazłem dla niej miejsce, oddałem kawałek ramienia, życia – chciałem, aby wyruszyła ze mna w podróż. Choć jest duża, nieporęczna i zajmuje mnóstwo miejsca w walizce, to miałem plan, aby ją ze sobą wozić. Mimo tego, że wiedziałem, że to nie do końca moja bajka.

Od jakiegoś czasu stoi jednak i zbiera kurz. Mój fajny plan, aby nauczyć się grać, nie do końca wypalił. To był przypadkowy pomysł, zachcianka, zabawka. Trochę jak taki bardziej elegancki serial na Netflixie. Zamęt.

Właśnie ta gitara stała się symbolem. Odzwierciedla cały ten szum. Jest zobowiązaniem, którego nie mogę, nie powinienem i nie chcę kontynuować – do niczego mnie nie prowadzi. Odciąga od tego, na czym chcę się skupiać, co chcę, aby było dla mnie ważne. I z jednej strony od kilku miesięcy tłumaczę sobie, że przecież nic mnie nie kosztuje to, że stoi sobie spokojnie w domu, że ładnie wygląda, że ma swoje miejsce, że nie muszę jej używać codziennie, że może kiedyś zechcę kontynuować grę, to jednak wiem, że aby iść dalej, aby ruszyć w dalszą podróż – muszę się jej pozbyć. Wiem, że jeżeli tego nie zrobię, nie będzie miejsca na inne rzeczy. Na to, co już od dawna jest w mojej walizce – ta przecież ma ograniczoną pojemność. Jeżeli ja nie dokonam wyboru, z czego chcę zrezygnować, życie samo za mnie zdecyduje. Walizka się rozpruje i wszystko wyleci. W najmniej odpowiedniej chwili. A ja nie zdążę tego pozbierać. I może się okazać, że jedyne, co uda mi się wtedy złapać, będzie właśnie ta gitara – i zostanę tylko z nią. A tego przecież nie chcę.

Jest taka fajna zasada, która głosi, że jeżeli coś nie jest na „tak, TAK TAKKK!!!!!”, jeżeli myślenie o tym czymś nie przyprawia nas o wypieki na twarzy, nie wzbudza ogromnych emocji – to znaczy, że jest na „nie”. Aby brać w życiu tylko to, czego jesteśmy pewni na 120%. A wszystko, poniżej tego pułapu – niewarte jest naszej uwagi. Tak właśnie jest z tą gitarą. Ona nie zarobiła nawet mojego 100-procentowego „tak”. Jest gdzieś na poziomie 60%, może 65%. A to chyba najgorszy z możliwych wyników. Oznacza, że ta rzecz stała się w moim życiu śmieciem, którego nigdy już nie użyję, a którego nie do końca wiem jak się pozbyć.

Wydawało mi się, że zrobiłem wokół siebie porządek – ale w gruncie rzeczy poupychałem po kątach to i owo. Między innymi gitarę. I dzisiaj właśnie postanowiłem – sprzedaję ją.

Nie będę tęsknił, nie będę żałował. Wyruszę dalej z lżejszą walizką. Z nadzieją, że nie wypełnię jej za szybko kolejnymi 60-procentowymi zabawkami. Gitara idzie więc pod młotek.

Może Tobie się przyda? 😉

No i się doigrałem! A to pech…

Ten list chyba powinien być choć odrobinę smutny, nasączony goryczą, przepełniony złością. A nie będzie.

Jej, sam nie wiem, od czego zacząć.

Ok, to może od serii mini-„katastrof”, jakie spotkały mnie ostatnio? Po pierwsze: skręciłem nogę. I do tego w kolanie (każdy, kto o tym usłyszy, dokładnie tak reaguje – „ojej, i to jeszcze w kolanie!”). Po drugie: w związku z nogą, musiałem przerwać moje biegowe wyzwanie na listopad. A byłem już na drugim miejscu w tabeli! Miałem sporą szansę na podium, zacząłem już nawet biegać dwa razy dłuższe dystanse niż na początku listopada. A tak – tym razem nie ukończę nawet 50-ciu km. Szukam jeszcze trzeciej małej katastrofy – lepiej by to wyglądało, gdybym opisał trzy, prawda? Trzy nieszczęścia to zawsze o jedno więcej niż dwa – właściwie już cała seria nieszczęść. O, wiem: musiałem na jakiś czas przestać pracować na stojąco, do biurka znowu podjechał fotel (już zapomniałem, jak jest on wygodny 🙂). I od razu czuję efekty w postaci bólu pleców – muszą się znowu przestawić na dodatkowe obciążenie. Jednak praca na stojąco to prawdziwy skarb. A! Kolejna mini-„katastrofa”: przerwałem piękną serię 23 dni, w których zamykałem wszystkie trzy pierścienie w moim Apple Watch. Możecie nie wiedzieć, o co z tym chodzi, więc spieszę z wyjaśnieniem. Otóż zegarek, który noszę, każdego dnia sprawdza 3 elementy mojej aktywności:

  • ile czasu spędzam na nogach (zliczają się godziny w ruchu; siedzenie w fotelu czy na krześle nie będzie tu zaliczone), i aby zrealizować ten cel, muszę osiągnąć wynik 12 godzin,
  • spalone w ciągu dnia kalorie, z ustalonym celem 570,
  • i łączny czas ćwiczeń – tu powinienem każdego dnia mieć minut 30 minut.

Postęp prezentowany jest na zegarku w formie pierścieni i gdy uda mi się osiągnąć wyznaczony cel, dany pierścień się zamyka – stąd mówi się o zamykaniu pierścieni w kontekście zegarka Apple Watch. I miałem serię 23 dni, w których udawało mi się zamykać wszystkie trzy. A teraz, w związku ze skręconą nogą, wszystkie wyniki mi się posypały. O, tak właśnie wyglądały ostatnie dni u mnie. Szkoda, że to wszystko nie wydarzyło się w piątek, w końcu był trzynasty. Los chyba trochę zaspał w moim przypadku – nogę skręciłem w sobotę, podczas jazdy nas rolkach. Ambicja mnie poniosła i próbowałem przeskoczyć zbyt wysoką przeszkodę. Upadłem dość niefortunnie i muszę teraz przez jakiś czas kuśtykać.

Tak jak napisałem na początku, to powinien być chyba smutny list, tak samo z resztą, jak i powinny takie być ostatnie dni – ale tak się nie stało. Nie mam żalu do ani do siebie, ani do losu, ani tym bardziej do kogokolwiek innego o to wszystko, co się ostatnio wydarzyło. Nie jestem zły, że w ciągu kilku chwil zmarnowało się wiele rzeczy, na które długo w ostatnim okresie pracowałem. Zresztą, chyba wiesz, z jaką pasją pisałem o każdym kolejnym miesiącu mojego biegania, jak ekscytowałem się przekraczaniem kolejnych barier z tym związanych. Dzisiaj miałem napisać Ci o rolkach – córka namówiła mnie w poprzednią sobotę, abym zapisał się z nią do klubu „Kobra”, gdzie – pod okiem trenera – doskonalimy jazdę na rolkach. Super sprawa!

Na razie jednak, to wszystko muszę odstawić. Przynajmniej na kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt dni.

Co w związku z tym czuję? Niewiele. A przynajmniej nic negatywnego. Tak bywa w życiu. Sprawność nogi wróci, właściwie uraz nie jest aż tak duży.

Zamiast doświadczeń sportowych, mam przed sobą inne próby – poranne zakładanie spodni to niezłe wyzwanie, nie mówiąc już o wiązaniu butów, gdy wychodzę z domu 🙂 Przy tym pierwszym zajęciu nieźle się zawsze uśmieję (chyba że zaboli – co też się zdarza), to drugie, to z kolei okazja do rozciągania – w końcu muszę założyć buta i zawiązać na nim piękną kokardę bez zginania kolana (skłony – tak samo dobre co pompki, czy przysiady!).

Sam nie wiem, dlaczego tak łatwo przyszło mi pogodzenie się z tymi drobnymi utrudnieniami. Być może powinienem być zły, sfrustrowany, rozżalony. Tylko, po co?

Od kilku dni pomagam wybrać koleżance słuchawki bezprzewodowe – prezent urodzinowy dla jej córki. Wybór nie jest prosty, na rynku dostępnych jest całkiem sporo modeli, a moja znajoma chce wybrać jak najlepsze (oczywisty dla mnie wybór – słuchawki od Apple – w tym przypadku odpada ze względu na cenę). Dzisiaj, po kilku dniach sprawdzanie rankingów, czytania recenzji i poszukiwań w sklepach internetowych, udało się w końcu wybrać konkretny egzemplarz w konkretnym sklepie. Zanim jednak moje znajoma ostatecznie zaklepała wybrane słuchawki w sklepie, postanowiła zadzwonić do córki i podpytać, jakie kolory słuchawek lubi (wybór rodzaju prezentu i tak był wcześniej uzgodniony z obdarowywaną). Odpowiedź brzmiała: tylko i wyłącznie białe lub różowe, w żadnym wypadku czarne. Oczywiście, zamówienie, które zostało przygotowane przed rozmową, było na wersję czarną. Innych kolorów akurat w sklepie nie było. Niby nic takiego, prawda? Trzeba zwyczajnie poszukać gdzie indziej. Otóż nie. Byłem ogromnie zdumiony reakcją mojej znajomej, która oznajmiła, że ona ma ogromnego pecha i już nie ma siły na ponowne poszukiwania innej wersji tych cholernych słuchawek. Była wyraźnie zdołowana w tamtej chwili. Ciężko mi oddać powagę i jednocześnie dramatyzm sytuacji – ale było średnio-śmiesznie (pomimo tak błahej rzeczy).

Dwie głupie sytuacje. Dwie odmienne reakcje. Choć – i myślę, że przyznasz mi rację – moja historia jest przynajmniej odrobinę bardziej znacząca, to jednak postanowiłem nie reagować na nią negatywnie. Ciężko nawet nazwać to pogodzeniem się z losem, myślę, że przyjąłem moją sytuację jako całkiem zwyczajny bieg życia. Brak we mnie żalu, rozczarowania, złości – wszystkich tych emocji, które pojawiły się u mojej znajomej.

Myślałem trochę, skąd wzięło się u mnie takie podejście, ta siła do bycia obojętnym na to, co przychodzi, i wynotowałem sobie kilka elementów, które kształtują w ostatnim czasie mój charakter i postrzeganie świata:

  • Stoicyzm. Studiuję go od dłuższego czasu, ale ten rok sprawił, że bardziej świadomie zacząłem odnosić jego elementy do mojego życia. Stoicyzmu uczę się z:
  • Minimalizm. Tak bardzo przydatny. W naukach pomagają:
  • Dziennik. Nagrałem dwa odcinki podcastu na ten temat: jeden z Piotrkiem, w ramach PiG Podcastu, drugi – odcinek solo w ramach podcastu Fajne Życie.
  • Medytacja. Odgrywa ważną rolę w utrzymaniu porządku umysłu. Napisałem trochę o tym (w sumie całkiem sporo) na blogu.

W ten właśnie sposób uczę się reagować WŁAŚCIWIE na to, co przychodzi, na to, co mnie spotyka. Bez zbędnych emocji.

Stan mojej nogi wydaje się nie być poważny, na chwilę obecną przyjąłem więc strategię odpoczywania. Oczywiście, gdy zrobię niewłaściwy ruch, pojawia się ból – ale zakładam, że to dobrze – w końcu to NIEWŁAŚCIWY ruch 🙂 Ostrzeżenie, żeby na razie tak nie robić. A przynajmniej tak sobie to tłumaczę.

Na koniec mam oczywiście pytanie do Ciebie. Dziś krótkie, oczekuję jednak długiej odpowiedzi: Wierzysz w pecha?

ps. w moim życiu chwilowo jest mniej sportu, to fajny moment na budowanie innych, nowych nawyków – pracuję więc nad wieczornym rytuałem. Napisałem trochę i na ten temat.

Uporządkuj swoje życie – „Magia sprzątania” Marie Kondo

Wygląda bardzo niepozornie. Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz na zdjęciu, pomyślałem, że totalnie nie przypomina osoby, która może stać się dla mnie jednym z nauczycieli minimalizmu, czystości, porządku, jak i fajnego życia. A jednak – po przeczytaniu „Magii sprzątania”, mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Marie Kondo – jak mało kto – zasługuje na takie stanowisko.

Żeby móc się w pełni cieszyć rzeczami, które są dla ciebie ważne, musisz najpierw pozbyć się tych rzeczy, które spełniły swój cel. Wyrzucanie rzeczy, których nie potrzebujesz, nie jest ani marnotrawstwem, ani powodem do wstydu.

Moja przygoda z książką „Magią sprzątania” zaczęła się już dawno, dawno temu. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, gdzie usłyszałem o niej pierwszy raz, ale w mojej pamięci z pewnością zapadła recenzja, którą w 2018 roku usłyszałem w podcaście Michała Śliwińskiego i Radka Pietruszewskiego. Panowie zachwycali się, jak z pomocą metody KonMari (wymyślona przez autorkę metoda porządkowania), udało się im uprzątnąć niektóre obszary ich życia. Trochę dziwne – pomyślałem, słuchając jak dwóch dorosłych facetów, na co dzień niemających pewnie zbyt wiele wspólnego z domowym sprzątaniem, zachwyca się książką, która zbiera najlepsze rady dotyczące porządkowania domu. Słuchałem ich podcastu od dawna, ale w tym konkretnym odcinku wydawali się podekscytowani bardziej niż zwykle, zupełnie jak gdyby dzięki książce odkryli jakiś nowy świat, ciekawszy świat. W tamtym momencie pierwszy raz pomyślałem, że przeczytanie „Magii sprzątania” mogłoby być dobrym pomysłem, choć nie do końca rozumiałem, jak można aż tak mocno ekscytować się książką dla Perfekcyjnych Pań Domu.

Moje kolejne spotkanie z Marie nastąpiło kilka miesięcy później, gdy trafiłem na kolejną recenzję jej książki, tym razem w podcaścieZ pasją o mocnych stronach”. Dominik Juszczyk dzielił się w nim swoimi wrażeniami po lekturze i dopytywał zaproszonego gościa – Aleksandrę Rybińską, prowadzącą firmę, która pomaga uporządkować przestrzenie w oparciu o metodę KonMari – o dalsze rady związane z tą filozofią. Po raz kolejny dostrzegłem to dziwne podekscytowanie, zaobserwowane wcześniej u Michała i Radka, a które nadal tak ciężko mi było zrozumieć. Tym razem jednak postanowiłem wpisać „Magię sprzątania” na listę książek do przeczytania.

Trzeba tylko postępować według właściwej kolejności. Zaopatrz się w dużą ilość worków na śmieci i nastaw się na dobrą zabawę. Zacznij od ubrań, potem zajmij się książkami, papierami, różnościami, komono, a na końcu rzeczami, które mają dla Ciebie wartość sentymentalną.

Najgorszy w całej książce jest chyba jej tytuł. Sugeruje, że będzie to książka o sprzątaniu – choć tak naprawdę chodzi w niej totalnie o coś innego. Tak wiele razy, po poleceniu komuś tej pozycji, spotykałem się z odpowiedzią, że chyba zwariowałem rekomendując lekturę dla kur domowych. A przecież „Magia sprzątania” to książka o filozofii, minimalizmie, emocjach i kulturze. Jeżeli będziesz szukać w niej prostych i praktycznych porad do tego, jak szybko uprzątnąć swój dom czy mieszkanie, a nie otworzysz się na ideologię, którą próbuje przekazać Marie – ogromnie się zawiedziesz. Owszem, od pierwszej do ostatniej strony, autorka opowiada historie i rady związane z wykonaniem i utrzymaniem porządku, ale sens całej książki jest o wiele głębszy, oparty o japońską kulturę, lata doświadczeń autorki i sytuacje, której jej się przydarzyły.

Nie szukaj rzeczy, które chcesz wyrzucić, tylko rzeczy, które chcesz zatrzymać.

Nie da się ukryć, że Marie ma obsesję na punkcie sprzątania, i chyba dzięki temu zadziwia i zaskakuje już od pierwszego rozdziału. Po wielu latach „pracy z bałaganem” rzuca na stół proste, ale jakże rewolucyjne rady. A człowiek czyta kolejną stronę i zastanawia się, dlaczego sam na to nie wpadł.

Ułóż swoje ubrania tak, żeby wznosiły się do prawej. Linie, które wznoszą się do prawej, zwiększają komfort. Stosując tę zasadę przy organizacji własnej szafy, możesz uatrakcyjnić jej wygląd. Ciężkie ubrania powinny wisieć po lewej, a lekkie po prawej.

W książce wszystko kręci się wokół poszukiwania radości i emocji związanych z przedmiotami, które nas otaczają. Japońskie podejście do rzeczy z pewnością nie każdemu będzie pasowało, ale ciężko zaprzeczyć temu, że życie w sposób zaproponowany przez autorkę, rozwiązuje wiele codziennych problemów. Do tego Marie nie godzi się na żadne kompromisy, konsekwentnie broni swojej teorii, nawet w najtrudniejszych tematach.

Moja podstawowa zasada dotycząca sortowania papierów brzmi: należy je wszystkie wyrzucić. nie ma nic bardziej irytującego niż papiery. Nie przynoszą one radości, niezależnie od tego, jak starannie są poukładane.

Co ważne, autorka pokazuje nie tylko jak uporządkować bałagan, który już mamy w naszym domu (i życiu), ale również, jak nie dopuszczać do jego odrodzenia w przyszłości. Marie jest perfekcjonistką i postarała się, aby opisać mnóstwo przypadków, w których nasz dom może znów się zabałaganić.

Jednym z powodów, dla których ludzie wracają do bałaganu, jest niewyznaczenie miejsca dla każdej rzeczy. Jeżeli tego nie zrobisz, to gdzie będziesz kładła rzeczy po ich użyciu?

„Magia sprzątania” to prawdziwa skarbnica dobrych rad. Znajdziesz tu podpowiedzi jak składać ubrania – aby mieć do nich łatwy dostęp, co zrobić, aby wyglądały dobrze w szafie, dowiesz się, jak uporządkować kuchnię, łazienkę, ustawić buty… ale autorka nie poprzestaje na tych prostych, domowych radach.

Czemu ludzie płacą duże pieniądze za kursy, skoro to samo mogą przeczytać w książce, czy pozyskać w innej formie? Ponieważ chcą poczuć pasję nauczyciela i doświadczyć atmosfery nauki. Poza tym prawdziwy materiałem jest samo seminarium czy wydarzenie, trzeba więc go doświadczyć na żywo. Kiedy uczęszczasz na kurs, postanów sobie, że wyrzucisz wszystkie materiały przekazywane jego uczestnikom.

Do tego cały poradnik jest napisany w tak dobry sposób – samo czytanie jest wielką przyjemnością. Marie jest perfekcyjna nie tylko w sprzątaniu – bardzo dobrze zaplanowała całą książkę, umieściła w niej wiele historii popierających głoszone przez nią tezy, historii wziętych wprost z życia jej i osób, którym pomagała w zaplanowaniu nad bałaganem.

Miałam raz klientkę, która poprosiła mnie o pomoc w nauczeniu dziecka porządku. Jej córeczka miała trzy lata. Kiedy odwiedziłam ją w domu okazało się, że rzeczywiście rzeczy córeczki były porozkładane w wielu miejscach. Ubranka były w sypialni, zabawki w salonie, a książki w pokoju dziennym. Zgodnie z podstawowymi zasadami sortowania i pakowania, zebraliśmy wszystko w pokoju dziecka…

A wiele z nich wywoływało uśmiech na mojej twarzy… 🙂

Jeżeli chodzi o papier toaletowy, to rekordowy zapas wynosił 80 rolek.

Wzniosły, naładowany inspiracją i motywacją styl każdego zdania sprawiał, że czytając każdy kolejny rozdział, co chwilę miałem ochotę rzucić książkę w kąt i wcielić w życie to, o czym przed chwilą przeczytałem.

Wątpliwości może budzić poświęcanie aż takiej uwagi szczegółom. I czy rzeczywiście przekłada się to na zmianę. Ale po co tracić czas na wątpliwości, skoro możesz wypróbować magiczne sposoby uporządkowania swojej przestrzeni.

Jej, sam się dziwię, jak wiele cytatów zanotowałem. I każdy z nich chciałbym Ci pokazać, wszystkie są wspaniałe. „Magię sprzątania” nie raz sprawiła, że się uśmiechnąłem, nie raz skłoniła do refleksji: czy to z powodu wspaniałej rady, jaką przed chwilą otrzymałem, czy też przez różnice kultowe pomiędzy nami i Japończykami. Jednak po każdym kolejnym, przeczytanym zdaniu, mówiłem sam do siebie: tak trzeba żyć!

Każdej rzeczy wyznacz miejsce. Po powrocie z pracy codziennie wykonuję ten sam ciąg czynności. Otwierając drzwi, ogłaszam mojemu domowi przybycie. Podnoszę buty, które miałam na sobie poprzedniego dnia i zostawiłam w korytarzu. Chwałę ja za ciężko wykonaną pracę, odkładam je do szafki na buty .

Marie zmieniła całkowicie moje podejście do rzeczy, do robienia zakupów, nawet do zabezpieczania się na gorsze czasy. Każda z zasad opisanych w książce ma swoje uzasadnienie. I to takie, które ciężko podważyć.

Ludzie uważają, że taniej jest kupić większą ilość na wyprzedaży. Uważam, że jest wręcz przeciwnie. Jeżeli weźmie się pod uwagę koszt składowania, zaoszczędzisz tyle samo, jeżeli rzeczy będą czekały na ciebie w sklepie, a nie w domu. Kupowanie i używanie rzeczy wtedy, gdy są potrzebne, daje więcej radości.

Patrząc na spis treści, przeglądając poszczególne rozdziały, książka wydaje się długa, momentami zbyt długa. Ale tak nie jest. Gdy dwudziesty raz siadasz do lektury poradnika sprzątania domu, możesz się lekko skrzywić, ale po przeczytaniu kolejnych kilku zdań – ponownie wpadasz w magiczny, uporządkowany świat Marie. Ostatnie rozdziały niby naciągane, niby przegadane – a jednak nie. „Magia sprzątania” jest wspaniała do samego końca, do ostatniej literki.

Sprzątanie nie jest celem życia. Jeżeli sądzisz, że sprzątanie to coś, co powinno być robione codziennie, albo coś, co będzie trzeba robić przez resztę życia, czas się ocknąć.

Ta książka zmieniła moje życie – choć nie w oczywisty sposób. Nie pokazała mi, jak zdobyć Mount Everest, nie przekazała sposobu na bogactwo, nie dała recepty na długowieczność, nie pomogła rzucić żadnego nałogu – ale uporządkowała wszystko to, co w moim życiu jest obecne. Pomogła wprowadzić harmonię tam, gdzie od dawna rządził chaos.

„Magia sprzątania” to jeden z lepszych tytułów, jakie znalazły się w moich rękach. I choć często zachwycam się czytanymi książkami (a może po prostu wybieram tak dobre pozycje?), to bestseller Marie Kondo ląduje w czołówce mojej prywatnej listy przebojów. I z pewnością jeszcze nie raz do niego wrócę.

Magia Sprzątania, Marie Kondo

Moja ocena książki:

Rating: 5 out of 5.

Pirat i inne barany

Jest piąta rano. A on już czeka! Czasem mówię o nim „Łobuz”, innym razem „Gałgan” – i często nimi jest, ale ktoś mu kiedyś dał na imię Pirat – i tak już zostało. Myślę, że byłby idealnym kompanem Mikołajka i zgrai jego kolegów, bohaterów przecudnej książki Rene Goscinnego, którą czasem czytam moim dziewczynom na dobranoc. Gdyby tylko miał zegarek, wiedziałby, że jeszcze godzina, że chcę najpierw napisać coś na #DzieńDobry – a potem pójdziemy. Ruszamy zawsze o 6 rano. Choć zaczęliśmy też wychodzić drugi raz, o 6 wieczorem – przed pójściem spać. Dla wielu z Was godzina osiemnasta to pewnie nadal wczesne popołudnie (🙂), dla mnie to już czas wieczornych rytuałów, a wieczorny spacer doskonale się w nie wpisuje.

Schemat jest zawsze ten sam. Po pierwsze należy się stosownie ubrać i zabrać wszystkie potrzebne rzeczy. Kierujemy się zasadą, że nie ma złej pogody na spacer, jedynie nieodpowiednie ubranie. Z resztą spacer na przykład w deszczu zazwyczaj jest o wiele ciekawszy, niż ten, gdy jest piękna pogoda.

Ubieram się nie tylko ja – Pirat ma swoje czerwone szelki i smyczkę. Ustawia się zawsze w tej samej, niewygodnej dla mnie i bardzo dziwnej pozycji do ich zakładania – zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, ale nadal nie rozumiem jakim cudem wpadł na to aby właśnie w ten sposób ustawiać się do ubierania.

W końcu wychodzimy! Pirat zawsze ciągnie mnie do furtki, nie może się doczekać wyjścia za nią.

Ja już mam słuchawki na uszach – postanowiłem sobie, że będę wykorzystywał połowę naszego spacerowego czasu na słuchanie audiobooków. Aktualnie studiuję „Magię sprzątania” Marie Kondo – obowiązkową pozycję każdego kto aspiruje do bycia minimalistą. Nauczyłem się też robić notatki z wysłuchanych fragmentów i spisywać co ciekawsze cytaty. Jednak szkoda by mi było poświęcić cały czas na powietrzu na książkę, więc druga część spaceru to słuchanie dźwięków natury. Nie mniej jednak nawet te kilkanaście minut z audiobookiem to bardzo fajnie spędzony czas.

Mamy z Piratem stałą trasę: prosto, prosto, do końca ulicy, następnie skręcamy w kierunku baranów. Tak, mieszkam, 100 metrów od wielkiej działki, po której biega stado baranów. Wyobrażacie sobie? W sumie to chyba są tu owce i barany, ale zwykłem nazywać je po prostu „baranami”. Kiedyś mieszkały tu jeszcze konie, jeszcze wcześniej Daniele. Magiczne miejsce te moje Opypy!

Gdy dochodzimy do siatki, zaczyna się głośne „beeeee”. Zastanawiam się wtedy co one właściwie mówią? Zawiadamiają się nawzajem, że przyszliśmy? A może krzyczą coś do mnie a nie do siebie? ”Dzień dobry”? Bardzo ciekawy jest fakt, że barany te siedzą w tym samym miejscu codziennie o 6 rano. Ale gdy zdarzy nam się z Piratem przyjść pół godziny później, baranów już nie ma. Przechodzą wtedy na drugą część działki, i musimy dochodzić do nich kawał drogi. Skąd one wiedzą, że jest 6:30?!? Być może jeden ma zegarek…

Nie zatrzymujemy się od razu przy pierwszym kontakcie z siatką, obchodzimy ją dookoła – mamy swoje miejsce przy którym zawsze stajemy. Wydeptaliśmy już sobie tam mały kawałek. Cały nasz spacer to jeden, wielu zbiór przyzwyczajeń i wydeptanych miejsc.

Gdy tylko dojedziemy do naszego miejsca, barany podnoszą się na 4 łapy. Barany mają łapy, prawda? Czy może kopytka? Hmm… (🙂) W każdym razie, zaczynają do nas biec. Serio! No warianty, mówię Wam, te szare, przybrudzone kulki normalnie wstają i biegną niczym rasowe konie na torze służewieckim. Wygląda to przekomicznie! W tym samym momencie Pirat wpada zawsze w jakiś szał i zaczyna krzyczeć na mnie: „najpierw ja, najpierw ja!”.

W całym tym zamieszaniu chodzi oczywiście o suche bułki, które przynosimy codziennie baranom. One to uwielbiają! I przyzwyczailiśmy je z Piratem, że zawsze im przynosimy. Pirat z resztą też zjada sporą część tych bułek. Czy psy mogą w ogóle jeść suche pieczywo? Pirat w każdym razie to uwielbia, choć czasem sobie myślę, że zjada to tylko dlatego, że nie zniósłby myśli, że karmię barany a nie jego.

Na początku karmiłem barany z ręki. Tak się składa, że ich pyszczki (cholera, co mają barany? Mordkę? Pysk? Buźkę? Bo chyba nie twarz? 😀 Totalnie nie znam się na baranologii!) mają kształt otworów w siatce – mogą więc z łatwością wystawić swój „otwór chłonący jedzenie” przez siatkę. Ale gdy tylko Pirat rozsmakował się w suchym pieczywie, zaczął im zwyczajnie wykradać z pysków to, co ode mnie dostawały. Teraz więc rzucam im porozrywane bułki przez siatkę a Pirat dostaje swoją część po naszej stronie płotu.

Gdy skończymy z baranami, ruszamy dalej. Czeka nas przejśćie kilkuset metrów piękną ulicą. Nasze spacery nie są długie, trwają zwykle nie więcej niż 30 minut, a zwiedzamy zazwyczaj te same dwie ulice i wracamy do domu. Czasem zdarzy nam się gdzieś skręcić, ale staramy się, aby nie było to częściej niż raz w tygodniu. No dobra, tylko ja się staram – ale Pirat też lubi stałe strasy. A po drodze tyle się dzieje… Czasem gdy idąc spojrzę w górę, mogę dostrzec skaczące jak małpy po drzewach wiewiórki, innym razem trafiamy na szalejące na niebie stada ptaków, są też dni, gdy słychać jakieś dziwne i mocno podejrzane odgłosy różnych zwierząt. A to i tak tylko część atrakcji jakie nas spotykają. Często zastanawiam się w jakim ja miejscu wylądowałem! To jakaś bajkowa kraina, czy tylko ja to widzę? I wtedy przypominam sobie, że tak tu było od zawsze, tylko do niedawna nie zwracałem na tą bajkę uwagi.

Musimy dojść do domu Sołtysa – to nasz punkt zwrotny. Czasem wyobrażam sobie, że Sołtys zerka na nas co rano przez okno i krzyczy do żony: O, patrz! Znowu przyszli obsikać naszą furtkę!

Ja w każdym razie tam nie sikam.

Po osiągnięciu celu naszej wyprawy, zawracamy. I czasem w tym momencie mojemu Piratowi coś odbija i zaczyna biec do domu! Tak po prostu pędzi przed siebie – i nie jestem do końca pewny, czy chce biegać ze mną, czy po prostu przede mną ucieka. Ja w każdym razie lubię się z nim pościgać, choć w naszym sprincie to on jest bardziej zawzięty. Ja najczęściej wymiękam w połowie drogi do domu i prawie na kolanach proszę go by poczekał. Niezły z niego cwaniak, w końcu gdy wrócimy, to on się położy i będzie przez godzinę odpoczywał. Ja za to wrzucę relację z naszej podróży na Insta.

Na sam koniec, gdy już dotrzemy do furtki naszego ogrodzenia, Pirat obdarza mnie jeszcze jednym znaczącym, pełnym wyrazu spojrzeniem, które wręcz prosi mnie: chodźmy jeszcze raz…

A Ty masz swoje fajne życie?
Zostaw mi swój adres, abym czasem mógł do Ciebie napisać – poszukajmy wspólnie fajnego życia 🙂

Jesteś na liście! Teraz sprawdź swoją skrzynkę mailową.