Tag: zmiany

  • Wszystko się zmienia

    Zmiana wisi w powietrzu. Czuję to. Choć w tym roku ja sam nie zmieniam się tak bardzo, to widzę, że wszystko naokoło pędzi ku zmianom. To aż nieprawdopodobne, ale gdzie się ostatnio nie obejrzę, następują zmiany, każdy coś poprawia, usprawnia.

    Dominik pisze w newsletterze o zmianach, Piotrek uruchamia na nowo bloga, Miłosz zamyka Fabrykę, Michał kończy działalność blogową, wielu moich znajomych i współpracowników zmienia pracę, nawet Pani Swojego Czasu przypomina, że nie ma zmian bez zmian. Nie wiem, dlaczego to wszystko dzieje się akurat w tym roku, w tym miesiącu…

    Dzisiaj dowiedziałem się też, że za kilkanaście, może kilkadziesiąt dni, zamkną pewne miejsce – takie, które znalazłem rok temu, a które już zdarzyło odegrać bardzo ważną rolę w moim życiu. Pozwoliło mi zrozumieć, jak wiele zależy ode mnie. Pozwoliło mi zrozumieć, że wszystko zależy ode mnie. Pozwoliło mi wielokrotnie pokonywać moje własne ograniczenia, dało mi czas na myślenie. Pozwoliło mi poznać ludzi, prawdziwych, pełnych pasji ludzi. Szczerze mówiąc (pisząc), to chyba właśnie w tym miejscu spotkałem najbardziej wypełnioną pasją ludzi w moim życiu. I tą pasją oni mnie zarazili. Zobaczyłem, że nie liczy się wiek, nie liczy się waga, płeć, że ograniczenia zwyczajnie nie istnieją. Cieszę się, że tak chętnie przyjęli mnie i ugościli. A teraz to miejsce znika. Ot tak, bo ktoś zdecydował, że powstanie tam coś zupełnie innego.

    Dowiedziałem się o tym dwie godziny temu. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, gdy się o tym dowiedziałem: gdzie ja się teraz podzieję? Co będzie z tymi ludźmi, którzy tu pracują, którzy są tu codziennie? Poczułem smutek.

    Jednak nie minęła nawet godzina, gdy na moją twarz powrócił uśmiech. Przypomniałem sobie bowiem, że ta zmiana – jak z resztą każda inna – może przynieść garść dobrych rzeczy. Mnie oraz osobom, z którymi się tam widuję, którzy tam pracują. Nie lubimy zmian, szczególnie gdy przychodzą z zaskoczenia. Jeżeli to my sami powodujemy zmiany – łatwiej nam się z nimi pogodzić, ale kto ktoś decyduje za nas… wtedy jest nieco gorzej. Jednak zmiana może – i nawet powinna – przynieść coś dobrego. Trzeba tylko umieć z niej skorzystać. Spojrzeć na nią jak na okazję – do zmiany. Gdy noc zmienia się w dzień – to nasza okazja do zrobienia czegoś nowego.

    Niech każda zmiana w Twoim życiu przyniesie coś fajnego!

  • Bunt maszyn cz. V. Nowy przyjaciel

    💡
    Ten artykuł jest piątym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I”, „Bunt maszyn cz. II”, Bunt maszyn cz. III”Bunt maszyn cz. IV.

    Gdy porzuciłem cały mój dotychczasowy system, byłem trochę jak taka zbłąkana dusza, która nie bardzo wiedziała co ze sobą począć. Cieszyłem się wolnością, jaką sobie zafundowałem, ale wiedziałem, że na dłuższą metę to się nie może udać. Zbyt dużo ważnych spraw miałem na głowie, aby pozwolić sobie na brak systemu do zarządzania nimi. Potrzebowałem rozwiązań. Nie był to pierwszy raz, gdy tak dużo się działo w moim obszarze produktywności. Już kiedyś się zbuntowałem. Raz. Pamiętam, że znalazłem sobie wtedy nieoczekiwanego przyjaciela. Kogoś, kto szybko i podstępnie zagospodarował moją złość i zaproponował nowy porządek. Skusił mnie tym, że posiadał wszystkie odpowiedzi, miał zaplanowany każdy kolejny krok. Nazywał się Microsoft.

    Jako użytkownik iPhone’a, iPada, Maca i wielu innych produktów Apple, niezbyt często mam do czynienia z przedmiotami czy programami firm spoza ekosystemu tej firmy – w szczególności tych od Microsoftu. Co najwyżej zdarzy mi się od czasu do czasu otworzyć Worda, gdy otrzymam od klienta dokument tego programu. W przeszłości, gdy używałem jeszcze PC’ów, bardzo lubiłem Windowsa, chwaliłem też sobie cały pakiet Office. Nie było wtedy na rynku aż tylu produktów Microsoftu co dzisiaj, ale też nie przypominam sobie, abym jak inni marudził na te już dostępne. Gdy jednak kupiłem pierwszego Maca – wszystko się zmieniło. Wszedłem w świat Apple i nie oglądałem się za siebie. Pokochałem ten minimalistyczny, dopracowany styl produktów i usług, jakie wychodziły z Cupertino. Uwielbiałem je za płynność działania, prostotę i dopracowanie szczegółów. Jednak nadal wychodziłem z założenia, że Microsoft ma swój – całkiem dobrze działający, i tak samo kompletny – ekosystem. A teraz, gdy zakwestionowałem większość rzeczy z mojego dotychczasowego systemu produktywności, oferta konkurenta Apple wydała mi się całkiem interesująca. Po pierwsze, Microsoft nie był już firmą, która wymagała używania PC’ta. Wszystkie znaczące aplikacje dostępne były już również na używane przeze mnie urządzenia Apple. Po drugie, oferta Microsoftu w dużej części była już oparta o usługi internetowe. Używany rodzaj komputera, czy systemu operacyjnego, miał dzięki temu jeszcze mniejsze znaczenie. Komputer z Windowsem tak samo dobrze pasował, co ten z MacOS. Po trzecie: rozwiązania Microsoftu wydawały się tak bardzo kompletne. Gigant z Redmond pomyślał o wszystkim. Oferował zaawansowane narzędzia, urządzenia i usługi, które wspaniale łączyły się ze sobą i zaspokajały każdy aspekt pracy z komputerem. Było to dla mnie, w tamtym momencie, jak znalezienie oazy idąc spragniony przez pustynię. Jestem wręcz zdania, że Apple i Microsoft to jedyne dwie firmy na rynku, których ekosystemy są tak kompletne – a ten drugi wachlarzem swych usług nawet wyprzeda firmę z jabłuszkiem. Zwróciłem więc swoją uwagę w tę stronę.

    Na świecie dużo się działo z powodu koronawirusa, ja jednak miałem trochę czasu, w końcu wszystkie biznesy w Polsce – poza tymi z branży medycznej – stanęły. Mogłem szukać, eksperymentować, popełniać błędy. I wtedy sięgnąłem po pierwszy produkt mojego nowego przyjaciela: Office 365 (który zmieniał w tamtym momencie nazwę na dużo bardziej pasującą – Microsoft 365).

    Pomijając aspekt zmiany systemu produktywności – który aktualnie bardzo mnie interesował – okazało się, że mogłem zaoszczędzić całkiem sporo pieniędzy! Przede wszystkim i tak od dawna co miesiąc płaciłem za Office’e 365, który dawał mi dostęp do Worda, Excela, ale i chmury, w której mogłem przechowywać pliki – spokojnie mogłem więc zrezygnować z Dropboxa, na którego przeznaczałem całkiem niemało pieniędzy. Miałem też dostęp do jednej z najlepszych aplikacji do notatek na rynku – OneNote, dzięki czemu mogłem zrezygnować z płacenia za Evernote’a. Był kalendarz, zadania, poczta Outlook, do której jak się okazało, mogę również podpiąć swoją domenę – co, nawiasem mówiąc, nie jest możliwe w Gmailu dla zwykłych użytkowników, czy poczcie iCloud od Apple. Ładnie to wszystko wyglądało. Po wykonaniu szybkich wyliczeń wyszło mi, że jedną usługą Microsoftu, za którą i tak płacę i będę dalej płacił (subskrypcją dzielę się z Ewą i moją starszą córką, które potrzebują jej w pracy i w szkole), mogłem zastąpić pięć innych, za które to płaciłem do tej pory osobno i sporo więcej niż wychodziło za sam Office. „Świetnie!” – pomyślałem. Na tym etapie byłem już zdecydowany na przejście, należało tylko wytyczyć ścieżkę zmian.

    Każdego dnia coraz bardziej zagłębiałem się w zakamarki usługi Office 365, cieszyłem się przy tym jak dziecko – w końcu tak lubię eksplorować nowe narzędzia. Zmiany w systemie produktywności, jakie sobie zaserwowałem, zainspirowały mnie również do kilku innych ruchów, na które miałem ochotę już od dłuższego czasu, na przykład zmian nazw: mojego bloga i firmy. Byłem na fali upraszczania wszystkiego co mnie otacza, więc fajnie byłoby to wszystko odpowiednio nazywać. Przez krótką chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie zmienić nazwy firmy na dokładnie tą samą, która widnieje w nagłówku mojego bloga. Ta myśl na szczęście szybko upadła – wyobraziłem sobie, jak tłumaczę kolejnemu klientowi, dlaczego moja firma nazywa się „Fajne Życie” a na firmowej stronie www mam artykuły zupełnie niezwiązane z tym, czym co dla niego wykonuję. Postanowiłem więc, że firma i blog będą miały oddzielne strony, osobne nazwy, ale jednocześnie musi je coś łączyć. Wtedy w mojej głowie pojawiła się całkiem Fajna myśl…

    💡
    Ten artykuł jest piątym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Kolejna część ukaże się już niebawem!
  • Bunt maszyn cz. IV. Wolność

    💡
    Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I”, „Bunt maszyn cz. II”, Bunt maszyn cz. III”.

    Śledzenie czasu zakończyłem w ciągu paru chwil. Po prostu skasowałem tą cholerną aplikację, a razem z nią inne: do mierzenia ile wody wypijałem w ciągu dnia, tą do śledzenia wydatków, spożytych kalorii, aplikację dziennika, listy zakupów, śledzenia nawyków… normalnie zrobiłem czystkę w telefonie usuwając wszystko co nawinęło mi się pod kasujący palec. Zniknęły też moje skróty, które krok po kroku podpowiadały mi każdego wieczora i co rano jak działać, aby jak najlepiej przejść przez daną porę dnia, porzuciłem plan mojego ukochanego Miracle Morning! Na fali złości wywalałem co tylko mogłem – czułem przy tym, jak rozpada się mój cały, wypracowany przez wiele miesięcy, system. Od teraz wszystko miało być spontaniczne.

    Nastrój zmian był tak duży, że zacząłem z obrzydzeniem patrzeć na nawet Evernote’a – którego używałem do tworzenia i przechowywania notatek oraz Things’y – ukochaną do tej pory aplikację do pilnowania wszelkiego rodzaju zadań. Zaczęła też wkurzać mnie okrutnie czarna, mocno produktywna i jeszcze bardziej nudna – tapeta w telefonie. Na dokładkę, okazało się, że za kilka tygodni kończy działalność moja ulubiona aplikacja do obsługi maili – Newton, której akurat nie chciałem się pozbywać – ale tu los zdecydował za mnie. Firma, która jakiś czas wcześniej kupiła Newtona, zwyczajnie przestawała istnieć… pięknie to pasowało do mojej sytuacji i zachęcało do kolejnych zmian.

    Tym sposobem, zostałem właściwie z niczym. Zakwestionowałem i usunąłem prawie każdy element mojego systemu produktywności. Pozbyłem się większości aplikacji, dzięki którym śledziłem moją codzienność i tym, które pomagały mi organizować życie. I byłem z tego powodu bardzo zadowolony.

    Nagle poczułem się taki wolny… idąc na zakupy nie musiałem zapisywać ile wydałem pieniędzy, nie musiałem sprawdzać co kupić. Chodząc po targowisku właściwie nie wyciągałem telefonu. Wow, to było bardzo dziwne uczucie… I bardzo mi się podobała taka wolność. Byłem psychicznie wyzwolony, jak więzień, który po latach odsiadki opuścił więzienie. A do tego okazało się, że wiele miesięcy śledzenia wydatków i kupowania rzeczy zgodnie z zaplanowaną listą zakupów, wykształciły we mnie bardzo fajne i trwałe nawyki, dzięki którym nie kupowałem już bzdur i nie wydawałem więcej niż potrzeba. A nawet gdybym się zapomniał, to na targu i tak płacę wyłącznie gotówką – a tej zabierałem na zakupy dokładnie tyle samo co wcześniej, czyli tyle, ile potrzeba za zrobienie właściwych zakupów. Pięknie, poczułem się nauczony! A jednocześnie wdzięczny sobie za to, że przez tyle miesięcy się tego wszystkiego uczyłem. Podobnie było w innych obszarach mojego życia: na przykład z wodą. Kiedyś postanowiłem, że będę śledził dzienne spożycie wody – oczywiście po to, aby nauczyć się jej pić więcej w ciągu dnia. Wiele miesięcy zapisywania każdej wypitej szklanki, jak i przypomnienia w aplikacji o tym aby sięgnąć po kolejną, sprawiły, że wyrobiłem w sobie nawyk ciągłego picia. Nie potrzebowałem już przypominajki! Wstawałem rano i sięgałem po butelkę z wodą, siadałem do śniadania i woda już stała, wychodziłem z domu – brałem wodę. I tak dalej. Kolejny dowód na to, że dalsze śledzenie i zapisywanie postępów, nie były mi już potrzebne. I tak w każdym obszarze mojego życia. Życia, które do tej pory tak skrupulatnie śledziłem. Nie potrzebowałem już samokontroli. Byłem wolny!

    💡
    Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. V„.
  • Schronienie

    Witajcie drodzy! Zaczynamy kolejny tydzień walki o życie. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że kiedyś napiszę takie zdanie. Nie myślałem, że przyjdzie nam kiedykolwiek walczyć o tak podstawową rzecz, jaką jest życie. Nie mogłem nawet przypuszczać, że najlepszym schronieniem przed wrogiem stanie się mój własny dom. Tym bardziej cieszę się, że go mam. I jestem szczęśliwy, że udało mi się stworzyć tu warunki, w których jestem w stanie przetrwać. Choć cena jest wysoka – brak kontaktu z drugim człowiekiem.

    Ale! Początek tygodnia to kolejna wspaniała okazja, aby sprawić, by życie było trochę bardziej fajne. Droga do tego wiedzie przez zmiany – nawet te drobne.

    Nie narzekacie ostatnio na brak ruchu? Ja trochę tak, a nawet bardzo TAK, co potwierdziło moje poranne spotkanie z wagą. W związku z tym trzeba działać. Aktywności poza domem staram się ograniczać do minimum, więc rolki, rower czy hulajnoga odpadają. Mogę jednak ruszać się więcej nie wychodząc! Nie potrzebuję do tego specjalnego sprzętu, stworzyłem sobie za to prosty plan „treningowy” (chyba to za duże słowo), zapewniający więcej ruchu: sześć razy dziesięć pompek, sześć razy dziesięć brzuszków, cztery razy dziesięć przysiadów i dwa razy dziesięć pajacyków. Ot, taki prosty plan, daje mi razem 18 sesji ćwiczeń, i zakładając, że co godzinę będę wykonywał dwa z nich, wystarczy mi tego na cały dzień. Teraz trzeba tylko dawać radę 😉 Aby przypilnować samego siebie postanowiłem używać aplikacji do śledzenia nawyków – Streaks.

  • #43 Morning Pages. Zaakceptuj zmiany

    Zmiany bardzo często wzbudzają w nas niepokój, niepewność… To całkiem zrozumiałe, nasz organizm bazuje na rzeczach stałych, powtarzalnych, przyzwyczaja się do schematów działania. Dlatego też tak głośno jest teraz o budowaniu nawyków i rytuałów – tych porannych, wieczornych, wiosennych i jesiennych. Wszystko można opleść wstęgą rutyny. Jednak aby móc zacząć tworzyć swoje własne rytuały, trzeba otworzyć się na zmiany. Zburzyć obecny stan rzeczy, aby budować coś nowego, lepszego. Przestać w końcu godzić się na status quo który nam nie służy. Rozpętać rewolucję! A to nie zawsze jest łatwe do zaakceptowania. Bo wojna to straszna rzecz – a ta, w której walczymy sami ze sobą jest najgorsza. Ale… szukając spokoju w ładzie i porządku, musimy rozpocząć od totalnego bałaganu.

  • 🌱 morning pages – 16 03 2019

    Gdy przypomnę sobie swoje życie sprzed 3 lat (tak, to już 3 lata!), to aż mnie ciarki przechodzą…

  • 🌱 morning pages – 14 03 2019

    Jest taka rzecz, która jako jedyna w życiu przynosi mi ZAWSZE coś pozytywnego.

    Właściwie, nie jest to rzecz, tylko czynność. A może stan? W każdym razie, jeżeli jest odpowiednio przemyślana, przygotowana i wykonana, zawsze przynosi coś dobrego. Choć bardzo często bronimy się przed nią rękami i nogami, to bez niej tkwilibyśmy dalej w epoce kamienia łupanego. Mało kto jest na nią gotowy, mało kto jej pragnie. Mało kto też wie, jak wielkim uzależnieniem potrafi być. Jest jak najlepszy nałóg, najciekawsza niespodzianka, a zarazem lekarstwo na wszelkie zło, niepowodzenia i zły humor. Może być drogą do rozwoju, ale może też doprowadzić do upadku. To ZMIANA.

  • takie tam (noworoczne?) zmiany

    Przełom roku to dla wielu osób czas podsumowań, refleksji i zmian. Ja, jak pewnie wiesz, lubię zmiany i nowe rzeczy 🙂 Ale tylko z dziedziny takich, które prowadzą do czegoś fajniejszego. Takie, które mogę nazwać „rozwojem”.

    Postanowiłem więc pozmieniać to i owo na blogu.

    Wygląd

    Proces zmiany wyglądu bloga rozpocząłem już jakiś czas temu i od wielu tygodni robiłem większe i mniejsze eksperymenty w tym temacie. Daleki jestem od pisania „skończyłem”, ale wiem już w którą stronę podążam. Odchodzę od zbyt wielu kolorów, które szalały sobie po stronie, zbyt wielu nic nie mówiących zdjęć – podążam w tą bardziej minimalistyczną stronę. Zamiast dodawać i komplikować – zabieram i upraszczam.

    Będę starał się, utrzymać bardziej taką skromną w barwy kolorystykę bloga, tak samo ewentualnych zdjęć i grafik. Ach, jeszcze apropos grafik – będę przygotowywał ich coraz więcej sam. Taki też mam plan na zdjęcia – robić własne, nie kupować gotowe. Będzie to dla mnie totalnie nowa rzecz, ale mam nadzieję, że odnajdę się w takim hobby. Trochę boję się mojego podejścia do fotografii – nigdy nie należałem do osób, które „cykają” zdjęcia kiedy tylko mogą. Jednak chcę się tego nauczyć i zacząłem już nawet kurs, który ma mi w tym pomóc. OCZYWIŚCIE moim aparatem fotograficznym będzie nic innego, tylko iPhone 🙂

    Taki kierunek wizualny obieram na ten rok dla bloga. Ps. co myślisz o nowej stronie głównej? Nareszcie każdy odwiedzający stronę Fajne Życie, będzie mógł łatwo, bez szukania, dowiedzieć się o czym tak na prawdę jest mój blog.

    Podcast!

    Tak, tak, tak! Decyzję podjąłem już baaardzo dawno temu i nawet nie wiesz jak długo ociągałem się z nagrywaniem. Ale jest… pierwszy odcinek mojego podcastu 🙂 Tyle się nakombinowałem…

    Myślałem o nazwie – miałem chyba ze dwadzieścia różnych pomysłów, jak również na samą formę formę podcastu, wykupiłem wiele domen z wybranymi już nazwami… ale ostatecznie pozostałem przy takiej samej jak sam blog 🙂 Czyli podcast nazywa się Fajne Życie – po prostu, bez kombinowania.

    Jeszcze większe problemy niż z nazwą miałem z muzyką… Przesłuchałem z milion dźwięków do podcastowego intro we wszystkich możliwych serwisach z muzyką jakie znalazłem w internecie a ostatecznie wybrałem kawałek, który na moją listę „potencjalnych utworów do intro” trafił jako pierwszy 🙂 Jednak przez cały ten czas przesłuchałem go tak wiele razy, że w końcu nabrałem podejrzeń, czy przypadkiem nie słyszałem go już w innym podcaście… ech… namieszałem strasznie, zamiast podejść do tematu najprościej jak się da 🙂 Wyrażenie „bez kombinowania” powinno stać się moim tematem roku 2019.

    Gdy już okiełznałem wszelkie problemu związane z produkcją samego podcastu, wymyśliłem szereg dodatków, które miałbym wykonywać do każdego odcinka – co oczywiście skutecznie uniemożliwiło mi już skończenie czegokolwiek… 🙂

    Na szczęście powiedziałem „DOŚĆ!”, wziąłem swoje notatki i zacząłem nagrywać. I oto jest 🙂 Zapraszam Cię do przesłuchania i (koniecznie) recenzji!

    Link do strony podcastu.

    Link do pierwszego odcinka.

    Nie mogę pominąć bardzo ważnego wątku: w stworzeniu podcastu pomógł mi kurs Marka Jankowskiego z Małej Wielkiej Firmy – PodcastPro. Choć zamiast słowa „pomógł”, powinienem użyć „umożliwił”. Jeżeli przeszło Ci kiedyś przez myśl nagrywanie własnego podcastu – koniecznie zacznij od kursu Marka! Śmiem twierdzić, że to najbardziej merytoryczny i praktyczny kurs do jakiego miałem okazję przystąpić 🙂 Trąbie o tym na prawo i lewo, ale jestem mega wdzięczny Markowi za to, że poświecił czas aby taki kurs przygotować.

    Narzędzia

    Przełom 2018 i 2019 roku to dla mnie również potężna zmiana jeżeli chodzi o urządzenia na których pracuję. Do tej pory moim podstawowym narzędziem był komputer, laptop – MacBook Air z dwoma pomocnikami – iPadem (tym najtańszym i najbardziej podstawowym z 2017 roku) i iPhonem (8). I pomimo faktu, że większość rzeczy dotyczących bloga i tak starałem się tworzyć właśnie przy pomocy iPada, to jednak MacBook zawsze leżał obok i bardzo często pomagał, a bywało, że i przejmował pałeczkę. Efekt był taki, że poza samym pisaniem, niewiele rzeczy robiłem z wykorzystaniem tylko i wyłącznie iPada.

    Jednak ostatnio to się zmieniło – po wielu miesiącach sprawdzania, czytania recenzji, rozważań, testów, zdecydowałem się na zakup… iPada Pro, tego dużego, największego, 12,9 cala – starszej, ale bardzo fajnej wersji (najnowsze iPady są jednak zbyt drogie póki co). I oczywiście jestem zakochany w tym sprzęcie… W połączeniu z klawiaturą (Apple Smart Keyboard) i rysikiem (Apple Pencil), mam właściwie idealne urządzenie, które stało się jednocześnie moim podstawowym narzędziem pracy, pisania, blogowania i (prawie) wszystkiego innego. Niestety nie mogę jeszcze na iPadzie opracowywać czasopism – a między innymi tym zajmuję się w mojej codziennej pracy. Jednak wierzę, że i to już bardzo niedługo się zmieni 🙂

    Pojawienie się u mnie iPada Pro spowodowało, że postanowiłem przemyśleć nie tylko sprzęty, na których pracuję, ale również aplikacje, których używam. Proces ten zacząłem właściwie jeszcze zanim nowy iPad do mnie przyjechał. Przede wszystkim wziąłem swojego iPhona i starszego iPada i sprawdziłem ile aplikacji się w nich znajduje. Mogę to chyba porównać do sprawdzania bagażnika w samochodzie w celu sprawdzenia ile zbędnych gratów się w nim znajduje. I w moich bagażnikach było łącznie… 378 aplikacji! Nie zastanawiając się wiele, przystąpiłem do porządków – pozbywając się prawie połowy (po czystkach zostało łącznie 191) aplikacji. Poza wyrzuceniem tych, których nie używałem, postanowiłem też zmniejszyć liczbę aplikacji, które faktycznie wykorzystuję. Zamiast używać trzech aplikacji do obsługi kalendarza (tak, używałem 3!), przestawiłem się na jedną – tą podstawową, od Apple. Zamiast kilku aplikacji do gromadzenia notatek, pozostałem przy jednej – Evernote, rozszerzając jednocześnie zakres w jakim ją wykorzystuję. I tak dalej. Wykasowałem wszystko co nie było mi potrzebne albo odciągało mnie od pracy. Ciekawym procesem była dla mnie rezygnacja z aplikacji Tweetbot do przeglądania Twittera. Postanowiłem „przejść” na oficjalną aplikację i nie była to łatwa decyzja. Ci z Was, którzy znają Tweetbota pewnie stukają się tej chwili w głowę – bo tak na prawdę Tweetbot jest o niebo lepszy on tej oficjalnej apki. Dlaczego więc zdecydowałem się na taką zmianę? Z prostego powodu: za dużo czasu spędzałem na czytaniu Twittera, a za mało na pisaniu. I udało się 🙂 Zmiana spowodowała, że zwyczajnie straciłem przyjemność spędzania kilkudziesięciu minut dziennie na przeglądaniu timelane’u i przestałem to robić. Twitterowy nałóg w dużej mierze zniknął 🙂

    Dzięki czystkom wśród aplikacji i skupieniu się na pojedynczych rozwiązaniach, praca na iurządzeniach znowu stała się przyjemnością. Mam również o połowę mniej rzeczy, które mnie rozpraszają. Właściwie zostały jedynie aplikacje, których faktycznie używam i potrzebuję. Pozbyłem się śmieci, zbędnych narzędzi oraz aplikacji, których do tej pory nie zdarzyło mi się nawet raz włączyć. Tak przygotowany odebrałem mojego nowiutkiego iPada Pro i zacząłem działać 🙂 Efekty tej pracy czytasz i (mam nadzieję) będziesz czytał oraz słuchał (podcast również nagrywam tylko i wyłącznie przy pomocy iPada).

    Grupa na Facebooku

    Od jakiegoś czasu rozmyślałem też nad moją działalnością na Facebooku. Totalnie nie jestem zadowolony z tej dotychczasowej na fanpage’u, który to stał się niestety głownie słupem ogłoszeniowym o nowych wpisach na blogu. A to z kolei totalnie nie zachęca Was do komentowania i rozmowy – i to jest całkiem normalne. Tylko, że ja już tak nie chcę! Chcę rozmawiać, dyskutować, rozwiązywać problemy – swoje i Wasze. Chcę pokazać Ci jak osiągam swoje cele i dowiedzieć się czegoś o Twoich.

    Jednak w ramach samego fanpage’a niewiele mogę zrobić – również ze względu na fakt, że sam Facebook nie podchodzi już do nich zbyt poważnie. Od kilku miesięcy obserwuję za to, jak swoją społeczność tworzą inni blogerzy – na przykład Dominik Juszczyk, czy Miłosz Bolechowski. Obydwaj udzielają dostępu do tej społeczności dopiero po uiszczeniu niewielkiej opłaty – i ja doskonale to rozumiem, bo dzięki temu do ich grup dołączają jedynie osoby, które faktycznie chcą w nich brać udział i się udzielać. Bardzo mi się podoba ich sposób działania i postanowiłem również zacząć tworzyć podobną społeczność – właśnie na Facebooku, ale nie w fanpage’u, tylko w grupie. Różnica polega będzie polegała na tym, że za dostęp do mojej grupy nie zapłacisz ani grosza. Jednak w zamian będę oczekiwał, że będziesz się w niej udzielał/udzielała. 

    Zapraszam do nowej grupy Fajne Życie.

    Ale uprzedzam jeszcze raz: nie chcę, aby była to martwa grupa, zamierzam sporo w niej pisać (już to robię) i mocno się udzielać oraz – oczywiście – zachęcać Was do tego samego. Sam fanpage pozostanie na razie bez zmian, głównie słupem ogłoszeniowym… bo i taki się przecież przydaje 🙂

    A co dokładnie będzie się działo na grupie? O czym będę z Wami na niej rozmawiał? Możesz się tego dowiedzieć na dwa sposoby: pierwszy to oczywiście po prostu dołączając 🙂 a drugi – z mojego newsletteraw którym będę często o grupie wspominał, i do którego subskrypcji bardzo Cię zachęcam.

    Treści na blogu

    W tym roku planuję również lekko rozszerzyć tematykę mojego bloga o treści związane z produktywnością, wykorzystaniem iPada w pracy, jak i w życiu codziennym, tworzeniem własnego bloga oraz moich próbach wprowadzanie minimalizmu w życiu 🙂 brzmi jak sporo pracy, prawda? Ale wiele z niej już wykonałem i w najbliższych tygodniach będziesz mógł obserwować efekty.

    Mam nadzieję, że będzie Ci się podobało 😉

  • praca marzeń czeka

    Jak wygląda Twoja praca marzeń? Zastanawiałeś się nad tym? Jeżeli pragniesz być gwiazdą filmową, programistą w Google lub prezydentem – tem wpis nie jest dla Ciebie. Jeżeli chcesz całymi danimi nic nie robić, leżeć brzuchem do góry na plaży – ten wpis również nie jest dla Ciebie. Jeżeli Twoja praca marzeń związana jest z podróżowaniem po świecie, poznawaniem nieznanych zakątków świata – ten wpis nie jest dla Ciebie.

    Jeżeli jednak masz czasem ochotę rzucić wszystko, spakować się i wyjechać, daleko od pędzącego miasta, żyć skromniej i spokojniej – bez miliona maili, hipermarketów, porannego tłoku w metrze, do bajkowej krainy w której nie wszystko kręci się wokół pieniędzy, chcesz ciężko pracować i mieć z tego satysfakcję, żyć w cudownej społeczności – dobrze trafiłeś. Mam coś dla Ciebie. Pracę i obietnicę Fajnego Życia:

    BEAUTIFUL ISLAND NEEDS PEOPLE.

    We can’t give you big money, but we can give you an awesome life. Our business is busy from May to December, with slower months January to April, so you can enjoy our amazing winters. We have lots of good ideas and we want to continue to build on our accomplishments but we don’t have enough hands to help.”

    Mowa o małym, kanadyjskim miasteczku, które „szuka rąk do pracy”, oferując w zamian życie wśród wspaniałej społęczności.

    We are located in a little village called Whycocomagh, which can be found in the middle (the heart) of Cape Breton. It is an area surrounded by beautiful mountains and the shining Bras d’Or lake where kayaks and canoes outnumber motorboats.

    We cannot offer you big money (wages in local small Cape Breton businesses are not high) but we can offer you a great incentive to come and try us out. One thing our business does have is LOTS of LAND.

    If you decide this opportunity might fit your dreams and goals for a close to nature and community focused life, then we are willing to offer you 2 acres of woodland where you can immediately set up your tiny house or quaint cabin. Plus give you access to our farmland and other resources we have available.

    Jezeli zainteresowało Cię ogłoszenie The Farmers Daughter, muszę Cię zmartwić – zgłoszenia nie są przyjmowane od osób z zagranicy. Dlaczego więc o tym piszę?

    Bardzo mi się podoba wizja życia opisanego w ogłoszeniu. Jednak zamiast szukać Fajnego Życia w Kanadzie, zamierzam zorganizować je sobie tu na miejscu! I Tobie również to polecam. Warto powalczyć aby zbudować swoją Piękną Krainę.

    Chciałabym abyś potraktował to ogłoszenie jako przykład, inspirację do działania, do zmiany. Zawsze możesz zacząć od nowa. W innym miejscu. Nigdy nie jest za późno aby podsumować wszystko, spakować się i żyć od nowa – inaczej. 

    Jak wygląda Twoja idealna praca? Podoba Ci się wizja życia którą pokazuje The Farmers Daughter? Napisz w komentarzu 🙂

  • zrobiłem coś, ze swoim życiem…

    …zmieniłem je

    Dzisiejszy wpis będzie trochę bardziej osobisty niż wcześniejsze. Wielu blogerów zaczyna od takiego właśnie wpisu – ja mogę jednak opublikować go dopiero dzisiaj. Chciałbym Wam trochę opowiedzieć, jak ja zmieniłem i zmieniam swoje życie. Taki mam przecież cel – zmieniać i przekazywać Wam moje doświadczenia oraz rady z tym związane. A w ostatnim czasie zmian u mnie sporo.

    po pierwsze i najważniejsze

    …po wielu latach, rzuciłem palenie papierosów! I muszę przyznać, że wspaniale się z tym czuję. Gdy zacząłem pisać bloga, wiedziałem już, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Wiedziałem, że musi nadejść, aby wszystkie inne zmiany w moim życiu miały sens. I stało się. Przygotowywałem się do tego od dawna. Dzisiaj już wiem, że odniosłem sukces i jestem z siebie dumny! Jeżeli problem palenia papierosów dotyczy również Ciebie, mam nadzieję, że ucieszy Cię fakt, iż za pośrednictwem tego bloga postaram się pokazać Ci, jak wyglądał mój plan pozbywania się nałogu, od czego zaczynałem, kiedy podjąłem decyzję że to właśnie dzisiaj jest ten dzień i jak sobie radziłem przez pierwszy tydzień, miesiąc i później. Dzisiaj wiem, że do takich decyzji i kroków nie można podchodzić bez odpowiedniego planu i przygotowania. Wiele razy próbowałem rzucić palenie, zawsze bezskutecznie. Przeciwnie – za każdym razem gdy rzucałem (i wracałem), tak bardzo tym się denerwowałem, że zaczynałem palić jeszcze więcej. To było straszne. Odpowiedni plan pozwolił mi jednak całkowicie uwolnić się od mojego problemu. Wierzę, że każdy może zrobić podobnie.

    po drugie: poranne wstawanie

    Nauczyłem się wcześnie wstawać. I pisząc wcześnie, mam na myśli godzinę 4 nad ranem. Być może wyda Ci się to szalone, ale dla mnie system wstawania o tej właśnie godzinie jest idealny. A muszę przyznać, że jestem (byłem?) przysłowiowym “śpiochem” i podjęcie takiej decyzji nie było dla mnie łatwe. Bywały dni, że budziki w sypialni dzwoniły u mnie po 20 razy a ja nie potrafiłem wstać. Gdy bywałem sam w domu, bałem się że nie uda mi się rano wstać na umówione wcześniej, poranne spotkanie. Nastawiałem budziki w kilku urządzeniach, w telefonie, tablecie, telewizorze… gdzie tylko się dało. A i tak zdarzało mi się budzić kilka godzin za późno. Ale skończyłem z tym! Teraz budzę się (co najważniejsze: wyspany!) zaraz po pierwszym budziku – i więcej nie muszę ich nastawiać. I każdego ranka mam dzięki termu czas na zaplanowanie mojego dnia, przegląd wiadomości, poranną kawę, stworzenie wszystkim pysznego śniadania, poranne zakupy i przygotowanie się do pracy – zanim wstaną pozostali domownicy. Dzięki temu wszystko jest łatwiejsze. Jak udało mi się to wszystko osiągnąć i w jaki sposób możesz i Ty się tego nauczyć? O tym również dowiesz się, jeżeli zostaniesz ze mną. 

    po trzecie: sport

    Jeszcze niedawno sport oglądałem głównie w telewizji. Na szczęście udało mi się całkowicie zamienić oglądanie telewizji na uprawianie sportu. Mam tutaj na myśli codzienne ćwiczenia a od czasu do czasu pływaniebieganierower i inne okazjonalne aktywności. Sport to wspaniała sprawa i żałuję, że zaprzyjaźniliśmy się dopiero niedawno. Widzę jednak efekty pracy nad moją kondycją a w połączeniu z pozostałymi zmianami – ogólną poprawę jakości mojego życia. Co zrobić, aby i w Twoim życiu pojawił się sport? Małymi kroczkami dojdziemy do tego!

    po czwarte: praca

    Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu bylem etatowym pracownikiem agencji reklamowej. To było zupełnie inne życie. Codzienna pogoń za pociągami, autobusami, zadaniami, spotkaniami… Późny powrót do domu i spać. Tylko po to, aby następnego dnia zrobić dokładnie to samo. I pomimo faktu, że moja praca była dość ciekawa, dawała mi sporo satysfakcji i pozwalała tworzyć fajne rzeczy, to nie byłem tam szczęśliwy. Małymi kroczkami przygotowywałem się do przejścia “na swoje”. Najtrudniejsze było podjęcie ostatecznej decyzji – ale zaryzykowałem i podjąłem ją. Przestałem każdego dnia jeździć do biura, zacząłem pracować sam dla siebie. Dzięki temu, że jestem dobry w tym co robię (a przynajmniej mam taką nadzieję! 🙂 ), szybko znalazłem kilku klientów i jakoś poszło. Czy żałuję? Nie zawsze jest kolorowo, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że żałuję. Wiem jak trudna jest to droga, ale wiem również, że potrafi przynieść sporo satysfakcji. Wiele się dzięki niej nauczyłem. Wiem też, że dla większości osób droga, którą wybrałem nie jest dobra i nigdy nie będę Cię przekonywał do rezygnacji z pracy. Chciałbym Ci za to pokazać, że Twoja praca może być wspaniała! Musisz tylko znaleźć sposób, aby ją przeorganizować i pokochać. I nie ważne, czy jesteś redaktorem w portalu internetowym, księgową, kierowcą czy mamą na etacie w domu. Jeszcze nie raz będę Ci o tym wszystkim opowiadał 🙂

    piąte: odżywianie

    Czasami myślę, że właśnie zmiana odżywiania jest najtrudniejsza ze wszystkich. Udało mi się zrezygnować z palenia papierosów, z pracy na etacie, z lenistwa przed telewizorem, ale chyba ze zmianą tego co jem było najtrudniej :). Kiedyś bardzo lubiłem pracować w kawiarni, w centrum handlowym, w restauracji. Wiązało się to oczywiście z “ciągłą” kawą, różnymi dziwnymi posiłkami o nieregularnych porach… W drodze do domu pojawiały się fast-foody i inne okazjonalne przekąski. A nawet zakupy do domu nie zawsze były dobre i zdrowe – bardzo często pojawiały się w nich produkty ekspresowe, do przygotowania na szybko. Masakra. Jestem sobie bardzo wdzięczny, że udało mi się przejść przez zmianę odżywiania. Teraz bardzo dużo czasu spędzam w kuchni – a pracy wcale nie mam mniej, niż kiedyś. Kocham gotować i dziwie się sobie, że kiedyś nie potrafiłem znaleźć na to czasu. Zostań ze mną na blogu, a pokażę Ci, jak i Ty możesz pokochać swoją kuchnię, przygotowywanie posiłków i zdrowe jedzenie.

    droga…

    Te pięć punktów to nie wszystko, co zmieniłem w ciągu ostatniego roku w moim życiu, ale na tych właśnie się koncentrowałem. Postawiłem przed sobą pewne cele i udało mi się je osiągnąć.Małymi kroczkami i zgodnie z przygotowanym wcześniej planem – bez tego żadna ze zmian nie miałaby prawa się udać. Oczywiście możesz próbować powiedzieć sobie: od jutra wstaję o 6 rano. Albo: rzucam palenie. I co dalej? To tylko słowa. Tak samo jest z noworocznymi postanowieniami, zazwyczaj przy ich wyznaczaniu kierujemy się emocjami i nie udaje nam się ich dotrzymać. Bez odpowiedniego przygotowania szanse na osiągnięcie sukcesu są małe. Początkowy zapał mija i wtedy nie wiemy co dalej robić, jak sobie poradzić z pierwszymi problemami związanymi ze zmianami, nie potrafimy odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A dodatkowo musisz pamiętać, że wokół Ciebie jest Twoja rodzina i przyjaciele, którzy również muszą zaakceptować Twoją zmianę. W swoich planach musisz brać ich pod uwagę – dzięki temu też, pomogą Ci oni w trudnych chwilach przemian.

    Pierwszym krokiem dla Ciebie niech będzie wypowiedzenie zdania: “Chcę coś zmienić w moim życiu!”. To jest właśnie najważniejsze. Jeżeli pozostaniesz ze mną na blogu, postaram się pomóc Ci w przejściu przez Twoją wymarzoną zmianę i postaram się przekonać Cię do innych. Podpowiem co robić, gdy pojawiają się wątpliwości i trudniejsze chwile. Gdy jesteśmy na skraju zrezygnowania. Gdy nasz zmiana wydaje się być bezsensowna.

    Kolejną radą będzie: zacznij prowadzić pamiętnik. Pomimo wsparcia rodziny i bliskich, w naszych przemianach bardzo często czujemy się samotni. Prowadzenie pamiętnika bardzo ułatwia. Muszę Ci powiedzieć, że nie wiem, czy dałbym radę rzucić palenie papierosów, gdybym nie prowadził pamiętnika. W chwilach słabości zawsze mogłem do niego zajrzeć i przeczytać rady jakie sam sobie wcześniej zostawiłem. Mogłem przeczytać swoje notatki o tym dlaczego i dla kogo chciałem pozbyć się nałogu. Mogłem również porozmawiać sam ze sobą. Dzięki temu przetrwałem trudne chwile.

    Jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś/zrobiłaś, zapisz się na mój newsletter. Dzięki temu pozostaniemy w kontakcie i będę mógł na bierząco informować Cię o nowych rzeczach na moim blogu, jak również przesyłać informacje dodatkowe, które nie zawsze się tutaj pojawiają. Pozdrawiam Cię bardzo gorąco i do następnego razu!