Bunt maszyn cz. IV. Wolność

Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać poprzednie części, zapraszam tutaj: „Bunt maszyn cz. I”, “Bunt maszyn cz. II”, Bunt maszyn cz. III”.

Śledzenie czasu zakończyłem w ciągu paru chwil. Po prostu skasowałem tą cholerną aplikację, a razem z nią inne: do mierzenia ile wody wypijałem w ciągu dnia, tą do śledzenia wydatków, spożytych kalorii, aplikację dziennika, listy zakupów, śledzenia nawyków… normalnie zrobiłem czystkę w telefonie usuwając wszystko co nawinęło mi się pod kasujący palec. Zniknęły też moje skróty, które krok po kroku podpowiadały mi każdego wieczora i co rano jak działać, aby jak najlepiej przejść przez daną porę dnia, porzuciłem plan mojego ukochanego Miracle Morning! Na fali złości wywalałem co tylko mogłem – czułem przy tym, jak rozpada się mój cały, wypracowany przez wiele miesięcy, system. Od teraz wszystko miało być spontaniczne.

Nastrój zmian był tak duży, że zacząłem z obrzydzeniem patrzeć na nawet Evernote’a – którego używałem do tworzenia i przechowywania notatek oraz Things’y – ukochaną do tej pory aplikację do pilnowania wszelkiego rodzaju zadań. Zaczęła też wkurzać mnie okrutnie czarna, mocno produktywna i jeszcze bardziej nudna – tapeta w telefonie. Na dokładkę, okazało się, że za kilka tygodni kończy działalność moja ulubiona aplikacja do obsługi maili – Newton, której akurat nie chciałem się pozbywać – ale tu los zdecydował za mnie. Firma, która jakiś czas wcześniej kupiła Newtona, zwyczajnie przestawała istnieć… pięknie to pasowało do mojej sytuacji i zachęcało do kolejnych zmian.

Tym sposobem, zostałem właściwie z niczym. Zakwestionowałem i usunąłem prawie każdy element mojego systemu produktywności. Pozbyłem się większości aplikacji, dzięki którym śledziłem moją codzienność i tym, które pomagały mi organizować życie. I byłem z tego powodu bardzo zadowolony.

Nagle poczułem się taki wolny… idąc na zakupy nie musiałem zapisywać ile wydałem pieniędzy, nie musiałem sprawdzać co kupić. Chodząc po targowisku właściwie nie wyciągałem telefonu. Wow, to było bardzo dziwne uczucie… I bardzo mi się podobała taka wolność. Byłem psychicznie wyzwolony, jak więzień, który po latach odsiadki opuścił więzienie. A do tego okazało się, że wiele miesięcy śledzenia wydatków i kupowania rzeczy zgodnie z zaplanowaną listą zakupów, wykształciły we mnie bardzo fajne i trwałe nawyki, dzięki którym nie kupowałem już bzdur i nie wydawałem więcej niż potrzeba. A nawet gdybym się zapomniał, to na targu i tak płacę wyłącznie gotówką – a tej zabierałem na zakupy dokładnie tyle samo co wcześniej, czyli tyle, ile potrzeba za zrobienie właściwych zakupów. Pięknie, poczułem się nauczony! A jednocześnie wdzięczny sobie za to, że przez tyle miesięcy się tego wszystkiego uczyłem. Podobnie było w innych obszarach mojego życia: na przykład z wodą. Kiedyś postanowiłem, że będę śledził dzienne spożycie wody – oczywiście po to, aby nauczyć się jej pić więcej w ciągu dnia. Wiele miesięcy zapisywania każdej wypitej szklanki, jak i przypomnienia w aplikacji o tym aby sięgnąć po kolejną, sprawiły, że wyrobiłem w sobie nawyk ciągłego picia. Nie potrzebowałem już przypominajki! Wstawałem rano i sięgałem po butelkę z wodą, siadałem do śniadania i woda już stała, wychodziłem z domu – brałem wodę. I tak dalej. Kolejny dowód na to, że dalsze śledzenie i zapisywanie postępów, nie były mi już potrzebne. I tak w każdym obszarze mojego życia. Życia, które do tej pory tak skrupulatnie śledziłem. Nie potrzebowałem już samokontroli. Byłem wolny!

Ten artykuł jest czwartym z serii „Bunt maszyn”, w której opowiadam, jak rozsypał się cały mój system produktywności. Jeżeli chcesz przeczytać kolejną część, zapraszam tutaj: “Bunt maszyn cz. V“.

3 comments on “Bunt maszyn cz. IV. Wolność”

  1. Ciekawe, zawsze interesowało mnie dlaczego i po co luzie katują się jakimiś apkami do organizacji życia, skoro nasz mózg powinien to robić. Zwłaszcza że znam kilka osób które uzależniły się od cyber pomocy, denerwują ciągłymi przypominajkami i po oczytaniu informacji przerywają nawet rozmowę bo koniecznie teraz muszą “to” zrobić. Dzięki Twojemu wpisowi trochę łagodniej patrzę na organizatory w telefonach… ale sama i tak się nie skuszę 😉

    1. Joasiu, każdy ma system dopasowany do swoich potrzeb. Dla jednych będzie on opierał się o aplikację w komórce czy na komputerze, ktoś inny będzie notował w papierowym notesie, a jeszcze inny nagrywał notatki i zadania na dyktafonie. I to jest bardzo ok. Jedynie trzymanie wszystkich do zapamiętania rzeczy w głowie wydaje się sporym marnotrawstwem… Czy nie lepiej używać głowy do myślenia, tworzenia i rozwiązaywania problemów? Zamiast trzymać w nich tak bzdurne informacje jak termin kolejnej wizyty u mechanika, dentysty, lekarza itd? Dzisiaj siedząc u jednej z moich klietek, opowiadałem o wspaniałej herbacie, którą jakiś czas temu odkryłem. Poprosiła, abym przyniósł jej probkę na nasze następne spotkanie za kilka dni. Czy naprawdę muszę o tym sam pamiętać, skoro mogę użyć technologii aby zrobila to za mnie? Wcisnąłem jeden przycisk na komórce, dodalem npisalem notatkę i zapisałem sobie przypomnienie, które wyskoczy mi na godzinę przed wyjazdem na kolejne spotkanie. A ja spokojnie mogę wyrzucić już tą informację z głowy i w skupieniau zająć się twrozeniem kolejnego wpisu na bloga 🙂

Dodaj komentarz