Tag: wyzwania

  • mama na zajęciach, a więc jak przetrwać, gdy każdy ruch boli

    Co jakiś czas rozpoczynam nowe kursy tańca w szkole, w której się uczę. Kursy startują, czasem się kończą (gdy grupa się rozpada) i wtedy poziom się zeruje, kurs startuje niejako od nowa. Mimo że uczę się już dość długo, nie tylko nie przeszkadza mi startowanie w kolejnych kursach na poziomie początkującym, takich totalnie od zera, ale wręcz bardzo to lubię i doceniam fakt, że mogę pod okiem trenerów pracować nad podstawami – pracuję wtedy zupełnie inaczej, niż osoby, które dopiero pierwszy raz pojawiają się na zajęciach. Zresztą, mam podobne podejście również w innych obszarach mojego życia – cenię pracę u podstaw.

    Taki pierwszy dzień zajęć nowego kursu, to trochę jak początek stycznia na siłowni – przychodzi zawsze kilka osób, które na fali jakiegoś impulsu zapragnęły nauczyć się tańczyć, ale jeszcze do końca nie wiedzą jak to będzie wyglądało. I to jest całkiem ok.

    Przypominam sobie moją pierwszą lekcję. Byłem tak samo zdezorientowany, przestraszony, nie za bardzo wiedziałem, co się będzie działo, czy mam mieć buty, gdzie się ustawić, co robić… Początek to zawsze fajny, ale i mocno stresujący moment – przynajmniej dla większości osób. I za każdym razem, gdy startują nowe zajęcia w szkole tańca, w oczach wielu osób widzę podobne obawy.

    Historia, którą chcę Ci opowiedzieć, wydarzyła się właśnie w takim momencie – gdy startowały nowe zajęcia w szkole tańca. Przyszła na nie mama z dwiema córkami. Fajnie – pomyślałem – takie rodzinne zajęcie się dla nich szykuje. Do tego drugie „fajnie”, ponieważ w szkole, w której się uczę, bardzo rzadko pojawia się ktoś w okolicy mojego wieku – a przynajmniej na zajęciach tańca współczesnego, które ja wybieram.

    Zawsze kibicuję nowym osobom w tacki sytuacjach. Tym bardziej że taniec współczesny jest bardzo wymagający i nie łatwo jest zacząć. Czasem na nowych zajęciach pojawiają się osoby, które wcześniej niewiele robiły ze swoim ciałem. I to jest również całkiem ok. Tyle tylko, że nie jest łatwo. Wręcz jest bardzo, bardzo ciężko.

    I taki też jest każdy nowy, startujący kurs – ciężki.

    Typowe zajęcia trwają półtorej godziny i podzielone są na trzy części: rozgrzewka, ćwiczenie techniki i choreografia. Całość dostosowana do poziomu grupy, ale mimo wszystko, są to rzeczy dość wymagające (tak, wiem, już z dziesiąty raz to podkreślam). Początkowo, patrzysz tylko na zegarek i odliczasz każdą minutę do końca, prosząc w duchu czas, by leciał szybciej (pamiętam dokładnie jak to było!). Z czasem jednak wszystko wywraca się do góry nogami i po dziewięćdziesięciominutowych zajęciach dziwisz się, że lekcja kończy się tak szybko.

    A więc rozpoczęła się rozgrzewka. Szok dla nowych osób, widać to po twarzach. Po kilku minutach wielu osobom oczy wychodzą z orbit, pot prawie leje się po twarzy. Takie pierwsze zderzenie z rzeczywistością sali treningowej. Lubię wtedy zerkać na miny tych nowych osób, mam zawsze wtedy ochotę jakoś dodać im otuchy, krzyknąć: nie poddawaj się, wytrzymaj jeszcze chwilę, dasz radę!. To właśnie pierwsze 30 minut jest najgorsze – ten szok. Trzeba jednak przetrwać i potem wrócić na kolejne zajęcia – efekty w końcu się pojawią, a i te mordercze ćwiczenia stają się powoli prawdziwą i ogromną przyjemnością.

    Jednak nie każdemu udaje się wytrwać. Mama, która przyszła z córkami, po 10 minutach rozgrzewki… wyglądała na przerażoną. Znane mi już bardzo dobrze ruchy, które zawsze wykonywaliśmy podczas rozgrzewki – a które dla niej były tak nowe – sprawiały przeogromną trudność. Dokładnie tak samo, jak podczas moich pierwszych zajęć. Jej, mój pierwszy raz w szkole tańca był straszny. Zapisałem wtedy w moim dzienniku:

    Pierwsza lekcja.
    To było ż-e-n-u-j-ą-c-e. Ja byłem żenujący.
    Ale kurna, podobało mi się tak bardzo.
    To był . No, może jeszcze nie do końca w moim wykonaniu. Ale w sumie jednak!
    Ale
    Sam nie wiem co dalej. Widzę jak daleko jestem, ile pracy przede mną.
    Boooooooże, co ja robię?
    (…)
    Chcesz tego?
    Będzie:
    a) żenująco
    b) bolało (oj będzie wszystko bolało)
    c) trudno
    d) ciężko
    e) duuużo wyrzeczeń
    f) beznadziejnie przez długi czas
    Matko, myślałem, że coś tam może umiem, że ostatnie lata ćwiczeń dadzą jakieś efekty, że będzie łatwiej. A nie jest.

    Patrzyłem więc na tę mamę i po cichu trzymałem za nią kciuki. Widziałem, że jest na granicy, że zastanawia się, co ona tu właściwie robi. Jednak z każdą minutą była bliżej ukończenia tej pierwszej, najtrudniejszej lekcji. Jeszcze tylko chwila i przejdziemy do techniki, potem do choreografii i będzie już bardzo fajnie.

    Mama jednak po chwili odpuściła.

    Przerwała ćwiczenia, wstała, usiadła pod ścianą. Nie brała już udziału w zajęciach. Spędziła resztę czasu z telefonem w ręku. Nawet nie zerkała na to, co dzieje się na sali.

    Nie uwierzyła – pomyślałem. Szkoda, wielka szkoda.

    To zawsze jest taka szansa na zmianę swojego życia. Nie chodzi oczywiście tylko o taniec, podobne obrazki oglądam czasem na zajęciach grupowych na siłowni. Wielu osobom, które nie chodzą na siłownię, kojarzy się ona z wysportowanymi chłopakami i dziewczynami, którzy pojawiają się tam, by popisywać się przed innymi. Prawda jest taka, że siłownia to miejsce, gdzie ludzie walczą ze swoimi słabościami, próbują się zmienić, często naprawić. Tam również widuję ból w oczach ludzi, którzy dopiero zaczynają – taki ból fizyczny, ale i psychiczny, związany z przełamywaniem własnych ograniczeń i barier. Widzę to bardzo często. Walkę ludzi o lepsze życie. Przychodzą osoby młode, starsze, niektóre mocno starsze, po urazach, kontuzjach, chorobach, szczupłe, otyłe, mocno otyłe – na siłowni każdy z czymś walczy. Często ta walka jest niezwykle trudna. Oj, jak często.

    I gdy tamta mama zrezygnowała, już na początku rozgrzewki, tak mi się smutno zrobiło. Nie dlatego, że znowu nie będzie nikogo w moim wieku na zajęciach, totalnie nie o to chodziło. Zobaczyłem, jak ona rezygnuje ze zmiany, jaką te zajęcia reprezentowały. Z przemiany, jaką mogła sobie zafundować. Wystarczyło pomęczyć się te pierwsze 90 minut. Potem wyżalić się córkom w domu jak to było ciężko i przyjść za tydzień. To takie proste.

    Każdego dnia podejmujemy szereg różnych decyzji. Mniejszych, większych, każda z nich jest ważna. Jest deklaracją – naszej drogi. Podejmujemy walkę o lepsze jutro, albo z niej rezygnujemy. Dla jednych będą to kolejne zajęcia na siłowni, dla innych lekcje tańca, a dla jeszcze innych niesięgnięcie po kolejnego kebaba, papierosa, piwo, czy wybranie się do lekarza, by spróbować poprawić, czy naprawić coś, co wydaje się nienaprawialne. Każdy ma swoją walkę i każdy z nas może ją wygrać. Wystarczy tylko przetrwać rozgrzewkę i nie usiąść pod ścianą z telefonem w ręku.

  • Jak wykorzystać swój talent

    Zostawiłem Cię tydzień temu z niedokończonym listem, a właściwie to z ledwo rozpoczętym tematem i dzisiaj nadszedł czas odkryć karty. Tak, dzisiaj, zgodnie z obietnicą, będzie o talentach.

    Talenty, lub inaczej mówiąc mocne strony, to, w naszym codziennym rozumieniu, naturalna zdolność do wykonywania różnych niezwykłych rzeczy. W Wikipedii „talent” występuje, jako wrodzona lub nabyta predyspozycja w dziedzinie intelektualnej, ruchowej lub artystycznej przejawiające się ponadprzeciętnym stopniem sprawności w danej dziedzinie. Mamy tu talenty językowe, literackie, matematyczne, muzyczne, plastyczne, sportowe itd.

    Ale ja wcale nie o takich talentach chcę Ci dzisiaj opowiedzieć. Badacze z Instytutu Gallupa, a konkretnie zespół pracujący pod przewodnictwem Donalda Cliftona, postawił kiedyś tezę, że charakter każdego człowieka składa się z 34 cech nazwanych przez nich „talentami”. Każdy z nas ma inne natężenie każdej z takich cech, a pięć najmocniejszych, nazywamy naszymi cechami dominującymi. Talent w tym przypadku jest rozumiany jako wzorzec myślenia, odczuwania i działania, a nie wrodzona zdolność do śpiewu czy tańca. Talent, w rozumieniu Instytutu Gallupa, to zakodowane w naszej głowie schematy działania. To one odpowiadają za obraną drogę, podjęte decyzje, złość, radość, czy też poziom naszej produktywności. Wyjaśniają sposób, w jaki myślimy i czujemy. Znając i wykorzystując nasze najmocniejsze cechy, jesteśmy w stanie bardzo znacząco podnieść nasz poziom motywacji i stać się najbardziej efektywną wersją siebie. I teraz najlepsze: Instytut Gallupa opracował test, dzięki któremu każdy z nas może poznać nie tylko swoich pięć najmocniejszych cech, ale kolejność wszystkich 34 talentów naszego charakteru.

    I ja właśnie to zrobiłem. Poznałem moje najmocniejsze strony, a następnie zrobiłem z nich użytek. Oto i one:

    • Poważanie
      Osoby, które wyróżnia cecha Poważania, chcą, aby inni ludzie traktowali je z wielkim szacunkiem. Są niezależne i chcą być rozpoznawalne.
    • Rywalizacja
      Osoby, które wyróżnia cecha Rywalizacji, mierzą swój postęp porównując go z postępem innych ludzi. Dążą do tego, aby zająć pierwsze miejsce i uwielbiają współzawodnictwo.
    • Odkrywczość
      Osoby, które wyróżnia cecha Odkrywczości, są zafascynowane pomysłami i ideami. Potrafią odnaleźć związki pomiędzy zjawiskami, które z pozoru są całkowicie różne.
    • Bliskość
      Osobom, które wyróżnia cecha Bliskości, sprawiają radość bliskie relacje z innymi. Czerpią głęboką satysfakcję pracując z przyjaciółmi nad osiągnięciem jakiegoś celu.
    • Osiąganie
      Osoby, które wyróżnia cecha Osiągania, mają w sobie duży zapas sił życiowych i ciężko pracują. Czerpią olbrzymią satysfakcję z bycia osobą zajętą i efektywną.

    To właśnie te cechy mojego charakteru pomogły mi przejść przez niejedno już niemożliwe do wykonania zadanie. Ale nie było tak kolorowo od samego początku.

    Gdy pierwszy raz zobaczyłem zestaw moich mocnych stron, byłem… delikatnie mówiąc, rozczarowany. Spodziewałem się trochę lepszych „wyników”. Test CliftonStrenght (tak dokładnie nazywa się aktualnie test Instytutu Gallupa) miał otworzyć mi oczy, pokazać całkiem nowe perspektywy, wskazać ekscytujące i ukryte cechy mojego charakteru. A dostałem… no cóż, nie to, co chciałem. Dostałem nudny opis samego siebie – tak naprawdę nic nowego. Później dowiedziałem się, że to dość częsta reakcja. 

    Zanim przystąpisz do wypełnienia testu CliftonStrenght, musisz najpierw zakupić jeden z dwóch pakietów na stronie Instytutu Gallupa. Pierwszy, tańszy, pozwala na poznanie pięciu najmocniejszych talentów, natomiast pełny, nieco droższy, da listę wszystkich trzydziestu czterech mocnych stron – łącznie z tymi, których w nas najmniej (słabymi stronami). Jeżeli zdecydujesz się na pakiet tańszy, możesz później zmienić zdanie i rozszerzyć swój dostęp na pełną listę talentów. Założenie Instytutu Gallupa jest takie, że nawet z upływem lat, kolejność naszych mocnych stron nie ulega znaczącej zmianie, więc jeżeli na początku chcesz zaoszczędzić i wybierzesz opcję tańszą, to nawet po roku czy dwóch, decyzja o rozszerzeniu listy będzie miała sens. Ja, gdy usiadłem do wypełnienia testu CliftonStrenght, wybrałem właśnie wersję z top 5. I do dziś nie poszerzyłem mojej wiedzy o pełną listę talentów – cały czas pracuję nad tymi najważniejszymi, choć nie wykluczam, że kiedyś zdecyduję się poznać pełną listę.

    Gdy minął pierwszy szok związany z poznanymi talentami – a muszę przyznać, że trochę to trwało – postanowiłem spróbować wykorzystać nową wiedzę. I o dziwo – to miało sens. Zupełnie, jakbym zaczął działać… w zgodzie z samym sobą. Zacząłem wyznaczać sobie drogę do osiągnięcia celów w zgodzie z tym, kim jestem. To zupełnie, jakby odkryć, że praca w ubraniach zielonego koloru sprawia Ci największą satysfakcję i najbardziej Cię motywuje do pracy, a potem zacząć pracować właśnie w zielonych ubraniach. Albo jak jazda ulubioną marką samochodu, jedzenie tylko ulubionych posiłków itd. 

    Pokażę Ci, jak wykorzystałem moje talenty, przy realizacji celu związanego z bieganiem.

    Mój cel: chcę biegać.

    Oto jak zaplanowałem jego osiągnięcie w zgodzie z moimi mocnymi stronami:

    • Poważanie
      Będę dzielił się moim bieganiem na blogu i w mediach społecznościowych. Każdy „like”, każdy komentarz, rozmowa na ten temat, każdy nowy czytelnik – będzie moim „+1” do poważania. Fakt, że przeczytasz mój newsletter, pomoże mi w osiągnięciu celu.

    • Rywalizacja
      Zamiast po prostu zacząć biegać, wezmę udział w wyzwaniu z grupą kilku, kilkunastu osób. Chęć zajęcia jak najlepszego miejsca znacząco doda mi motywacji. 
    • Odkrywczość
      Powiążę moje codzienne bieganie z koncepcją fajnego życia, bez problemu odnajdę związki pomiędzy bieganiem a tym jak i kiedy śpię, co jem, jak dużo odpoczywam.
    • Bliskość
      Dołączę do wyzwania z grupą kilkunastu osób. Tym samym wstąpię do zamkniętej społeczności, grupy osób, które mają podobny cel. Im mniejsza będzie to grupa, tym lepiej. W aplikacji Nike Run Club, z którą biegam, można wziąć udział w wyzwaniach, do których dostęp ma każdy użytkownik aplikacji – w moim przypadku nie sprawdziłoby się to. Grupa 150 tys. ludzi nie zadziałałby na mnie tak samo, jak grupa kilku, kilkunastu osób.
    • Osiąganie
      Przez całe życie nie biegałem. Wyznaczenie sobie tak dużego celu (50 km na wrzesień, a potem 100 km na październik), sprawi, że będę miał nad czym pracować i będzie co osiągać. Do tego dołączam do wyzwania z grupą osób, która biega od bardzo dawna – mam ogromne pole do popisu.

    Oto mój sekret. Właśnie w ten sposób udało mi się z osoby, która nigdy nie biegała, stać się biegaczem. Zacząłem dwa i pół miesiąca temu, teraz biegam codziennie. Tak się osiąga cele w zgodzie z talentami.

    Chyba domyślasz się, jakie mam do Ciebie dzisiaj pytanie? Jakie są Twoje mocne strony? 🙂


    Ps. Test CliftonStrengths może wykonać każdy. Jest on dostępny również w języku polskim, jego wypełnienie trwa 30 minut, wykonuje się go na stronie internetowej Instytutu Gallupa. Nie jest on bezpłatny, wręcz może w pierwszej chwili wydać się dla Ciebie dość drogi (Poznanie top 5 to ok. 100 zł, pełna lista mocnych i słabych stron to ok. 250 zł), ale warto!

    Ps. 2: Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o talentach, co oznaczają, jak je wykorzystać – zapraszam na blog Dominika Juszczyka. Ja o mocnych stronach uczyłem się (i nadal uczę) właśnie od niego.

  • Jak wykorzystać swój talent

    Zostawiłem Cię tydzień temu z niedokończonym listem, a właściwie to z ledwo rozpoczętym tematem i dzisiaj nadszedł czas odkryć karty. Tak, dzisiaj, zgodnie z obietnicą, będzie o talentach.

    Talenty, lub inaczej mówiąc mocne strony, to, w naszym codziennym rozumieniu, naturalna zdolność do wykonywania różnych niezwykłych rzeczy. W Wikipedii „talent” występuje, jako wrodzona lub nabyta predyspozycja w dziedzinie intelektualnej, ruchowej lub artystycznej przejawiające się ponadprzeciętnym stopniem sprawności w danej dziedzinie. Mamy tu talenty językowe, literackie, matematyczne, muzyczne, plastyczne, sportowe itd.

    Ale ja wcale nie o takich talentach chcę Ci dzisiaj opowiedzieć. Badacze z Instytutu Gallupa, a konkretnie zespół pracujący pod przewodnictwem Donalda Cliftona, postawił kiedyś tezę, że charakter każdego człowieka składa się z 34 cech nazwanych przez nich „talentami”. Każdy z nas ma inne natężenie każdej z takich cech, a pięć najmocniejszych, nazywamy naszymi cechami dominującymi. Talent w tym przypadku jest rozumiany jako wzorzec myślenia, odczuwania i działania, a nie wrodzona zdolność do śpiewu czy tańca. Talent, w rozumieniu Instytutu Gallupa, to zakodowane w naszej głowie schematy działania. To one odpowiadają za obraną drogę, podjęte decyzje, złość, radość, czy też poziom naszej produktywności. Wyjaśniają sposób, w jaki myślimy i czujemy. Znając i wykorzystując nasze najmocniejsze cechy, jesteśmy w stanie bardzo znacząco podnieść nasz poziom motywacji i stać się najbardziej efektywną wersją siebie. I teraz najlepsze: Instytut Gallupa opracował test, dzięki któremu każdy z nas może poznać nie tylko swoich pięć najmocniejszych cech, ale kolejność wszystkich 34 talentów naszego charakteru.

    I ja właśnie to zrobiłem. Poznałem moje najmocniejsze strony, a następnie zrobiłem z nich użytek. Oto i one:

    • Poważanie
      Osoby, które wyróżnia cecha Poważania, chcą, aby inni ludzie traktowali je z wielkim szacunkiem. Są niezależne i chcą być rozpoznawalne.
    • Rywalizacja
      Osoby, które wyróżnia cecha Rywalizacji, mierzą swój postęp porównując go z postępem innych ludzi. Dążą do tego, aby zająć pierwsze miejsce i uwielbiają współzawodnictwo.
    • Odkrywczość
      Osoby, które wyróżnia cecha Odkrywczości, są zafascynowane pomysłami i ideami. Potrafią odnaleźć związki pomiędzy zjawiskami, które z pozoru są całkowicie różne.
    • Bliskość
      Osobom, które wyróżnia cecha Bliskości, sprawiają radość bliskie relacje z innymi. Czerpią głęboką satysfakcję pracując z przyjaciółmi nad osiągnięciem jakiegoś celu.
    • Osiąganie
      Osoby, które wyróżnia cecha Osiągania, mają w sobie duży zapas sił życiowych i ciężko pracują. Czerpią olbrzymią satysfakcję z bycia osobą zajętą i efektywną.

    To właśnie te cechy mojego charakteru pomogły mi przejść przez niejedno już niemożliwe do wykonania zadanie. Ale nie było tak kolorowo od samego początku.

    Gdy pierwszy raz zobaczyłem zestaw moich mocnych stron, byłem… delikatnie mówiąc, rozczarowany. Spodziewałem się trochę lepszych „wyników”. Test CliftonStrenght (tak dokładnie nazywa się aktualnie test Instytutu Gallupa) miał otworzyć mi oczy, pokazać całkiem nowe perspektywy, wskazać ekscytujące i ukryte cechy mojego charakteru. A dostałem… no cóż, nie to, co chciałem. Dostałem nudny opis samego siebie – tak naprawdę nic nowego. Później dowiedziałem się, że to dość częsta reakcja. 

    Zanim przystąpisz do wypełnienia testu CliftonStrenght, musisz najpierw zakupić jeden z dwóch pakietów na stronie Instytutu Gallupa. Pierwszy, tańszy, pozwala na poznanie pięciu najmocniejszych talentów, natomiast pełny, nieco droższy, da listę wszystkich trzydziestu czterech mocnych stron – łącznie z tymi, których w nas najmniej (słabymi stronami). Jeżeli zdecydujesz się na pakiet tańszy, możesz później zmienić zdanie i rozszerzyć swój dostęp na pełną listę talentów. Założenie Instytutu Gallupa jest takie, że nawet z upływem lat, kolejność naszych mocnych stron nie ulega znaczącej zmianie, więc jeżeli na początku chcesz zaoszczędzić i wybierzesz opcję tańszą, to nawet po roku czy dwóch, decyzja o rozszerzeniu listy będzie miała sens. Ja, gdy usiadłem do wypełnienia testu CliftonStrenght, wybrałem właśnie wersję z top 5. I do dziś nie poszerzyłem mojej wiedzy o pełną listę talentów – cały czas pracuję nad tymi najważniejszymi, choć nie wykluczam, że kiedyś zdecyduję się poznać pełną listę.

    Gdy minął pierwszy szok związany z poznanymi talentami – a muszę przyznać, że trochę to trwało – postanowiłem spróbować wykorzystać nową wiedzę. I o dziwo – to miało sens. Zupełnie, jakbym zaczął działać… w zgodzie z samym sobą. Zacząłem wyznaczać sobie drogę do osiągnięcia celów w zgodzie z tym, kim jestem. To zupełnie, jakby odkryć, że praca w ubraniach zielonego koloru sprawia Ci największą satysfakcję i najbardziej Cię motywuje do pracy, a potem zacząć pracować właśnie w zielonych ubraniach. Albo jak jazda ulubioną marką samochodu, jedzenie tylko ulubionych posiłków itd. 

    Pokażę Ci, jak wykorzystałem moje talenty, przy realizacji celu związanego z bieganiem.

    Mój cel: chcę biegać.

    Oto jak zaplanowałem jego osiągnięcie w zgodzie z moimi mocnymi stronami:

    • Poważanie
      Będę dzielił się moim bieganiem na blogu i w mediach społecznościowych. Każdy „like”, każdy komentarz, rozmowa na ten temat, każdy nowy czytelnik – będzie moim „+1” do poważania. Fakt, że przeczytasz mój newsletter, pomoże mi w osiągnięciu celu.
    • Rywalizacja
      Zamiast po prostu zacząć biegać, wezmę udział w wyzwaniu z grupą kilku, kilkunastu osób. Chęć zajęcia jak najlepszego miejsca znacząco doda mi motywacji. 
    • Odkrywczość
      Powiążę moje codzienne bieganie z koncepcją fajnego życia, bez problemu odnajdę związki pomiędzy bieganiem a tym jak i kiedy śpię, co jem, jak dużo odpoczywam.
    • Bliskość
      Dołączę do wyzwania z grupą kilkunastu osób. Tym samym wstąpię do zamkniętej społeczności, grupy osób, które mają podobny cel. Im mniejsza będzie to grupa, tym lepiej. W aplikacji Nike Run Club, z którą biegam, można wziąć udział w wyzwaniach, do których dostęp ma każdy użytkownik aplikacji – w moim przypadku nie sprawdziłoby się to. Grupa 150 tys. ludzi nie zadziałałby na mnie tak samo, jak grupa kilku, kilkunastu osób.
    • Osiąganie
      Przez całe życie nie biegałem. Wyznaczenie sobie tak dużego celu (50 km na wrzesień, a potem 100 km na październik), sprawi, że będę miał nad czym pracować i będzie co osiągać. Do tego dołączam do wyzwania z grupą osób, która biega od bardzo dawna – mam ogromne pole do popisu.

    Oto mój sekret. Właśnie w ten sposób udało mi się z osoby, która nigdy nie biegała, stać się biegaczem. Zacząłem dwa i pół miesiąca temu, teraz biegam codziennie. Tak się osiąga cele w zgodzie z talentami.

    Chyba domyślasz się, jakie mam do Ciebie dzisiaj pytanie? Jakie są Twoje mocne strony? 🙂


    Ps. Test CliftonStrengths może wykonać każdy. Jest on dostępny również w języku polskim, jego wypełnienie trwa 30 minut, wykonuje się go na stronie internetowej Instytutu Gallupa. Nie jest on bezpłatny, wręcz może w pierwszej chwili wydać się dla Ciebie dość drogi (Poznanie top 5 to ok. 100 zł, pełna lista mocnych i słabych stron to ok. 250 zł), ale warto!

    Ps. 2: Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o talentach, co oznaczają, jak je wykorzystać – zapraszam na blog Dominika Juszczyka. Ja o mocnych stronach uczyłem się (i nadal uczę) właśnie od niego.

  • Talent do biegania

    Hmm.. obiecałem sobie (i Tobie chyba też?), że przez jakiś dłuższy czas nie będę męczył Cię opowieściami o bieganiu. Niestety, dzisiaj mi się to nie uda…

    Pamiętasz, jak chwaliłem się na prawo i lewo, że udało mi się przebiec 50 km przez cały wrzesień? Więc… znowu to zrobiłem, ale tym razem podwójnie 🙂 Mój cichy i nieśmiały cel na październik był dwa razy większy, niż ten z poprzedniego miesiąca. I udało się. Znowu! Przebiegłem 100 km! Sto kilometrów w ciągu 30 dni! Jestem z siebie mega zadowolony. Choć muszę przyznać – lekko nie było!

    Ostatni tydzień października, na który przypadło mi przebiegnięcie ostatnich dwudziestu pięciu kilometrów, był bardzo dziwny. Z jednej strony całkiem zniknęły już kolki, które jeszcze dwa tygodnie wcześniej pojawiały się w połowie tras, zniknęły zadyszki, które coraz mniej, ale jednak towarzyszy mi każdego dnia, zniknął kaprys, który pojawiał się na mojej twarzy, gdy musiałem wyjść pobiegać w przy niezbyt korzystnej pogodzie… Na maksa pokochałem bieganie. Ale poza miłością, pojawiło się jeszcze coś. Coś, czego się totalnie nie spodziewałem i czego do tej pory nie doświadczyłem. Pojawił się ból – lewej nogi.

    Po przebiegnięciu ostatniego, setnego kilometra, usiadłem sobie w domu, i – będąc nadal w lekkim szoku – zacząłem się zastanawiać: jak ja do cholery to zrobiłem? Jak to się stało, że pomimo faktu, iż od tygodnia boli mnie noga, dałem radę przebiec jeszcze ponad 25 kilometrów? No jak? Przecież moim nadrzędnym celem, tą najważniejszym na świecie, nieprzekraczalną, niemożliwą do złamania intencją jest ZDROWIE. I to takie przez duże „Z”! A bieganie z bolącą nogą nijak się ma do „zdrowia”. Nie zrozum mnie źle, wydaje mi się, że jestem wytrzymały na ból, nie boję się go odczuwać – ale ból oznacza, że coś się dzieje, coś złego. To jak siedzieć w stodole na sianie i poczuć nagle dym – ból jest tak samo niepokojącym objawem, oznacza, że coś się dzieje i jak nie zacznę działać, może być gorąco. Więc i owszem, zacząłem działać – poczytałem o rodzaju bólu, który zacząłem odczuwać, zaopatrzyłem się w superbajeranckie wkładki do butów i… poszedłem dalej biegać. A oczywiście musiałem (i chciałem) pokonywać coraz większe dystanse. W ostatnim tygodniu właściwie co drugi dzień biłem swój rekord odległości (dobrze, że przynajmniej o czas nie walczyłem), chciałem więcej i więcej. Poradniki, które czytałem krzyczały na mnie (oczywiście!), abym zrobił sobie tygodniową przerwę, groziły poważnymi konsekwencjami – ale im nie wierzyłem. Nie chciałem nawet zmienić trasę, którą codziennie pokonywałam, choć składa się ona w 100-procentach z twardego betonu – pogarszającego ból, a tym samym pewnie i uraz. Wkładki do butów wprawdzie pomogły i to sporo, ale nie wyeliminowały bólu – sygnału ostrzegawczego.

    Na szczęście nic sobie nie zrobiłem. Osiągnąłem swój cel, dobiegłem do ostatniego kilometra.

    I wtedy właśnie, ostatniego dnia października, gdy tak siedziałem w kuchni i po cichu świętowałem sukces, zacząłem się zastanawiać. Jak ja to zrobiłem? W jaki sposób udało mi się zmotywować samego siebie do porzucenia najważniejszych wartości, aby osiągnąć totalnie nieistotny, bzdurny, przyziemny cel. Przecież jeżeli uda mi się odkryć mechanizm, który mną kierował, i nauczę się go wykorzystywać w innych (być może właściwszych) celach – będę mógł osiągnąć, co tylko sobie wymarzę, prawda?! Jeżeli zamarzy mi się, aby schudnąć 15 kg – działając w ten sam sposób, dam radę to osiągnąć. Jeżeli wpadnę na pomysł wyprawy dookoła świata – kto mnie powstrzyma? Otworzenie restauracji, nauczenie się trzech nowych języków obcych, zrobienie doktoratu – przy użyciu systemu z biegania, mogłem spełniać dowolne marzenia! A z drugiej strony, nieznajomość tych wszystkich zależności, które doprowadziły mnie w październiku do setnego kilometra, może kiedyś sprowadzić mnie na bardzo złą drogę. To coś, co pomogło mi w bieganiu, może być równie dobrze moim prywatnym kryptonitem(znacie Supermena, prawda?). Musiałem więc odkryć o co chodzi. 

    I wiesz co? Znalazłem TO. Odkryłem w końcu co zrobiłem: użyłem moich talentów:

    • Poważanie
    • Rywalizacja
    • Odkrywczość
    • Bliskość
    • Osiąganie

    Ale to już historia na kolejny newsletter – i opowiem Ci ją tydzień 🙂.

    Mam jednak do Ciebie pytanie:Zdarzyło Ci się porzucić Twoje wartości dla zrobienia czegoś, co z perspektywy czasu, wydaje się totalnie niewarte takiego poświęcenia? Zastanawiałaś/eś się, dlaczego tak postąpiłaś/eś?

  • ale pobiegłem!

    Jeżeli wszystko poszło zgodnie z planem, i w ostatniej chwili nic się nie wydarzyło, w momencie, gdy czytasz tę wiadomość, mam już na moim wrześniowym koncie przebiegnięte ponad 50 km. Właściwie to klikam „wyślij” i idę na ostatnie pobieganie z tego wyzwania. 50 KILOMETRÓW. Wow. Nie mogę uwierzyć, że mi się udało…

    W czasach szkoły średniej nie lubiłem chodzić na WF. Nie – tak naprawdę to nienawidziłem WFu! Robiłem co tylko mogłem, aby się wymigać od ćwiczeń. Uciekałem z lekcji, udawałem chorego albo zwyczajnie siadałem na ławce i nic nie robiłem. Interesowało mnie absolutne minimum potrzebne do przejścia do następnej klasy. Zastanawiam się teraz, dlaczego tak było…

    Dla odmiany w podstawówce uwielbiałem długie wyprawy rowerowe z kolegami, bieganie po ulicy, grę w piłkę, pasowała mi właściwie każda forma aktywności fizycznej, nie miałem też problemu z ćwiczeniami w szkole. Nawet przez chwilę trenowałem piłkę nożną w klubie sportowym! Był to krótki epizod w moim życiu, ale jednak się pojawił. Pamiętam, że na pierwszym treningu trener powiedział mi, że wyglądam zupełnie jak Boniek i wszyscy zaczęli się śmiać. Szczerze mówiąc, nie bardzo wtedy wiedziałem kim jest Boniek (😁), byłem więc mocno zmieszany. Ale sama gra, poza bieganiem na rozgrzewkę, była super.

    No właśnie, chyba to bieganie sprawiało, że z czasem tak bardzo znienawidziłem WF. Odrzucało mnie, jak myślałem, że miałbym przebiec 1 km. A przecież w szkole średniej biegania jest całkiem sporo. Chyba bym prędzej umarł ze zmęczenia niż dał radę przebiec cały kilometr. A nawet, gdyby jakimś cudem mi się udało, co mój czas nie nadawałby się nawet na dwójkę. W efekcie stopniowo zacząłem rezygnować z jakiejkolwiek formy ruchu w moim życiu. Zresztą z każdym rokiem było to coraz prostsze. Po szkole przeprowadziłem się do Warszawy – autobusy, metro i tramwaje skutecznie pomagały mi w nieruszaniu się. Później pojawiło się prawo jazdy, samochód – i nie musiałem już nie tylko biegać, ale i za wiele chodzić.

    Na szczęście wszystko zmieniło się kilka lat temu, z chwilą, gdy postanowiłem rzucić palenie. Zacząłem wtedy biegać, choć był to epizod tak samo krótki, jak ten w klubie piłkarskim. Pierwszy raz wybiegłem na ulicę tego samego dnia, którego wypaliłem ostatniego papierosa. Jak się pewnie domyślasz – po latach palenia – była to męczarnia… Po 100 metrach wolnego truchtu miałem ochotę położyć się na ziemi, wypluć płuca i umrzeć. Ale nawet na taki ruch nie miałem wtedy siły. Na szczęście pozbycie się papierosów sprawiło, że z każdym kolejnym bieganiem, osiągałem o wiele lepszy wynik niż poprzedniego dnia. Biegałem dwa razy dalej albo osiągałem o połowę lepszy czas niż poprzedniego dnia na tym samym dystansie. Trudno o lepszą motywację – wystarczyło mi więc zapału na kilka pierwszych dni, może tygodni – dopóki widziałem wyraźne, codzienne postępy, dawałem radę przekonać samego siebie, że warto wybiec kolejny raz z domu. Jeżeli zastanawiasz się, jakie to były odległości, to niestety (na szczęście!) ich nie zapisałem – choć pewnie, gdybym spojrzał w aplikację Zdrowie w moim iPhonie, okazałoby się, że widnieją tam zapiski moich „dokonań”. Jednak wolę tego nie robić… 🙂 Powiedzmy jednak, że było to pewnie w okolicy kilometra.

    Bieganie w tamtym czasie było jakąś formą pomocy w rzuceniu paleni, i gdy mój główny cel udało mi się zrealizować, gdy poczułem, że jestem wolny od nałogu – po prostu przestałem wychodzić pobiegać… i tak już zostało. Potraktowałem ten sport jak niedobre lekarstwo, którego spożycie jest niezbędne do wyleczenia, ale nie można przyjmować go dłużej niż zapisane w ulotce. Było to kilka lat temu i trzymałem się później zasady, że bieganie to nie jest sport dla mnie. Przecież uwielbiam chodzić, a nawet dość szybko maszerować – to powinno wystarczyć. Nie miałem najmniejszego problemu ze zrobieniem 20-to kilometrowej pieszej trasy z Jeleniej Góry do Karpacza, nie marudziłem, gdy chodziliśmy z Ewą jeszcze więcej po Tatrach – chodzenie to był mój sport. Mogłem bez żadnych skrupułów powtarzać na prawo i lewo, że nie lubimy się z bieganiem i już. Do czasu.

    Pod koniec sierpnia, tak się jakoś złożyło, że dostałem zaproszenie do pewnego wyzwania… Polegało ono na przebiegnięciu przez cały wrzesień pięćdziesięciu kilometrów. Należało przy tym biegać z włączoną aplikacją Nike Run Club, która to rejestrowała odbyte biegi i zliczała zrobione kilometry. A wszystkich uczestników wrzucała w jedną tabelę, układając ich wyniki w kolejności od najlepszego. Sam nie wiem co mnie podkusiło, aby zgodzić się na dołączenie do wyzwania. Przecież ja nie biegałem! Ale się zgodziłem. I trzeba było przebiec. Choć pewnie przez całe moje 36-letnie życie, nie przebieglem łącznie takiego dystansu w miesiąc.

    I właśnie dzisiaj, dwa dni przed końcem miesiąca, udało się. Przebiegłem pełne 50 km. Choć nie było łatwo! Ale o tym opowiem Ci za tydzień, w kolejnej wiadomości 🙂.

    Ps. Dla każdego, kto biega, przebiegnięcie 50-cię kilometrów w miesiąc nie jest pewnie jakimś wielkim wyczynem, dla mnie jednak było ważne i bardzo trudne. Fakt, że mi się udało, sprawia, że czuję się świetnie. Przypomniałem sobie, że mogę wszystko! Jednocześnie uświadomiłem sobie, że zadania proste do wykonania dla jednych, mogą być mega trudne dla innych – najcenniejsza lekcja z całego września. 

    Pytanie: Co niewiarygodnego (choć jednocześnie łatwego) udało się Tobie zrobić we wrześniu?

  • A może bez cukru? A może bez mleka?

    Wstaję dość wcześnie rano i jednym z moich codziennych nawyków jest wypicie przepysznej kawy. Z mlekiem. Z cukrem. Nawet, gdy zdarzy mi się czasem zaspać, i muszę pominąć kilka porannych czynności aby nadrobić trochę dnia – z kawy zazwyczaj nie rezygnuję. Niestety nieodłącznym elementem tego nawyku są właśnie mleko i cukier – dla wielu niewyobrażalny błąd i całkowicie zbędny dodatek. Nie raz słyszałem, że psuję w ten sposób cały smak kawy. Nie zwykłem rezygnować z przyjemności tylko ze względu na gust innych, ale inaczej sprawa się ma, gdy chodzi o względy zdrowotne. A takie pojawiają się, gdy w grę wchodzi na przykład cukier.

    Od jakiegoś czasu nie używamy w domu białego cukru, jedynie brązowy, trzcinowy. Nie zmienia to jednak faktu, że to nadal jest cukier. Zbędny dodatek. Tak? Zjadam go wystarczająco dużo na przykład w owocach, których w naszym domu „idzie” niezwykła ilość.

    Pomyślałem więc, że mógłbym spróbować zrezygnować z porannej dawki cukru i mleka. Co myślisz? Kawa odzyska dzięki temu swój prawdziwy smak – za który przecież ją kocham – a ja pozbędę się kolejnego składnika, który sztucznie mnie pobudza i ma tak duży wpływ na moje zachowanie. 

    Będzie to moje wyzwanie na najbliższy tydzień. A za 7 dni zdecyduję, czy chcę pozostać przy porannej kawie bez cukru i mleka. Być może efekt będzie na tyle fajny, że rozszerzę moją cukrową abstynencję? A może kawa stanie się na tyle niedobra, że całkowicie ją odstawię? Najgorsza opcja to powrót do pierwotnej wersji. Tak czy inaczej, w niedzielę podzielę się z Tobą moimi spostrzeżeniami 🙂

    A Ty jaki wyzwanie postawisz przed sobą w tym tygodniu?