Kolejny rok, kolejny temat – czas ruszyć w 2022!

Ale mi się zeszło z zamknięciem 2021 roku. Jest koniec stycznia, a ja dopiero rozliczam się z tym, co było i podejmuję decyzję o tym, co dalej. Późno. Miałem jednak swoje powody.

Proces

Nowy rok wielu kojarzy się głównie z postanowieniami – i to pewnie w dużej większości z takimi, które są trudne do zrealizowania. Postanawiamy rzucić palenie, schudnąć, ćwiczyć, biegać, pościć, zmienić pracę… Ta symboliczna wymiana cyferek w dacie daje nam powód do tego, aby zamarzyć o czymś innym, by choć przez kilka sekund poczuć się jak ktoś, kto coś robi, kto działa, aby było lepiej, jest to nasze alibi, pozwolenie na marzenia o lepszej przyszłości. Jednak niewiele osób wytrzymuje z tą nagłą, nieprzemyślaną zmianą dłużej niż tydzień, dzień, czasem już po pierwszej godzinie się poddajemy. Sama idea postanowienia zmiany jest świetna, ale… chyba nie ta noworoczna – bo do tej startujemy najczęściej całkowicie nieprzygotowani.

Z tych właśnie powodów, już dawno temu porzuciłem wszelkie postanowienia noworoczne. One po prostu nigdy nie wychodziły. Mam za to swój proces zamykania starego i otwierania nowego roku – długi, przemyślany, sprawdzony – wiąże się z wyznaczeniem tematu, w zgodzie z którym chcę działać przez kolejne 12 miesięcy.

Temat roku to nic innego, jak idea, kilka słów, pod których szyldem planuję działać. Na przykład rok 2020 stał u mnie pod znakiem odwagi – taki temat sobie wtedy wyznaczyłem dwa lata temu. Przez 12 miesięcy starałem się działać w zgodzie z tym hasłem, próbowałem być odważny – w codziennych decyzjach, planowaniu, relacjach, pracy. Dzięki temu był to dla mnie rok wielu wspaniałych i nowych rzeczy, zasmakowałem w podróżach, miałem swoją trudną i ekscytującą wyprawę przez Szwecję, zdobyłem kilka polskich szczytów, odwiedziłem wiele nowych miejsc, zacząłem nagrywać podcasty, jeden z nich był nawet przez długi czas moim codziennym podcastem – co również wymagało odwagi, nawet decyzja o uruchomieniu konta na Instagramie zapadła w duchu tematu, jaki wtedy wybrałem. To był trudny, ale bardzo udany rok. I chcę, aby taki też był każdy kolejny – dlatego procesowi wyboru tematu poświęcam bardzo dużo czasu i energii.

Rok ciężkiej pracy

Ostatnie 12 miesięcy było u mnie bardzo dziwne. W grudniu 2020 roku podjąłem decyzję, że zbliżający się rok – czyli ten, który, patrząc z dzisiejszej perspektywy, niedawno się skończył – będzie u mnie stał pod znakiem ciężkiej pracy. To był wspaniały temat. Pamiętam, że decydując się na niego, byłem mocno podekscytowany. Wybierając właśnie taki kierunek, dałem sobie znak, że chcę skupić się na rozwijaniu tego, co mam – bez kombinowania i zastanawiania się. Miało być pracowicie i bezmyślnie – choć zgodnie z wyznaczanym planem. U podstawy tej decyzji stała potrzeba ograniczania nowości i zmian oraz skupienie się na rozpoczętych już rzeczach, projektach, sprawach, aktywnościach. I pierwsze sześć miesięcy 2021 roku dokładnie takie były. Trzymałem się wytyczonej drogi, tego, co udało mi się do tej pory zbudować – dokładnie to było moim głównym celem – i starałem się jak mogłem, aby nie zboczyć z obranego kursu. Pracowałem – i nie chodzi mi oczywiście o pracę w rozumieniu zarabiania pieniędzy. Rok ciężkiej pracy dotyczył wszystkich obszarów mojego życia. I choć biorąc na siebie tak szerokie spektrum skupienia uwagi, nie mogłem iść bardzo mocno do przodu w jednym tylko obszarze – więc ani mój blog, ani podcasty, ani praca, czy nawet życie rodzinne nie zaliczyły mocnego skoku – to byłem zadowolony. Balansowałem na fajnym, stabilnym poziomie, ciężko pracowałem i cieszyłem się efektami tej pracy. Było spokojnie, było bezpiecznie.

Po sześciu miesiącach, w okolicach lipca, zrobiłem sobie przerwę – na podsumowanie i przegląd. Postanowiłem sprawdzić mapę mojej podróży, przebytą już drogę i zastanowić się, czy nie jest przypadkiem potrzebna jakaś korekta kursu, wcisnąłem przycisk „sprawdzam”.

Proces ten – przeglądu i wyciągania wniosków – trochę mi zajął i, co ważniejsze, doprowadził do kilku ważnych decyzji. Mega ważnych decyzji. Okazało się, że o ile w sporej większości, praca, którą wykonywałem rozwijając poszczególne obszary mojego życia, przynosiła pozytywne efekty – dała powolny, ale stabilny rozwój, zapewniła spokój i bezpieczeństwo – o tyle dostrzegłem, że chyba podążałem nie do końca właściwą drogą… Wiesz, jak to jest, gdy jesteś w trakcie robienia czegoś i nagle zaczynasz orientować się, że cała Twoja praca jest… trochę bez sensu? Że budujesz coś, co i tak, wcześniej czy później, musi się zawalić? Że Twój statek płynie prosto na górę lodową? Cel całej wycieczki jest poprawny, ale trasa już nie do końca – z małymi szansami na dopłynięcie. Poczułem się trochę jak kapitan Titanica, który odkrył, że prowadzi swój wielki, wspaniały statek prosto na górę lodową – a przecież wszyscy wiemy, jak skończyło się tamto spotkanie.

Doszedłem do wniosku, że rok ciężkiej pracy był moją wewnętrzną próbą dla wielu rzeczy, które robię w życiu. Pozwolił mi na jakiś czasu rzucić się w wir codzienności i nie myśleć o sensie drogi. Na sześć miesięcy stałem się tylko i wyłącznie pracownikiem firmy, która jest moim własnym życiem. Zorientowanym w sytuacji, wykwalifikowanym, ale jednak pracownikiem. A szef pojechał na urlop. Nie wiem, czy widzisz już, do czego zmierzam. Wybór „ciężkiej pracy” jako tematu roku sprawił, że zmieniłem perspektywę – mogłem stanąć trochę z boku mojego życia. Być właśnie tym pracownikiem, który nie wyznacza kierunku działania, a jedynie ciężko pracuje – co sprawiło, że zacząłem dostrzegać zupełnie inne rzeczy, niż szef. W końcu to właśnie pracownicy najlepiej widzą, co dolega firmie, jakie problemy trzeba rozwiązać, które rzeczy zmienić. Przychodzą z tą wiedzą do swojego szefa, który na bazie doświadczenia tego pracownika, może podjąć decyzję, czy coś zmienić. A przynajmniej tak to powinno działać. I w lipcu poprzedniego roku, zrobiłem takie właśnie spotkanie firmowe, na którym obydwaj (ja, szef i ja, pracownik) doszliśmy do wniosku, że coś jest nie tak.

Ach… wiem, mocno to zagmatwane. Ale dobrze odzwierciedla to, co działo się ze mną w połowie 2021 roku.

Potrzebna więc była korekta kursu – cholernie trudne zadanie. Bo jak zawrócić tak wielki statek? Jak wytłumaczyć to pasażerom? Czy wystarczy paliwa na inną trasę? Czy płynąc nowym szlakiem, nie trafię na jeszcze większą górą lodową? Tak wiele pytań, żadnych odpowiedzi – ale przecież wiem dokładnie, co się wydarzy, jeżeli nic nie zrobię… widziałem to, góra lodowa rozpruje mój okręt i nigdzie nie dopłynę. Musiałem zaryzykować, zaplanować zmianę kursu. Zostało mi niecałe pół roku na wykonanie jeszcze jednej, bardzo ciężkiej pracy. Ale podjąłem to wyzwanie.

Efekt jest taki, że sześć miesięcy później, jestem już na zupełnie innym ocenie, ale ponownie na trasie, i to do tego samego celu. Udało się zrobić duży zawrót, wręcz ogromny zwrot, opłynąłem przeszkody, skorygowałem kurs i wytyczyłem nową trasę. Przede mną wiele mniejszych gór lodowych, ale przez chmury widzę trasę, którą mogę dopłynąć do celu – muszę tylko płynąć w skupieniu, aby na żadną nie wpaść.

Wakacje 2021 roku okazały się jednymi z kilku przełomowych momentów w moich życiu. Zawdzięczam to planowi, jaki sobie na ten rok wytyczyłem. Kilka miesięcy ciężkiej pracy pozwoliły mi na pewnego rodzaju oderwanie się od planowania, myślenia o sytuacji, w jakiej się znajdowałem. Pracowałem nad tym, co wydawało mi się słuszne. Dzięki temu, podczas wakacyjnej przerwy, mogłem spojrzeć na wykonaną pracę i trochę „na sucho” przeanalizować punkt, w jakim się znajduję i trasę, jaką podążam. Tylko dzięki temu postrzegłem, że potrzebna jest korekta, mocna korekta.

Konsekwencje zmian, jakie wtedy wprowadziłem, będę odczuwał bardzo długo. Wiem jednak, że były potrzebne, wręcz niezbędne. Trochę trwało, zanim mogłem uznać, że jestem ponownie na trasie do właściwego celu. Dalej ciężko pracowałem, ale tym razem nad korektą trasy. I po kolejnych sześciu miesiącach – na przełomie 2021 i 2022 roku – nadszedł czas na kolejne podsumowanie.

Rok ciężkiej pracy uznaję za udany. Choć na samym jego początku nie sądziłem, że mógłbym się kiedykolwiek znaleźć w punkcie, w którym dzisiaj jestem, to wiem, że było to niezbędne i konieczne. Podążam dalej do celu, jakim jest… fajne życie.

2022 – rokiem…

Długo zastanawiałem się nad kierunkiem, jaki chcę obrać w tym roku. Po tak trudnych i burzliwych sześciu miesiącach, pomyślałem początkowo, aby skierować się w stronę spokoju – więc 2022 miał stać się rokiem stabilizacji. Idealny temat, dzięki któremu mógłbym trochę odpocząć, potrzebowałem tego, chciałem uspokoić pewne rzeczy, trzymać się wytyczonej trasy, żeglując spokojnie po oceanie życia. Idea wyciszenia, jakie miał mi przynieść rok stabilizacji, była bardzo kusząca. Cały grudzień (2021) chodziłem z myślą, że od stycznia zacznę w końcu odpoczywać, że zrzucę z siebie wszelką presję, zamknę się w moim świecie i uspokoję wszystko, z czym mam styczność.

Jednak… z każdym kolejnym dniem nabierałem sił i dochodziłem do wniosku, że chyba jednak nie powinienem tego robić, że nie mogę sobie na to pozwolić, nie teraz. Stabilizacja jest potrzebna, pragnę jej bardzo – ale nie mogę osiąść i odpoczywać, gdy za bardzo nie mam jeszcze na czym. Przecież przede mną cała masa małych gór lodowych, które muszę pokonać. Jeżeli zamknę oczy i pozwolę sobie na dryfowanie… efekty mogą być złe, bardzo złe, nawet gorsze, niż w przypadku zderzenia z tą jedną, wielką górą lodową, na którą kiedyś płynąłem. Czasem, nawet pomimo zmęczenia, nie można odpuszczać. Trzeba wiedzieć, kiedy jest czas na odpoczynek, a kiedy na działanie, a ja z tych dwóch rzeczy bardziej potrzebowałem jednak działania. Wiedziałem, że muszę być mocno skupiony. W końcu nie znam jeszcze nowej trasy, nie wiem jakie nowe przeszkody czekają na mnie na tym oceanie.

W mojej głowie bardzo powoli zaczęła pojawiać się myśl przewodnia na nowy rok. Zamiast stabilizacji, miał on być czasem DRUGIEGO KROKU. Tak, to piękny temat! W 2021 roku powiedziałem „A”, więc w 2022 roku czas powiedzieć „B”, iść za ciosem. „Drugi krok” zakładał, że będę rozwijał to, co już mam. Że przestanę rozglądać się za nowym, ale wejdę na wyższy poziom z tym, co już udało mi się osiągnąć. To taki rok ciężkiej pracy, ale już niebezmyślnej – rok, w którym jednocześnie będę planował to, co mam dalej robić, jak i będę to robił, rok pracy nad rozwojem. Tak, to był świetny pomysł, zamiast spokoju i stabilizacji, potrzebowałem działania i rok drugiego kroku właśnie mi to zapewniał.

Ale…

Zawsze pojawia się to „ale…”, prawda?

Coś nie do końca mi szło. Byłem zadowolony z obranego kierunku, ale jakoś nie mogłem sam ze sobą przybić piątki, aby przypieczętować to postanowienie, nie udawało mi się ciągle podpisać kontraktu z samym sobą i zdecydować się na tak mocne pójście do przodu. Siadałem przed czystą (wirtualną) kartą, na której miałem spisać założenia roku „drugiego kroku” i… nie mogłem. Serce i rozum walczyły ze sobą nieustannie. Z jednej strony marzyłem o stabilizacji, a z drugiej, o czymś totalnie odwrotnym – o wniesieniu każdego z obszarów mojego życia na TEN wyższy poziom. Kolejne dni przemyśleń i analiz sprawiły, że znowu coś zrozumiałem… Pierwszy kierunek, ta moja stabilizacja, schowanie głowy w piasek, odwrót z podkulonym ogonem – w mojej obecnej sytuacji nie doprowadzi mnie do niczego więcej jak jakaś forma depresji. Zły kierunek. Natomiast drugi temat, to równie prosta droga, ale do autodestrukcji – to było po prostu za dużo na wymęczone po zmianie kursu barki. Dwa, ekstremalne kierunki działania. Nie mogłem sobie pozwolić na żaden z nich. Rok drugiego kroku ma sens, ale w sytuacji, gdy rejs nie jest jeszcze stabilny, gdy fundamenty mojego życia jeszcze nie wyschły, gdy klocki całej mojej budowli jeszcze nie…….

Tak!

Klocki!

Był styczniowy poranek, gdy właśnie z taką myślą się obudziłem. Klocki. Lego.

Moje rozważania mogą wydać Ci się bezsensowne, wręcz zabawne. W końcu czy to ma jakiekolwiek znaczenie, co napiszę w tym wpisie? Czy będzie to rok taki, czy inny?

Otóż dla mnie ma. Bardzo duże. Jest to mój najważniejszy czas całego roku. Nie tylko siadam do podsumowań, myślę o wszystkim, co się działo, ale i podejmuję decyzję o tym, co będzie, biorę na siebie zobowiązanie, którego potem mocno się trzymam, zawieram przymierze – na temat przyszłości. Wyznaczam trasę, a następnie nią podążam. Ufam samemu sobie – w tym, że podjąłem dobrą decyzję. I przez kolejnych kilka miesięcy staram się jej nie kwestionować, ślepo realizuję wyznaczony plan. Dlatego tak ważny jest cały ten proces – konsekwencję podjętych decyzji będę przecież ponosił przez resztę mojego życia.

Wróćmy do klocków…

Dokładnie na tym etapie jesteś – powiedziałem po cichu sam do siebie, leżąc jeszcze w łóżku – klocków Lego. To jest to, idealnie pasuje do tego, jak się czuję, co chcę i – co najważniejsze – powinienem w tym roku zrobić. Uprzątnąłem mój pokój, siedzę na podłodze, a przede mną rozsypane całe pudełko klocków Lego. A ja buduję – jak Bob Budowniczy składam do kupy budowlę mojego życia, niczym Phileas Fogg planuję podróż dookoła świata. Tak, tak, TAK, to świetnie pasuje, dokładnie tak chcę, aby wyglądał rok 2022. W końcu to poczułem!

Kolejne kilka dni byłem bardzo zadowolony. Zanim ostatecznie przybiła piątkę z samym sobą, pochodziłem jeszcze kilka dni i dałem sobie czas na dalsze przemyślenia. W końcu, gdy opadną emocje, i ta jedna decyzja może wydać mi się nie do końca właściwa. Tym razem jednak tak się nie stało. Nadal bardzo dobrze czułem się z moją klockową ideą.

Przyszedł więc czas na szczegóły planu. Co dokładnie oznacza dla mnie wybór takiego tematu? Przede wszystkim skupienie się na strategii, ale i samo budowanie – myślenie i działanie. Klocki mają tak wiele płaszczyzn, znaczeń. Tworzę moją budowlę – będzie dość duża, wysoka, ale i stabilna – tego chcę. Każdego dnia wybieram elementy, jakie do niej dokładam, a tu każdy ma znaczenie. Wyjście z domu w kurtce przeciwdeszczowej, zakup marchewki na targu, nagranie kolejnego odcinka podcastu, stworzenie wpisu na bloga, uporządkowanie szuflady, szklanka wody o poranku, odcinek serialu na Netflixie, godzina treningu, poranne pompki – wszystko ma znaczenie, każdy klocek jest tak samo ważny. Nie ma przypadków, nie ma przymykania oka. Muszę pamiętać o każdym kolejnym wyborze, jakiego dokonuję. Ma być stabilnie, ale i pięknie – taką budowlę chcę zobaczyć na koniec tego roku. Nie chcę łączyć przypadkowych kolorów ani rozmiarów klocków. Jeżeli dokonam niewłaściwego wyboru, cofam się, zdejmuję kilka elementów, i koryguję moją budowlę. 2022, za sprawą obranego tematu, będzie rokiem strategicznego, ale i kreatywnego działania. Będzie czymś pomiędzy rokiem ciężkiej pracy, stabilizacji, spokoju i drugiego kroku. Jest lżejszą wersją każdego z tych wariantów, a jednocześnie jednym z ważniejszych momentów mojego życia. Kolejnym.

Wybór tematu na 2022 rok był jednym z trudniejszych, jakie musiałem dokonać. Z poprzednimi było o wiele łatwiej. Tym razem aż dwa razy bylem bardzo blisko podjęcia niewłaściwej decyzji – teraz widzę to bardzo dobrze. Dałem sobie jednak czas na przemyślenia, dlatego też moje podsumowanie 2021 i rozpoczęcie 2022 roku, powstaje tak późno – na przełomie stycznia i lutego. Jednak jestem bardzo zadowolony z całego tego procesu. Z jednej strony zaufałem intuicji – gdy nie zdecydowałem się na obranie złego kierunku na te 12 miesięcy – z drugiej, zorganizowałem sobie przestrzeń na przemyślenia i dokonanie innego, (mam nadzieję) właściwego wyboru. Czy tak będzie? No cóż… przeczytasz za rok, tu na blogu 🙂.

Dodaj komentarz