Życie jak sen

Gdy byłem mały, w telewizji leciał taki śmieszny serial, „Życie jak sen” (org. „Dream on”) – uwielbiałem go oglądać. Opowiadał on o przygodach (dość duże słowo w kontekście bohatera serialu, chyba lepiej powiedzieć „codzienności”) Martina Tuppera, książkowego redaktora, rozwodnika, ojca nastoletniego chłopca. Niby nic nadzwyczajnego, prawda? Ot, takie tam zwykłe perypetie, zwykłego człowieka. Nic ciekawego. Była jednak jedna rzecz, która wyróżniała ten serial spośród innych, jeden szczegół, który sprawiał, że prawie z wypiekami siadałem do każdego kolejnego odcinka. Martin, w dzieciństwie oglądał sporo filmów. Wiemy to z czołówki serialu, w której widać jak mama sadza Martina – niemowlaka – przed telewizorem i zaczyna zajmować się domowymi sprawami. Martin z zaciekawieniem ogląda kolejne czarno-białe filmy i seriale. Z tej sceny wynika, że właśnie tak wyglądała spora część dzieciństwa Martina. I „dzięki” temu, nasz bohater – już jako dorosły człowiek – postrzega swoją codzienność, przez pryzmat scenek ze starych filmów, tych, które kiedyś obejrzał. Co chwilę przypominał sobie jakiś fragment filmu, który jest odzwierciedleniem tego, co aktualnie dzieje się w jego życiu. W praktyce, dla nas – widzów – oznacza to, że co kilka minut na ekranie naszego telewizora, pojawia się fragment starego, czarno-białego filmu. W doskonały i komediowy sposób ubarwia to każdą sytuację, w jakiej znajduje się Martin i sprawia, że serial jest ciekawy i zabawny.

Choć „Życie jak sen” oglądałem, gdy byłem jeszcze małym chłopakiem, i nie za bardzo mogłem utożsamiać się z Martinem, 40-letnim rodzicem-rozwodnikiem z mnóstwem przedziwnych (dla mnie w tamtym czasie) problemów, to jednak lubiłem ten serial. Z utęsknieniem czekałem na każdy kolejny odcinek. A były to przecież czasy, gdy nie mieliśmy jeszcze wideo na żądanie, bo i internet dopiero zaczynał raczkować. Kolejne odcinki naszych ulubionych seriali, leciały w telewizji – w najlepszym przypadku – każdego dnia o tej samej porze, a dość często i raz w tygodniu. Więc wytrwale czekałem i uważnie śledziłem przedziwne losy mojego bohatera. Oczywiście „Życie jak sen” najbardziej lubiłem za te śmieszne fragmenty starych filmów, które w tak zabawny sposób ubarwiały przygody Martina. Sama koncepcja takiego podejścia do życia bardzo mi się podobała.

Gdy byłem mały, oglądałem całkiem sporo telewizji. Pewnie nie tak dużo, co Martin – nie zawładnęły one moim życiem w stopniu, jaki przedstawiony jest w serialu, ale muszę przyznać, że widziałem nie jeden film i serial. Po wielu latach widzę, że i na mnie miało to wpływ. Czasem zdarza się, że gdy jestem w jakiejś sytuacji, podobnie jak Martin, widzę w głowie scenkę ze starego filmu – taką, w której rozegrało się coś podobnego. To całkiem zabawne, gdy coś się dzieje wokół mnie, a mi przypomina się fragment z „Przyjaciół” (♥️), „Rambo” czy „MacGyver’a”.

Jakiś czas temu wydarzyła się pewna rzecz, która bardzo dobrze to obrazuje. Od roku trenuję jazdę na rolkach. Próbuję nauczyć się kilku fajnych rzeczy i coraz lepiej mi to wychodzi. Nauka nie jest prosta, ponieważ momenty przełomowe, te, z których mogę być prawdziwie zadowolony, nie zdarzają się codziennie, raczej raz na kilka tygodni. I kilka miesięcy temu przeżyłem właśnie jeden z takich większych momentów, tych, które nazywam przełomowymi. Coś nagle i bardzo niespodziewanie przestawiło się w mojej głowie i odblokowała mi się możliwość swobodnej jazdy w określony, nowy sposób. Otworzyło to dla mnie zupełnie nowe możliwości w dalszej nauce. Istotne w tym jest, że moment ten był prawdziwie „nagły” i „niespodziewany”, to znaczy, w ciągu dosłownie jednej sekundy zacząłem robić coś, czego jeszcze chwilę wcześniej nie umiałem robić. I dokładnie w tamtej chwili w mojej głowie pojawiła się scena z pewnego filmu, który kiedyś oglądałem.

Oglądałaś/eś „Matrixa”? Była tam scena, w której Neo – główny bohater – zostaje podłączony do komputera, a następnie do jego głowy ładowane są nowe umiejętności. Po jednym z takich „wgrań” Neo otwiera oczy i mówi „I know kung fu”. I dokładnie to przytrafiło mi się podczas treningu tamtego pamiętnego dnia. Momentalnie też, scena z „Matrixa” wskoczyła do mojej głowy. Uświadomiłem też sobie w tamtej chwili, że właśnie przeżywam moje prywatne „Życie jak sen”. 🙂

Gdy w kolejnych tygodniach, zacząłem uważniej obserwować moje myśli, odczucia, baczniej przyglądałem się wydarzeniom, odkryłem, że podobne sytuacje przytrafiają mi się częściej. Do mojej głowy wracają wspomnienia z obejrzanych filmów i seriali, a sceny, które rozgrywają się wokół mnie, są niczym te, widziane wcześniej na szklanym ekranie telewizora.

Jak jest z Tobą? Czy i wokół Ciebie nieustannie rozgrywają się serialowe sceny? Czy tylko ja jestem tak zwariowany? 🙂

Dodaj komentarz